Publicystyka filmowa
Kapitalne filmy, które SPONIEWIERAJĄ cię emocjonalnie
Są takie filmy, na których trudno powstrzymać się od silnych emocji. Sprawdźcie, czy podobne tytuły przyszły wam na myśl!
Reżyserzy wiedzą, jak grać na naszych emocjach i czasami nie wahają się używać w tym celu brudnych sztuczek. Nagłe zgony postaci, które zdążyliśmy polubić, sentymentalna muzyka, wspominki, dobitnie prezentowane na ekranie cierpienie bohatera – możliwości jest wiele i tylko od twórców zależy, po jakie akurat sięgną. Czasami jednak udaje się osiągnąć ten efekt w sposób zupełnie naturalny i wpisujący się w koncepcję całości. W tym zestawieniu wybiorę właśnie takie produkcje – grające na naszych emocjach z iście wirtuozerską wprawą, ale jednocześnie unikające tanich zagrywek.
Magnolia
Zapewne znajdą się ludzie, którzy mimo wszystko posądzą Paula Thomasa Andersona o stosowanie tanich zagrywek w przypadku Magnolii. Wszak każdy wątek prowadzi tutaj do katartycznego zakończenia, a że film tworzy siatkę zażyłości i traum, to niektórzy poczują się tą wszechobecną melancholią przytłoczeni. Zupełnie się jednak nie zgadzam – w swojej chęci grania na czułych strunach reżyser i scenarzysta jest bowiem diabelsko konsekwentny. Grzebie w psychologii swoich bohaterów, unika powierzchowności, zmusza ich do konfrontowania się z najgorszymi cechami charakteru. A przy tym jednym daje szansę na odkupienie, innych ego bezlitośnie miażdży, a na dodatek – często, gęsto – zderza problemy dużego kalibru z sytuacjami groteskowymi, takimi jak deszcz pewnych zielonych stworzonek.
Wielowątkowa produkcja, jakich współcześnie się po prostu nie robi.
Jak być kochaną
Nieodwzajemniona miłość to problem, z jakim zmaga się duża część osób w wieku młodzieńczym, ale w filmie Wojciecha Hasa przybiera ona zupełnie inny wymiar. Nie mamy tu bowiem do czynienia z niedojrzałym uczuciem zauroczonych sobą nastolatków, lecz wielomiesięczną relacją dwojga dorosłych, właściwie współlokatorów, podszytą wojenną trwogą i nastrojami patriotycznymi, każącymi stawiać na pierwszym miejscu ideę, nie życie osobiste. Choć w związku z tym nad graną REWELACYJNIE przez Barbarę Krafftównę Felicją ciąży fatum nieuniknionego odejścia niedoszłego kochanka, to ta wciąż oszukuje samą siebie i być może właśnie w tym oszustwie odnajduje chęć do samorealizacji.
W przeciwieństwie do jej żywot Rawicza (równie REWELACYJNY Zbigniew Cybulski), mimo iż determinowany konkretnym celem, zdaje się jedynie ścieżką wytyczoną mu przez innych. Klasyka polskiego kina, do której zawsze warto wrócić, nawet jeśli skończy się to długimi godzinami rozmyślań.
Siódmy kontynent
O depresji i tematach samobójczych rozmawia się w kinie często, a twórcy stosują w tym celu najróżniejsze środki. Z Siódmym kontynentem kojarzyć mi się będzie zaś nieodłącznie odgłos niszczonych mebli. Jeśli jeszcze nie widzieliście filmu, to być może uznacie moje słowa za śmieszne lub nieznaczące, jednak w trakcie oglądania zyskają one zupełnie inne znaczenie. Metodyczne, zdeterminowane, bezkompromisowe działania mające na celu pozbycie się śladów przeszłości wyryją wam się w głowie, kiedy przez blisko dwie godziny będziecie doświadczać tego wyjątkowo apatycznego seansu. I kiedy już przyjdzie jego koniec, to nie poczujecie żadnej ulgi – wręcz przeciwnie.
Dopiero wtedy wzbierający na przestrzeni kolejnych minut ciężar emocjonalny zwali wam się na barki i przygniecie swoją nieuchronnością. Mało kto tworzy równie depresyjne kino co Michael Haneke.
Historia małżeńska
Jak twierdzi sam reżyser Noah Baumbach, jego głównym zamiarem było opowiedzenie historii o miłości poprzez ukazanie rozwodu bohaterów. Choć brzmi to karkołomnie, to dzięki świetnym kreacjom aktorskim efekt nie tylko udało się osiągnąć, ale i doprowadzić go na wyżyny gatunku. Kulminacją jest oczywiście słynna scena kłótni, jednak zanim ta nastąpi, obserwujemy kolejne sekwencje, gdy rozchodzący się, lecz wciąż kochający Nicole i Charlie próbują nauczyć się nowej wersji swojego życia. Tym samym interakcje, które wcześniej przychodziły im naturalnie, teraz stają się niepewnym gruntem – zwłaszcza gdy do akcji wkraczają prawnicy bohaterów i rozpoczynają walkę o ich dobytek materialny oraz opiekę nad synem.
Nicole i Charlie to persony na tyle wyraziste, a zarazem znajome, że bardzo łatwo się z nimi utożsamić – a gdy to nastąpi, oglądanie, jak w przypływach brutalnej szczerości rozdzierają sobie serca, boli jeszcze bardziej.
Wysoka dziewczyna
Ija i Masza to przyjaciółki z wojska, które próbują odnaleźć się w powojennej rzeczywistości ZSRR. Ta pierwsza jest wycofana i bardzo wysoka, w związku z czym spotyka się z licznymi zaczepkami. Druga zaś przyciąga uwagę swoją energią – pomimo ewidentnie traumatyzującej przeszłości stara się przybierać maskę osoby pełnej życia i skorej do aktywności. Obie na swój sposób walczą z demonami, które trudno nazwać, a które jeszcze chwilę temu zagłuszały odgłosy eksplozji na polach bitew. Reżyser Kantemir Bałagow nie bawi się w półśrodki, gdy przychodzi do portretowania zespołu stresu pourazowego. W jego obiektywie oglądamy tych, którzy albo już sięgnęli psychicznego dna, albo dopiero do niego zajrzą.
Wszechobecna śmierć, bierność i odrętwienie udzielają nam się już na początku i nie ustępują do końca, co jakiś czas potęgowane nieodpowiedzialnymi, ale stanowiącymi rozpaczliwe wołanie o pomoc wyborami bohaterek.
Mustang
Początkowo film nieodstępnie kojarzy się z Małymi kobietkami, jednak im dalej w las, tym wszelkie podobieństwa coraz bardziej się rozchodzą. Przede wszystkim ze względu na ton – Małe kobietki nie boją się poruszać tematów trudnych, ale w ostatecznym rozrachunku pozostają opowieścią o bezwarunkowej siostrzanej miłości okraszoną wątkami romantycznymi. Tymczasem Mustang skręca w wyraźnie dramatyczną stronę i kiedy już raz złapie bohaterki w sidła społecznej pułapki, to nie puści do końca. A wraz z nimi schwytani poczujemy się my – bo jak inaczej reagować na próby uwięzienia Bogu ducha winnych nastolatek.
Młodym dziewczynom, które jeszcze nawet nie potrafią nazwać miłości, a wiedzę o niej czerpią z literatury, wyznacza się dorosłych partnerów, na dodatek oddalonych od siebie na tyle, by bezpowrotnie je rozdzielić. Tym samym niewinna młodość zostaje bezlitośnie zduszona przez zawistnych dewotów, którzy – przekonani o słuszności patriarchalnych konwenansów – nie dostrzegają okrucieństwa swoich działań. Poruszający seans.
Czułe słówka
Paradoksalnie Czułe słówka także bywają nadzwyczaj gorzkie. Tutaj całość rozbija się jednak na zderzeniu dwóch przeciwstawnych sił – granej przez Shirley MacLaine matki i córki w wydaniu Debry Winger. Pierwsza, Aurora, to dumna i poważna kobieta, twardo stąpająca po ziemi i próbująca wpoić podobne wartości dziecku. Druga, Emma, woli spontaniczność graniczącą z brakiem odpowiedzialności. Wychodzi za mąż w młodym wieku i wyjeżdża daleko od domu, co może sugerować próbę oddzielenia się od rodzicielki. Tyle że wcale tak nie będzie – obserwowanie ich relacji jest urocze samo w sobie, bo pod zasłoną niezależnych charakterów kryje się chęć czułości.
Stopniowo na naszych oczach jasnym staje się, że nie potrafią bez siebie żyć. Czułe słówka to melodramat doskonały, zręcznie operujący tropami gatunku, świetnie zagrany przez znakomite aktorki i aktorów, a przy tym zapewniający ogrom emocji – szczególnie im dalej finału, na którym zresztą uchronienie się od wylanych łez wydaje się po prostu niemożliwe.
Wilcze dzieci
Pozostając w rodzinnych klimatach – Wilcze dzieci to również rzecz o miłości matki do swoich pociech. Jednak zamiast moczenia się w pieluchy czy próby sięgania do wysoko położonych przedmiotów problemami, jakie przysparzają maluchy, jest zapuszczanie się do okolicznego lasu lub podgryzanie dostępnych w domu przedmiotów. Dzieciaki odziedziczyły bowiem po zmarłym ojcu cechy wilkołacze i te manifestują się w różny, zazwyczaj bardzo kłopotliwy dla matki sposób. Ta zaś musi nauczyć zajmowania się domem i dziećmi samemu – nie ma rodziny, partner odszedł z tego świata, a na dodatek sytuacja finansowa stawia ją w trudnym położeniu i zmusza do ciężkiej pracy.
I tak się toczy to wiejskie życie. Choć niejednokrotnie młoda dziewczyna jest bliska załamania psychicznego i fizycznego, to dzielnie brnie naprzód. Znosi kolejne utrapienia i z minuty na minutę staje się coraz silniejsza, by ostatecznie dylematy wcześniej związane z ułożeniem sobie bytu zamieniły się w chęć zbudowania jak najbliższej więzi emocjonalnej z potomkami. Piękny dramat rodzinny, który polecam także ludziom uczulonym na stylistykę anime.
4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni
Choć rumuńskie kino coraz mocniej zaznacza swoją obecność na panoramie współczesnej kinematografii, to wciąż pozostaje dla szerszej publiki nieznane. Jeśli jednak chcielibyście od czegoś zacząć, a nie boicie się prawdziwej emocjonalnej bomby, to zdecydowanie polecam 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni. Poznajemy w nim historię zaradnej młodej kobiety, która pomaga studentce w usunięciu niechcianej ciąży. Choć opis fabuły zapowiada dramat obyczajowy, to produkcję ogląda się bardziej jak pełen napięcia thriller, w którym protagonistka musi zwalczać kolejne przeszkody, często kreatywnie improwizując.
Reżyser i scenarzysta Cristian Mungiu nie poprzestaje przy tym na kameralnym wątku aborcji, gdyż poprzez ukazywanie relacji protagonistki z otoczeniem kreśli przekrój społeczny Rumunii czasów postkomunistycznych. Wybitne kino – emocjonalnie intymne, a jednocześnie z szeroko ukazanym kontekstem historycznym.
Wandafuru Raifu
Skromny budynek, a w środku grupa osób przypominających urzędników. To właśnie tu według japońskiego twórcy Hirokazu Koreedy ludzie trafiają po śmierci. Wspomniane wcześniej osoby mają pomóc im w wyborze jednego wspomnienia ze swojego życia, które będą mogli zabrać na drugą stronę. Nie jest to łatwa decyzja, gdyż reszta pamięci zostanie bezpowrotnie wymazana – za to będą mogli przeżywać to wspomnienie już do końca świata. Jak można się domyślać, w filmie Japończyka znajdziemy przede wszystkim rozważania natury egzystencjalnej. Bohaterowie rozliczają siebie i innych z życiowych doświadczeń, reflektują nad nimi i starają się za wszelką cenę znaleźć ukojenie w perspektywie nieuchronnego zapomnienia.
Dokumentalny charakter realizacji połączony z długimi, obfitującymi w szczegóły dialogami owocuje spokojnym, niemal sennym seansem, który jednak w środku buzuje od emocji. Nie zawsze film musi zbombardować nasze serce – czasami wystarczy, że popchnie naprzód odpowiednie procesy myślowe.
Czy wy również przeżywaliście silne emocje podczas oglądania powyższych filmów? I czy w ogóle już je znacie, czy dopiero zamierzacie obejrzeć? Co polecicie od siebie? Wypowiedzcie się w komentarzach!
