Publicystyka filmowa
KADR WE KRWI. Dlaczego PRZEMOC i SADYZM w filmie mają sens?
KADR WE KRWI to prowokująca analiza, dlaczego przemoc i sadyzm w filmie przyciągają widzów, bawiąc się granicami brutalności.
Rozczłonkowane ciała, litry tryskającej sztucznej krwi, krzyki i piski ofiar. Nie odwracamy wzroku. Szukamy kolejnych mocniejszych horrorów i filmów grozy. Ale w pewnym momencie posoki i błagania o litość jest zbyt dużo. Czy da się zatem określić granice brutalności w kinie? I czy mamy uzasadnione prawo ograniczać w tej kwestii twórczość filmowców? Kiedy i czy powiedzieć stop?
Bać się lubimy. Niesłabnąca popularność horrorów najlepiej to potwierdza. Niezależnie czy źródłem strachu są zjawiska nadprzyrodzone, kosmici czy sadystyczni dewianci. Ale nie tylko horrory wyzwalają w widzach poczucie strachu. Filmy snuff i mondo, chociaż nie są cenione tak jak horrory, od lat mają swoich zwolenników. Mondo, czyli krótkie brutalne nagrania pokazujące egzekucje, morderstwa czy samobójstwa zarejestrowane często amatorską kamerą. Przez wielu uważane za miejskie legendy filmy snuff – przedstawiają tortury, molestowanie i morderstwa. Chociaż tym razem fikcyjne, montowane w taki sposób, by granica między fikcją i realnością była cienka jak włos.
Liczne części serii Królik doświadczalny (Saturo Ogura), Cannibal Holocaust (Rugerro Deodato) czy Nekromantik (Jorg Buttgereit) i wiele innych, mimo że dla większości widzów są chore i nie do przyjęcia, nadal mają swoje rzesze fanów.
Dziś jednak odłóżmy je na bok. Podobnie jak kultowe i modne horrory, zarówno te wybitne, jak chociażby Teksańska masakra piłą mechaniczną (Tobe Hopper), jak i te kiepskie czy niskobudżetowe. Odłóżmy też na bok filmy wybitne, takie jak Funny Games (Michael Hanneke) czy Srpski film (Srdjan Spasojevic), które chociaż idealnie wpasowałyby się do tego rankingu, zostały omówione już wystarczającą ilość razy i nie widzę sensu powielania dotychczasowych recenzji.
Winno się zadać pytanie – czy sadyzm i tortury na ekranie kina są uzasadnione? Odpowiedź jest krótka: są.
Każdy widz ma własne preferencje, każdy ma swoje granice, każdy ma inną estetykę. Przeciwnicy sadyzmu i okrucieństwa na ekranie argumentują to w dwojaki sposób – albo zwyczajnie brzydzi ich krew, albo rozważają, jaki jest sens zajmować się brutalnością. Wszak pokazywanie jej tylko pobudzi kolejnych psychopatów. Argument drugi jest jednak niedorzeczny, bo jak wiadomo, tortury istniały przecież od wieków, od wieków nie brakowało dewiantów, a starożytni wszak kina nie mieli.
Aby zatem przejść do kontrargumentów i dowieść, że pokazywanie sadyzmu i bestialstwa na szklanym ekranie jest jak najbardziej zasadne, stworzę subiektywną listę kilku najciekawszych moim zdaniem zwyrodnialców i psychopatów. Aby nie było dalszych nieporozumień wyjaśnię krótko dwie kwestie. Pierwsza: nie zawsze ciekawy bohater równa się dobry film. Nie zajmuję się tu analizą filmu jako całości, a jedynie analizą bohaterów. Na poniższej liście znajdą się zatem filmy zarówno genialne, jak i dość przeciętne. Druga natomiast: w psychologii istnieje kilka podziałów, zgodnie jednak z jednym z nich wyróżnimy dwa typy – sadystę i osobę okrutną.
Sadysta, którego nazwa pierwotnie pochodziła od nazwiska znakomitego pisarza i filozofa Markiza de Sade, a ostatecznie została stworzona przez badacza Kraffta-Ebinga. „Doświadczanie pożądanego pobudzenia seksualnego (włączając orgazm) wytwarzane przez akty przemocy, kar cielesnych zadawanych sobie samemu lub innym, w tym zarówno zwierzętom, jak i ludziom. Może się nań również składać wrodzone pragnienie, by poniżać, krzywdzić lub nawet unicestwiać innych po to, by wytworzyć w sobie rozkosz seksualną” – tak zachowanie sadystyczne opisuje Baron-Cohen. Osoba okrutna natomiast nie motywuje swych działań chęcią zaspokojenia seksualnego. Zgodnie z tym podziałem nie będę postaci okrutnych, nieposiadających skłonności seksualnych nazywać sadystami.
Gdy potworem są rodzice
Gertrude Baniszewski (Catherine Keener) z filmu Amerykańska zbrodnia w reżyserii Tommy’ego O’Havera w tym subiektywnym rankingu jest postacią najbardziej dyskusyjną. Z jednej strony jej czyny, które de facto oparte są na motywach prawdziwej historii nazwanej „najokrutniejszą zbrodnią w stanie Indiana”, są niewątpliwie chore i nie do przyjęcia, z drugiej jako jedna z niewielu zwyrodnialców nie jest ukazana tylko w negatywnym świetle. Historie relacji między Sylvią Linkes (Ellen Page) i jej chorą na polio siostrą Jennie (Hayley McFaryland) a ich tymczasową opiekunką Gertude i jej licznym potomstwem widz poznaje na podstawie retrospekcji, zeznań świadków uczestniczących w rozprawie o zabójstwo.
Mimo iż historia jest prawdziwa i doskonale wiemy, jakie będzie zakończenie filmu, reżyser buduje ogromne napięcie. Wędrujący po świecie rodzice sióstr zostawiają je pod opieką Baniszewski. Sielankowe życie szybko zamienia się w piekło. Sylvia z każdym dniem będzie poddawana nowym torturom, upokorzeniom i karom. Nawet bez przewinienia. Bicie, podpalanie niedopałkami, zmuszanie do masturbacji butelką, liczne tortury, więzienie w piwnicy i ostatecznie śmierć dziewczyny. I chociaż tym razem kamera nie pokazuje widzowi wszystkiego, to w filmie publicznością dla tego okrutnego widowiska są… dzieci. Niemniej okrutne od Baniszewski.
Zostańmy jeszcze przez chwilę przy niej. Nie mamy tu do czynienia z bezwzględną, odartą z uczuć i emocji zbrodniarką. Baniszewski to uwikłana w chory związek z młodszym mężczyzną, ciężko chora zarówno fizycznie, jak i psychicznie, żyjąca w ubóstwie, zmęczona życiem matka kilkorga dzieci. Odtwarzająca tę rolę Keneer stworzyła doskonały obraz kobiety, wobec której ciężko nam określić swoje emocje. Niemożliwym jest zamknąć oczy i nie zauważyć okrucieństwa zbrodni, której się dopuściła, jednakowoż trudno przemilczeć jej stan psychiczny i sytuację, w której się znalazła. Czyn dokonany przez Gertrude, jakkolwiek brzmi to absurdalnie, jest w jakiś dziwny sposób usprawiedliwiony.
Narastająca w niej frustracja w końcu znajduje ujście. Jak sama mówi: chciała chronić swoje dzieci przed samą sobą. Cały swój gniew i ból wyładowuje więc na delikatnej, bezbronnej Sylvi. Mimo apodyktycznego wyglądu, mimo konsekwencji i bezkompromisowości, wreszcie – mimo ogromnego okrucieństwa połączonego ze skrajną obojętnością wobec swej ofiary, u Baniszewski nie ma złowrogiego śmiechu czy pogardy. W chwilach, gdy akurat nie wymyśla kolejnych tortur, rozmawia z Sylvią, próbuje usprawiedliwiać swoje zachowanie, a nawet płacze i dziękuje dziewczynie. Z jednej strony wrażliwa, zagubiona, sama będąca ofiarą, z drugiej obojętna i zimna.
Nie reaguje na śmierć dziewczyny, wypiera także to zdarzenie z pamięci, nie przyznając się do winy. Warto jeszcze zaznaczyć, że Baniszewski to nie jedyny oprawca w filmie O’Havera. W tej chorej spirali okrucieństwa biorą też udział dzieci Gertrude i dzieci z sąsiedztwa. A zachęcać do tortur ich nie trzeba. Oczywiście z psychologicznego punktu widzenia dziecko nie ma jeszcze umiejętności trzeźwego oceniania swych czynów i płynących z nich konsekwencji, nie mamy tu jednak do czynienia z kilkulatkami. Zestawienie w jednym filmie ciężkiej do ocenienia Gertrude Baniszewski i skłonnych do okrucieństwa dzieci sprawia, że Amerykańskiej zbrodni nie mogło zabraknąć w tym rankingu.
Ale to, jak okrucieństwo wobec dziecka zostało przedstawione przez O’Havera, to jeszcze nic wobec tego, co w swoim filmie Aurore serwuje nam Luc Dionne. W filmie niezwykle podobnym. Bo podobnie jak w Amerykańskiej zbrodni i tu mamy oddane pod opiekę okrutnej kobiety dziecko, i tu mamy scenariusz oparty na faktach. Francja, sielski obraz kochającej się rodziny Gagnon zaburza jedynie gruźlica matki (Stéphanie Lapointe).
Już podczas jej pobytu w szpitalu pozostawionego z dziećmi i gospodarstwem Télésphore’a (Serge Postigo) zaczyna odwiedzać i kokietować daleka kuzynka Marie-Anne (Hélène Bourgeois-Leclerc), której ten bardzo szybko ulega. Chociaż w filmie jest kilka ciekawych postaci, trzymajmy się wyznaczonego tematu. Nas interesuje Marie-Anne. Luc Dionne w przeciwieństwie do poprzedniego reżysera znacznie odważniej operuje obrazem. Choć daleko tu jeszcze do typowych krwawych wizji, jakie znamy z horrorów, to ewidentnie widzimy dużo więcej niż w Amerykańskiej zbrodni. Zaczyna się pozornie niewinnie – od zamknięcia syna Marie-Anne w małej, ciasnej stodole z powodu kontaktu ze skunksem.
Ale to, co spotyka tytułową Aurore (Marianne Fortier), która po śmierci matki staje się pasierbicą Marie-Anne, to długotrwały koszmar, którego jako widzowie stajemy się świadkami. A patrząc na coraz bardziej wymyślne tortury i coraz bardziej zmasakrowane ciało dziewczynki, ciężko nie odczuwać wzburzenia i nienawiści. Tym bardziej że Marie-Anne, inaczej niż Baniszewski, nie ma w sobie absolutnie nic, co sprawiałoby, że można było uzasadnić jej poczynania. Marie-Anne jest chorobliwie zazdrosna o Aurore, która z urody przypomina Télésphore’owi zmarłą żonę. Dziewczynka jednak nie jest tak cicha i pokorna jak wspomniana wyżej Sylvia Linkes.
Wyrzuca ojcu to, że zamieszkał z kochanką, jeszcze zanim umarła jego żona, sprzeciwia się też Marie-Anne, nie zgadzając na to, by traktować ją jak matkę. Marie-Anne to podstępna manipulatorka. Typowa osobowość narcystyczna. Okrutne zachowania często tłumaczone są jako wynik traumy, zaniedbania. Przeszłości kobiety widz nie poznaje zbyt dobrze, nic jednak nie wskazuje na to, by doznała kiedyś krzywdy, za którą teraz chce się odegrać. Jej zachowanie jest typowym zachowaniem kobiety zazdrosnej o drugą kobietę, której należy pozbyć się z najbliższego otoczenia. Marie-Anne ucieka się nawet do dziecinnych zachowań, jakim jest próba wrobienia pasierbicy w kradzież.
Wbrew pozorom to właśnie osobowości narcystyczne bywają o wiele bardziej bestialskie wobec swych ofiar. Narcyz bowiem w odróżnieniu od sadysty nie pozostaje w żadnej relacji emocjonalnej ze swoją ofiarą, nie jest od niej zależny. Śmierć dziewczynki jest zatem dla Marie-Anne czymś korzystnym. Jest jeszcze jeden element łączący oba filmy – siła manipulacji. Baniszewski przekonuje dzieci, że tak należy postępować wobec Sylvi, Marie-Anne bez problemu podburza wobec Aurore jej własnego ojca. Jego zachowanie ma wydźwięk o tyle mocniejszy, że w początkowych scenach pokazana zostaje między nim a dzieckiem typowa ojcowska miłość.
Télésphore staje się obojętny wobec cierpienia swojego dziecka, sam zaczyna uczestniczyć w torturach, przymyka również oko na fakt, że poprzednie dzieci Marie-Anne zmarły w niewyjaśnionych okolicznościach. Bestialstwo zatem dotyczy zarówno macochy, jak i ojca.
Najohydniejsze wciąż przed nami. Bo tak oto w rankingu tym pojawia się reżyser Steven Sheil i jego niskobudżetowy horror Mamusia i tatuś. Sam film jest dość marny i w innym wypadku nie poświęcałabym czasu na jego recenzję. Jednak zestawiając sadystów i zwyrodnialców kina, warto zauważyć też produkcje drugorzędne i mniej znane, zamiast kolejny raz skupiać się na filmach, które były już omawiane setki razy.
Mamusia i tatuś to historia pracującej na lotnisku w Anglii Polki Leny (Olga Fedori), która trafia do domu rodziny zwyrodnialców składającej się z rodziców – tytułowych mamusi (Dido Miles) i tatusia (Perry Benson) oraz ich pewnej siebie córki Birdie (Ainsley Howard) i niemego syna Elbiego (Toby Aleksander). Nikogo chyba nie zaskoczy to, że dziewczyna zostaje uwięziona i poddana licznym i wymyślnym torturom. A widz będzie torturowany przez obraz z kamery, ponieważ tym razem twórcy filmowi nie będą mieć żadnej litości. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, iż mimo brutalnego i odrażającego obrazu, z którym przyjdzie się nam zmierzyć, nie uświadczymy tu scen sikającej krwi i porozrzucanych na ziemi wnętrzności, jakimi często bezsensownie raczą nas twórcy popularnych horrorów.
Motywem, który powtarza się po raz kolejny i daje do myślenia, jest relacja między rodzicami a dziećmi. Relacja, w której dzieci, choć, co widać po ich ciałach i zachowaniu, też musiały być przez rodziców torturowane w przeszłości (liczne rany na ciele Elbiego, prawdopodobnie odcięty język, kary cielesne wobec Birdie), nie usiłują pomóc ofierze. Birdie wręcz rywalizuje z nią o miłość ojca.
W filmie Sheila po raz pierwszy mamy do czynienia nie ze zwykłymi zwyrodnialcami, lecz typowymi sadystami. Sadysta bowiem, jak zostało wspomniane, odróżnia się tym, że jest zależny od swojej ofiary, a jego kontakty z nią mają często charakter seksualny. Lena, nazywana od tej pory Angel, zostaje związana, ma przerwane struny głosowe, a jej ciało zostaje pocięte.
Zarówno mamusia, jak i tatuś czerpią z tego ewidentną przyjemność seksualną. Dodatkową korzyścią z obecności Leny jest fakt, że staje się ona darmową pomocą domową. Lena nie jest ani pierwszą, ani jedyną ofiarą tej rodziny. Z czasem uczy się, że udając posłuszeństwo wobec „rodziców”, ma szanse być traktowana lepiej, a ich potrzeba znęcania się nad kimś przechodzi na Birdie… lub inne przypadkowe osoby. Dom, będący swoistym mrocznym labiryntem, zaczyna odkrywać kolejne tajemnice. Łańcuchy, liny, narzędzia tortur. Kolejne pomieszczenia. I kolejna tajemnica. To wcale nie Lena jest główną ofiarą. To odnaleziona dopiero w drugiej połowie filmu, związana, zmasakrowana, upośledzona dziewczyna (Micaiah Dring) okazuje się głównym celem ataków tej chorej rodzinki.
Kulminacyjną sceną przekraczającą wszelkie granice okrucieństwa jest Wigilia. Obojętność oprawców i ich chore umysły najdoskonalej ukazuje moment, gdy tańczą do wesołej świątecznej muzyki, podczas gdy obok nich siedzi zmaltretowana, żyjąca dotąd w ciemnym pokoju, upośledzona córka, a obok ukrzyżowany, nieprzytomny mężczyzna… ozdobiony świątecznymi lampkami. Dowiadujemy się również o gwałtach, które miały miejsce w tym domu, całe szczęście chociaż tego obrazu reżyser nam oszczędza. Są tylko dwa słowa, którymi można opisać rodziców – chorzy i ohydni. Mimo że, jak zostało już wspomniane, film z pewnością kinowym dziełem nie jest, same postacie wykreowane przez Miles i Bensona są w jakiś anormalny sposób niezwykle frapujące.
Widz nie raz będzie zasłaniał oczy, nie ze strachu, lecz z obrzydzenia, tylko po to, by za moment je odsłonić i trochę wbrew sobie być świadkiem tych chorych scen. Film Stevena Sheila zamyka w tym rankingu listę zwyrodnialców-rodziców.
Zemsta bez ograniczeń
Krucha i delikatna Asami Yamazaki (Eihi Shiina) z genialnego filmu Takashiego Miikego Gra wstępna oraz konsekwentny w swoich działaniach Bruno Hamel (Claude Legault), bohater thrilleru 7 dni w reżyserii Daniela Grou, zajmują kolejne miejsca na tej niechlubnej liście. Oboje kierują się chęcią zemsty, jednak ich pobudki i działania są skrajnie od siebie różne. Jak zachowa się rodzic, któremu zostaną pokazane zwłoki zgwałconego ośmioletniego dziecka? Jak zareaguje na widok szyderczo uśmiechającego się mordercy? Z pewnością będzie chciał zrobić wszystko, by przekonać wymiar sprawiedliwości do wymierzenia temu zwyrodnialcowi adekwatnej kary.
Ale może być też zupełnie inaczej. Rodzic może stać się oprawcą o wiele bardziej zwyrodniałym i okrutnym. I tak właśnie dzieje się z chirurgiem Brunem, głównym bohaterem filmu 7 dni w reżyserii Daniela Grou. Siedem dni przed urodzinami zamordowanej córeczki. Siedem dni tortur. Tortur zupełnie innych od tych, które widzieliśmy do tej pory. Jako chirurg bowiem Bruno ma nie tylko dostęp do narzędzi i preparatów, ma – co gorsza dla jego ofiary – wiedzę i owładnięta nienawiścią głowę pełną pomysłów na kolejne, coraz bardziej wymyślne katusze. A gwarantuje, że owej wyobraźni mu nie zabraknie. Widz śledzić będzie relację rozgrywającą się w oddalonym od cywilizacji domu, między mordercą-gwałcicielem Anthonym (Martin Dubreuil) a mężczyzną dotychczas normalnym, w którym rozwinęła się potrzeba krwawej zemsty.
Jak pisał Baron-Cohen, człowiek zupełnie zdrowy i normalny może w wyniku szoku, traumy doznać chwilowego spadku empatii – czego konsekwencją będą zachowania amoralne, bo człowiek ten nie będzie umiał postawić się na miejscu swej ofiary. Czy Bruno faktycznie nie umie sobie wyobrazić, co czuje Anthony? Polemizowałabym. Mam niemal pewność, że doskonale wie, co czuje jego ofiara, i to jeszcze bardziej go nakręca. Bruno nie ma w głowie obrazu cierpiącego Anthony’ego, w głowie (i na zdjęciu) ma obraz zwłok jedynego, ukochanego dziecka. 7 dni to doskonałe studium szaleństwa, historia o tym, że w każdym z nas może drzemać pewna doza okrucieństwa, potrzeba jedynie odpowiedniego zapalnika, by ją rozpalić.
Co jednak, jeśli dotknięta traumą osoba mścić zacznie się nie na swoim oprawcy, lecz na zupełnie niewinnych osobach? Tak jak stało się to w filmie Gra wstępna. Takashi Miike to twórca wybitny. Niepodejrzewający niczego widz ogląda historię wdowca Shigeharu Aoyamy (Ryo Ishibashi), który za namową przyjaciela Yasuhisy (Jun Kunimura) organizuje fikcyjny casting do filmowej roli. Jego prawdziwym celem jest poznanie przyszłej żony. Kandydatka zostaje wybrana, między nią a Shigeharu bardzo powoli rodzi się uczucie… i tu sielanka kończy się w kilka minut, a jasne barwy i długie ujęcia znikają w jednej chwili.
Romantyczny film zmienia się w surrealistyczny, niespodziewany koszmar, w którym królują zaciemnione pomieszczenia, czerwonożółte barwy, halucynogenne wizje… i ogromna doza bestialstwa. Geniusz tego filmu z pewnością zasługuje na długą i wnikliwą analizę, na którą niestety nie ma tu miejsca. Najistotniejsza jest Asami.
Młoda, skromna dziewczyna, która, jak dowiadujemy się z kolejnych części filmu, prawdopodobnie była molestowana w dzieciństwie. Z powodu kontuzji musiała zrezygnować z baletu, który jako jedyny koił jej duszę. Bije od niej skromność i pokora. Onieśmielenie sprawia, że wciąż patrzy w ziemię, nie jest nawet w stanie unieść wzroku. Nawet w momencie, gdy pierwszy raz rozbiera się przed Shigeharu, jest zmieszana i zawstydzona faktem, że musi obnażyć przed kimś nie tylko nagie ciało, ale i blizny przypominające o najboleśniejszych chwilach jej życia. Pragnie tylko, by ktoś prawdziwie ją pokochał.
Lecz delikatność Asami szybko zostaje podana w wątpliwość. Skulona siedzi w ciemnym pokoju, czekając na znak od ukochanego. Kiedy w końcu rozlega się dźwięk telefonu, detalem, który ukazuje kamera, jest złowieszczy uśmiech dziewczyny. W tym samym momencie wielki, tajemniczy worek leżący przed dziewczyną porusza się, a z jego wnętrza słychać przeraźliwy skowyt.
Z każdą kolejną chwilą Miike odsłania przed widzem prawdziwą naturą dziewczyny. Historia morderstwa, tajemniczy odcięty język i trzy palce, mężczyzna na wózku inwalidzkim, z odciętymi stopami (Renji Ishibasi) i szokująca postać z worka, którą okazuje się pozbawiony kilku części ciała, zdeformowany, przerażony, a jednak zdany na łaskę Asami Shimada (Ren Osugi), karmiony przez nią wymiocinami.
Kulminacją bestialstwa jest jedna z ostatnich scen, w której wciąż słodka, urocza i mimo wszystko krucha Asami podaje Shigeharu preparat, który paraliżuje jego ciało, tak iż mężczyzna nie jest się w stanie poruszyć, ale może odczuwać ból, co pozwala jej rozpocząć „zabawę”. Asami z uśmiechem na twarzy wbija w ciało mężczyzny igły, słodkim głosikiem powtarzając „kiri, kiri, kiri” (japońskie słowo będące połączeniem słów cięcie i ból). Na tym oczywiście fantazja Asami się nie kończy. Ostatecznie za pomocą „żyłki” odcina ukochanemu stopę.
Okrucieństwo w filmie Miikego przekracza granicę, jest jednak coś, co sprawia, że nie każdy widz będzie odczuwał wobec Asami odrazę, potępienie i pogardę. Jak pisał Simon Baron-Cohen: „Każdy agresor musiał się nauczyć tego, że warto być agresorem, poprzez obserwowanie innego agresora w interakcji z ofiarą”. W tym przypadku ofiarą była sama Asami. W głębszym znaczeniu film Miikego to studium szaleństwa osoby z tramą. Osoby odrzuconej i skrzywdzonej. Osoby, którą do zbrodni pchają różne czynniki. Po pierwsze wciąż powracająca przeszłość. Po drugie strach przed odrzuceniem, brak wiary w siebie.
Po trzecie – prawdopodobnie choroba. Nie zapędzałabym się, stawiając tezę, że mamy tu do czynienia z rozdwojeniem osobowości, bo ta teoria wydaje mi się zbyt daleko idąca. Co innego natomiast zwykłe zaburzenie, a w tym przypadku chociażby borderline. Asami przejawia skrajnie różne zachowania, które następują niemal jedno po drugim. Krzywdząc, pragnie zatrzymać Shigeharu przy sobie za wszelką cenę. Z jednej strony jest mu wdzięczna za uczucie i onieśmielona jego obecnością, z drugiej oskarża go o to, że nie jest dla niego najważniejsza, nie dopuszczając do tej relacji już nawet nie tyle drugiej kobiety, ale i jego syna (Tetsu Sawaki).
W swoich zachowaniach zaprzecza sama sobie, brak w nich logiki. Asami ma też skłonności sadystyczne. Według Barona-Cohena osoby sadystyczne są przekonane, że mogą zmusić kogoś do miłości. Jednocześnie chcą mieć stałą kontrolę nad partnerem, bo nie są w stanie uwierzyć, że ktoś może je pokochać. Asami w tym rankingu to postać niezwykle intrygująca. Samotna, delikatna, skromna, pozornie dziecinie niewinna, nieufna, wycofana, niewierząca w siebie – zdaje się pasować do roli ofiary. A z drugiej okrutna, przebiegła, brutalna, bezwzględna, sadystyczna – pokazuje swoją drugą twarz, twarz kata.
Krwawa sztuka manipulacji
Okrucieństwo w kinie często idzie w parze z manipulacją, czego najdoskonalszym przykładem są dwa japońskie filmy. Pierwszy to Cold Fish w reżyserii Sion Sono, do którego nakręcenia inspiracją po raz kolejny były prawdziwe wydarzenia – historia pary morderców, Gena Sekine i jego żony Hiroko Kazamy. Drugi to Kanako w krainie czarów autorstwa Tetsuyi Nakashimy.
Sympatyczny i poczciwy biznesmen, właściciel sklepu z rybkami „Amazon gold”, pan Yukio Murata (Denden), bierze pod swoją opiekę zbuntowaną Mitsuko (Hikari Kajiwara), córkę Shamoto (Mitsuru Fukikoshi) i Taeko (Megumi Kagurazaka), ratując ją z opresji i dając jej pracę w swoim sklepie. Ta pozornie drobna przysługa sprawia, że staje się on dla Shamoto i jego żony pewnego rodzaju wierzycielem, który od tej pory będzie żądał odwdzięczania się za swą pomoc. Wciągnie ich też nieodwracalnie do swojego świata, który okaże się pełen przemocy i manipulacji.
Film Sono to gra między Muratą i Shamoto, a także, między reżyserem a widzem. Murata, wydający się prostodusznym i sympatycznym starszym panem, wraz z uroczą małżonką prowadzą dobrze prosperujący sklep. Cała tajemnica rozgrywa się jednak na jego zapleczu, gdzie w obecności Shamoto przyjmuje on kolejnych wspólników biznesowych, którzy później znikają, stając się, jak sam to nazywa, niewidzialnymi. Czy człowiek może stać się niewidzialny? Wszak magia nie istnieje. Owszem, może. O ile zamiast czarodziejskiej różdżki użyjemy kilku narzędzi pozwalających na rozczłonkowanie zwłok, co właśnie czyni sympatyczne małżeństwo.
Ich ofiary zostają zamordowane i poćwiartowane, ich kości spalone, a resztki stają się pokarmem dla ryb z pobliskiej rzeki. Nawet członkowie yakuzy nie są przeszkodą dla Muraty. Nie ma człowieka – nie ma problemu. Taeko godzi się na seks z Muratą, Mitsuko jest nim zachwycona, bo w przeciwieństwie do jej ojca nie jest ofiarą losu, a Shamoto, chcąc nie chcąc, staje się uczestniczącym w zbrodniach chłopcem na posyłki. Na czym natomiast polega gra z widzem? Sion Sono bawi się formą. Podobnie jak robił to genialny Stanley Kubrick w Mechanicznej pomarańczy, łączy na ekranie to, co połączone być nie powinno.
Bohaterowie niemal tarzają się w krwi i zwłokach, twórcy najlepszych gore nie powstydziliby się scen z filmu Sono, a jednocześnie ani na moment nie zostaje przerwana komediowa forma. Krew i śmiech. Wbrew pozorom to nie krwawe brutalne sceny są najistotniejszym elementem tego filmu. Najbardziej uderzającą sceną jest dyskusja, a raczej monolog Muraty z Shamoto. To właśnie z niego widz dowiaduje się o przeszłości Muraty. O tym, że w dzieciństwie spotkała go trauma. Jak pisał Baron-Cohen, każde dziecko uczy się agresji poprzez obserwacje dorosłych, ale także osoby, przez którą doznaje krzywdy. Badacz nazwał to sui generis, czyli spóźnionym odwetem za doznane upokorzenie.
Zemsta po latach na niewinnych osobach, która pozwoli na odzyskanie utraconej godności. Murata nie zabija Shamoto prawdopodobnie tylko dlatego, że przypomina mu on samego siebie. I chociaż nie jest sadystą, to jest między nimi zależność. Murata, będąc oprawcą, staje się jednocześnie mentorem i twórcą. Chce pokazać Shamoto wszystko, co najbardziej okrutne i złe, aby wyzwolić w nim drzemiącego dewianta, co po czasie mu się udaje. Bo podobnie jak u Baniszewski narastająca frustracja i „pomoc” Muraty sprawiają, że z nieudacznika Shamoto stał się degeneratem nie mniej okrutnym od swego nauczyciela. Sono w fenomenalny sposób pokazuje coś o wiele gorszego niż morderstwa i tortury. Pokazuje, jak silna jednostka może wpływać na inne osoby, pozbawiając je człowieczeństwa, i poprowadzić je za sobą.
Pozostańmy w Japonii, gdzie toczy się akcja filmu Kanako w krainie czarów. To już kolejny film w tym rankingu, przy którym trudno skupić się na głównym motywie brutalności. I ogromnym zaniedbaniem byłoby chociaż w kilku słowach nie opisać tego, co wyróżnia ten genialny dramat. A zatem krótko: narkotyczny, surrealistyczny styl, neonowe barwy, szybki montaż, połączenie filmu fabularnego z animowanymi wstawkami (przywołujące na myśl Urodzonych morderców Olivera Stone’a), kontrastujące ze scenami rozbryzgującej wszędzie krwi komiksowe napisy, nieodłączny seks, alkohol, narkotyki, imprezy – ukazane, o dziwo, w sposób fenomenalny, tak różny od tego, co serwują nam amerykańscy twórcy filmowi. A żeby było jeszcze dziwniej – mieszające się ze sobą warstwy czasu i miejsca, rzeczywistość i urojenie.
Najistotniejszy wciąż jednak pozostaje sadystyczny i brutalny bohater, a raczej antybohater. Sęk tym, że Nakashima nie stosuje prostych reguł. Kanako (Nana Komatsu), tytułowa bohaterka, to młoda dziewczyna, która znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Liczne przeskoki i retrospekcje bardzo szybko ujawniają widzowi, że chociaż z pozoru wydaje się zwyczajną roześmianą nastolatką, Kanako kryje drugą twarz. Pojawia się manipulacja, wykorzystywanie słabszych, znęcanie psychiczne, górowanie, molestowanie, aż w końcu przemoc fizyczna czy gwałt. Ale Nakashima nie lubi prostych schematów.
Tym samym bohaterowie, od których wymagałoby się, aby byli nieskazitelni, okazują się nie mniej brutalni od Kanako. Akikazu Fujishima (Kôji Yakusho), były detektyw, ojciec dziewczyny, chociaż podejmuje się poszukiwań, daleki jest od ideału. Widz przyglądać będzie się pracy agresywnego alkoholika i z czasem zacznie coraz bardziej rozumieć, jak i dlaczego środowisko, w którym przebywała Kanako, wpłynęło na ukształtowanie jej psychiki.
Tym, co wyróżnia film Nakashimy, jest brak jednej negatywnej postaci. Cały świat wykreowany przez reżysera jest niczym z mrocznej baśni, do której nie chcielibyśmy trafić. Ciężko zdecydować, co jest bardziej okrutne i szokujące: manipulowanie słabszymi, naiwnymi, zaślepionymi ludźmi, wykorzystanie psychiczne, szyderstwo, zwodzenie, podstępność, pogarda i zastraszanie czy może molestowanie, brutalne gwałty, w tym homoseksualne, przemoc fizyczna, bestialstwo i morderstwa.
Bo w filmie Nakashimy to nie jedna osoba jest zła – to cały świat ulega tak szokującemu zepsuciu i degradacji, że po raz pierwszy chyba nawet najbardziej kontrowersyjne sceny przemocy nie są w stanie szokować widza tak silnie, jak paranoiczny, nihilistyczny obraz świata, do którego zostajemy wprowadzeni. Brutalność w filmie Kanako w krainie czarów jest jak najbardziej uzasadniona, reżyser nie widział (i słusznie) innego, lepszego sposobu, aby pokazać moralne zepsucie współczesnego kalekiego świata.
Morderca czy celebryta – czyli dlaczego należy pokazywać bestialstwo na ekranie
Ostatnia część tego rankingu, przyznam wprost, była dla mnie najtrudniejsza do kategoryzowania. Z drugiej strony natomiast nie widzę powodów, by pominąć ostatni film, jakim jest Teza w reżyserii Alejandro Amenábara. Jakkolwiek takie myślenie może wydać się niedorzeczne, zachowanie każdego z tej listy można w mniej lub bardziej logiczny sposób uzasadnić lub postarać się zrozumieć motywy i pobudki. Zrozumieć nie oznacza rzecz jasna usprawiedliwić czy akceptować. Film, który zostawiłam na koniec, to przykład typowej brutalności i sadyzmu dla czystej satysfakcji i przyjemności.
Przywołane we wstępie filmy z gatunku snuff powracają właśnie teraz. Bo chociaż film Teza nie jest typowym przykładem tego gatunku, to właśnie do niego się odwołuje. Zataczamy też pętlę z innego powodu. Tak jak w pierwszym filmie z tego rankingu, Amerykańskiej zbrodni, tak i tu brutalnych obrazów jest niewiele. Teza to historia studentki Ángeli Márquez (Ana Torrent), która pisze pracę dyplomową na temat przemocy w środkach masowego przekazu (wyjaśniam – nie, nie była moją inspiracją). W jej ręce trafia taśma z nagraniem autentycznego morderstwa jednej ze studentek.
Wraz z Chemą (Fele Martínez), dziwakiem, miłośnikiem filmów pornograficznych, gore, horrorów i innych zakazanych materiałów, rozpoczyna własne śledztwo. Przebiegu owego śledztwa oraz licznych perypetii i zwrotów akcji przybliżać nie zamierzam. Krwi i tortur w filmie jest niewiele. Co więc skłoniło mnie do umieszczenia go w tym zestawieniu? Fakt, iż Amenábar w bezbłędny sposób przedstawia problem zamiłowania ludzi do obserwowania okrucieństwa. Już w jednej z początkowych scen widzimy, jak ludzie mimo prośby o zasłonięcie oczu z ciekawością zerkają w stronę torów, na których leżą zwłoki samobójcy.
W tym momencie jest to jeszcze ciekawość połączona z obrzydzeniem. Ale reżyser nie każe nam długo czekać. Za parę chwil, podczas oglądania filmu Fresh Blood, nazwanego przez Chemę „pięknym i pouczającym”, chłopak mówi także: „Wszystko, co zobaczysz, jest prawdziwe. Egzekucje, lincze, bicie, świetna sprawa”. Lecz wysnuwanie wniosków, że tylko tacy outsiderzy jak Chema gustują w tego typu rozrywkach, jest błędne. Bo Ángela, chociaż ogląda te materiały z konieczności i początkowo w najgorszych momentach, kiedy z nagrania z ekranu telewizora dobiegają nieludzkie krzyki torturowanej dziewczyny, próbuje zakrywać oczy, bardzo szybko je odsłania, ciekawość zwycięża.
I mimo że kamera po raz kolejny próbuje ochronić nas od długich scen tortur, to krótkie momenty (zakrwawiona twarz, piłowane ludzkie mięso) wystarczają, by w normalnej osobie wzbudzić poczucie obrzydzenia i strachu. Powracając do analizy ludzkich zachowań – reżyser w świetny sposób, małymi kontrastującymi ze sobą scenami, uzmysławia, jak skrajne reakcje w ludziach mogą wywołać tego typu filmy. Chema po seansie ze spokojem zajada się chipsami, Ángela wymiotuje. Czy jednak Chema nie ma trochę racji, zarzucając Ángeli, że filmy te jej się podobają? W thrillerze Amenábara próżno szukać jednego antybohatera-zwyrodnialca. Ogromne znaczenie ma ostatnia scena filmu, w której pacjenci szpitala oglądają wiadomości i kiedy prezenterka ostrzega, że za chwile na ekranie wyświetlone zostaną brutalne, co więcej autentyczne sceny, pacjenci sprawiają wrażenie podekscytowanych i nie zamierzają ani wyłączyć telewizora, ani zamknąć oczu. Reżyser dowodzi, że w każdym człowieku jest odrobina perwersji i dewiacji.
W języku niemieckim istnieje idealnie pasujące tu słowo Schadenfreude, co oznacza czerpanie przyjemności z oglądania cudzego nieszczęścia.
We wstępie tego rankingu padła przecząca odpowiedź na pytanie, czy można zabronić twórcom filmowym kręcenia filmów pełnych bardzo realistycznej przemocy. Wciąż jeszcze nie pojawiły się żadne argumenty. Wybór i odbiór filmu jest kwestią indywidualną. Nikt nikogo nie zmusza do oglądania filmów emanujących przemocą. Żyjemy w czasach, w których przed pójściem do kina czy włączeniem filmu na laptopie bądź telewizorze w kilka sekund znajdziemy o nim informacje, z których wywnioskować możemy, co mniej więcej nas czeka. Wielu reżyserów ma swój specyficzny styl i powinniśmy wiedzieć, czego się spodziewać.
Podobnie subiektywne jest podejście do tego, co w kinie dobre, a co złe. Dla mnie zbędne są tanie horrory, w których krew leje się strumieniami, oprawca pojawia się znikąd, widz nie ma żadnego wyjaśnienia, co nim kieruje, a jego ofiary zachowują się często w sposób nielogiczny i wręcz śmieszny. Czy jednak jeśli ja nie lubię takich filmów, oznacza to, że mam prawo mówić, że są one zbędne? Nie, ponieważ podobają się wielu innym osobom. Jednakowoż ranking ten nie dotyczył horrorów niskobudżetowych. Jaki jest więc sens pokazywania przemocy? Uświadamianie. Reżyser Takashi Miike w jednym z wywiadów powiedział, że przerażają go twórcy, którzy ukrywają agresję poza kamerą.
Święte słowa!
Morderstwo nie jest estetyczne, gwałt nie trwa chwilę, ćwiartowanie ciała to żmudna, ohydna praca, a zwłoki nie pachną fiołkami. I może dlatego trzeba to czasem dosadnie pokazać, bo nawet jeśli mamy to szczęście nie doświadczać okrucieństwa, nie oznaczy to, że nie istnieje dookoła. Co więcej – a nuż takie filmy sprawią, że przestaniemy zasłaniać oczy i uszy na sprawy, które dzieją się wokół nas? Aż w końcu – może dla kogoś, podobnie jak dla mnie, będą inspiracją do zainteresowania się badaniami nad umysłami seryjnych morderców. Wszak każde hobby jest lepsze niż bezwiedne i bezsensowne scrollowanie mediów społecznościowych.
Cytaty użyte w artykule pochodzą z książek: „Teoria zła. O empatii i genezie okrucieństwa” Simona Barona-Cohena oraz „Granica bólu. O źródłach agresji i przemocy” Joachima Bauera.









