Publicystyka filmowa
Tylko dla DOROSŁYCH. Filmy SCIENCE FICTION, których nie puściłbyś swojemu dziecku
W świecie filmów SF nie brakuje brutalności i grozy, które dorosły widz doceni, a filmy RIDDICK i BATTLE ROYALE to doskonałe przykłady!
Brutalność, seks, groza, czyli wszystko to, co tygryski lubią najbardziej, jest niekoniecznie dobre dla małych tygrysiątek. Zwłaszcza w wizjach odrealnionych. Innymi słowy – są filmy SF, których wartość jest w stanie docenić jedynie dorosły widz. Chowające się pod spódnicą małolaty i tak pewnie ukradkiem te filmy już obejrzały. Lepiej byłoby jednak, jakby zafundowały sobie seans powtórkowy za kilka lat. By lepiej te filmy zrozumieć, by skonfrontować ich treść z własnymi doświadczeniami i pełniejszym oglądem świata. Oto kilka moim zdaniem najciekawszych filmów science fiction przeznaczonych tylko dla dorosłych.
Uwaga – osobom niepełnoletnim alkoholu oraz treści poniższego artykułu nie sprzedajemy!
Dredd
Jaka szkoda, że producenci nie mieli jaj, by dać zielone światło kontynuacji tego filmu. Wszyscy go pokochali, z miejsca stał się kultowy, ale najwyraźniej rachunki księgowych z Hollywood wskazały inny rezultat. A Dredd to opowieść jakże prosta i jakże skutecznie trafiająca w serducho łaknącego wrażeń widza.
Twardziel i postrach miasta wchodzi do budynku, by zaprowadzić w nim porządek. Wpada w pułapkę bez wyjścia, ale pozostaje tym faktem niewzruszony. To on jest przecież sędzią i katem, a jego broń – ostatecznym narzędziem sprawiedliwości. Ten film jest jak gra komputerowa, bo chodzi w nim w gruncie rzeczy o to, by eliminować przeciwników przeć do przodu, a na końcu dorwać głównego bossa. Dredd nie tyle ukazuje przemoc, co się nią napawa. Poszczególne sceny przedstawione są w zwolnionym tempie, by lepiej móc lepiej doświadczać siłę strzałów i wagę poszczególnych śmierci. I wszystko to razem z bohaterem, którego twarzy nawet nie widać. Brawo dla Karla Urbana za charyzmę ukrytą pod hełmem.
Cube
Jedna scena z tego filmu, zawarta już w zwiastunie, jawnie daje do zrozumienia, kto film może oglądać, a kto lepiej niech do kina nie wchodzi. Łysy facet wchodzi do tajemniczego pomieszczenia, nie za bardzo zdając sobie sprawę z tego, gdzie jest i co go czeka, zostaje w mgnieniu oka poszatkowany niczym mięso na gulasz. Cube, czyli zagadkowy sześcian, stanowiący dla bohaterów pułapkę, to protoplasta Pił i innych thrillerów, w których bardzo trudno jest znaleźć wyjście z zagrożenia. Skorzystał jednak ze schematu zapoczątkowanego filmem Five z 1951 roku. Czy postacie przetrwają tę morderczą grę, zależy od tego, czy zdołają ze sobą współpracować oraz czy zdołają znaleźć klucz do wyjścia z sytuacji. To oczywiste – zabawa w escape room nie jest dla dzieci. Wydźwięk filmu jest jednak na swój sposób nihilistyczny, gdyż nie daje nadziei ludzkiemu gatunkowi. Okazuje się, że to ci wiecznie spychani na margines staną się wkrótce wybrańcami, podczas gdy „zdrowe” jednostki powybijają się nawzajem.
Żołnierze kosmosu
Puszczając oko do redakcyjnego kolegi Odysa Korczyńskiego i jednocześnie zamierzenie wysyłając mu prztyczka, chciałbym rzec otwarcie, że moim zdaniem Żołnierze kosmosu filmem świetnym są i nic już tego wrażenia we mnie nie odwróci. Wprost uwielbiam to, w jaki sposób niestrudzony Paul Verhoeven bawi się zasadami gatunku tak w Żołnierzach, jak i w Pamięci absolutnej, dostarczając widzowi istnej jazdy bez trzymanki.
Krew, seks, brutalność, dosadność – to jest to, czego każdorazowo można spodziewać się podczas seansu z filmem Holendra. Uczynił on z tych cech trudny do podważenia atut, który nadaje jego fantastycznym wizjom charakter energetycznej bomby. Żołnierze kosmosu, bazujący na wizji Roberta Heinleina, prezentują model fantastyki militarnej, ponownie uczący nas truizmów, jakoby przyszłość miała popełniać grzechy przeszłości za sprawą ponownego wdrażania idei faszyzmu. To już wiemy, bo to już widzimy. Ale jest to jednocześnie tak ciekawie opakowane, że trudno się od filmu oderwać.
Wszystko za sprawą akcji, nie dającej przestrzeni do nabrania tchu. Owszem, dokładnie tak wyobrażam sobie wojnę przyszłości – rozrywane ciała będą fruwać w powietrzu, tylko przeciwnik jakiś bardziej… nieludzki.
Dzika planeta
Trochę filmów science fiction widziałem. Trochę fantastycznych światów już zwiedziłem. Ale drugiej tak szalonej, tak dziwnej wizji jak tej doświadczonej w animowanym filmie z 1973 roku nigdy już nie uświadczyłem. Co w Dzikiej planecie tak wyjątkowego? Właściwie wszystko. Od topornej, a zarazem dalece niepokojącej kompozycji, przez wyrazistą kolorystykę świata przedstawionego, aż do crème de la crème, czyli metaforycznej, pełnej niejednoznaczności fabuły.
Dzika planeta to obok kultowego Heavy Metal jedna z tych bajek przeznaczonych dla dorosłych dzieci. Wynika to z faktu, iż wysyła w podtekstach sygnały, które tylko dorosły zdoła zrozumieć. Opowieść o dzikich i oswojonych jest tak naprawdę opowieścią o wyzysku i próbie uwolnienia się z jego sideł. Bajka to jakże aktualna do dzisiaj, gdy społeczeństwo wciąż traktowane jest względem swego suwerena niczym niewolnik, mający posłusznie i najlepiej bezrefleksyjnie wykonywać rozkazy. Czy kosmos skrywa podobne pułapki?
Riddick
Uwielbiam filmowy cykl opowiadający o przygodach Richarda B. Riddicka. Przyznaje, jest to jedna z moich ulubionych serii SF. Z tych trzech (właściwie czterech, licząc też animację) odsłon największą radość sprawia mi obcowanie z Riddickiem właśnie. Jest to wedle mnie wizja najbardziej dojrzała, gdyż opowiada o tym etapie przygody bohatera, gdy nikomu już nie musi on niczego udowadniać – ani się przedstawiać i kłaniać widowni, ani tym bardziej ratować świata. Zawsze gdy oglądam Riddicka, mam wrażenie, że dopiero tu, na trzecim etapie opowieści, David Twohy pozwolił sobie na w pełni reżyserską wizję.
W Pitch Black jeno zainteresował producentów, ale nie mógł za dużo pokazać, gdyż wiązałoby się to z kosztami. W Kronikach Riddicka z kolei widać, iż reżyser realizuje odgórne zalecenia mocodawców, domagających się poszerzenia uniwersum i przepychu. Riddick jest już najbardziej szczery, gdyż wraca do pierwotnego konceptu opowiadającego o osamotnionym bohaterze, konfrontującym się z przeciwnościami przy udziale swych niezwykłych umiejętności. Jest brutalnie, jest mrocznie. Czasem seksistowsko, czasem wulgarnie. Uderzenie to jednak mocne – tak, jak w przypadku przygód Riddicka być powinno.
Battle Royale
Młodzieniaszki, bójcie się. Azjaci wiedzą, co zrobić, by nauczyć was ogłady i szacunku do życia. Być może ten film, w drodze wyjątku, powinien jednak być pokazywany młodszej widowni, choćby w ramach przestrogi. Ktokolwiek jednak do produkcji z 2000 roku podchodzi, musi uzbroić się w mocne nerwy. Japoński film Kinjiego Fukasaku opowiada bowiem o tym, jak nastolatki osadzone na wyspie, przypięte do muru i wyposażone w broń muszą zabijać się nawzajem za cenę przetrwania.
Jeśli bowiem po trzech dniach okaże się, że na wyspie jest więcej niż jedna osoba, wszyscy zostaną unicestwieni. Jedynym ratunkiem jest zatem mord. Zapomnijcie o Igrzyskach śmierci, bo nie jest to wizja w żaden sposób odkrywcza. Śmiertelna gra została w science fiction zaprezentowana znacznie wcześniej i jest w tym wydaniu znacznie brutalniejsza. Rzeźnia z mocnym komentarzem społecznym.
RoboCop
Paul Verhoeven po raz kolejny. Nim holenderski reżyser wyruszył w kosmos za sprawą Pamięci absolutnej i Żołnierzy kosmosu, najpierw stworzył pamflet o tym, co dzieje się na Ziemi. Obserwując postępująca przemoc i brutalność w sferze przestępczości, bardzo łatwo wysnuć wniosek, że w przyszłości będzie jeszcze gorzej. A jeśli tak, to może zamiast klękać przed przestępcami, będziemy w końcu zmuszeni sięgnąć po radykalne środki przymusu bezpośredniego? RoboCop to historia o policjancie idealnym.
Wskrzeszony niczym Frankenstein Alex Murphy w poprzednim życiu był gliną, który zginął w dobrej sprawie. Po podłączeniu do kabli i przywdzianiu blaszanego stroju staje się maszyną wynoszącą służbę prawu na wyższy poziom. Kul nie trzeba się już bać, a w stosunku do przestępców można odpuścić emocje i polegać jedynie na zero-jedynkowej kalkulacji. Paul Verhoeven w ekstremalnie brutalny sposób kreśli wizję przyszłości, w której na skutek rozlewu zła jedyną szansą na powstrzymanie przestępców jest wywołanie w nich strachu.
Mechaniczna pomarańcza
To zestawienie tak na dobrą sprawę winno się od tego tytułu zaczynać. Nie ma bowiem według mnie w historii SF drugiego takiego filmu, który zdołałby lepiej opowiedzieć o tym, czym jest brutalność, czym jest zło i jakie są konsekwencje wejścia na drogę przestępczości. Degrengoladę obserwujemy za sprawą działalności groteskowego gangu, amatorów mleka i czarnych kapeluszy. Wszystkie świętości upadły, pozostał nihilizm i pusta radość krzywdy wyrządzanej bliźniemu. Stanley Kubrick trafnie daje do zrozumienia, że miarą przyszłego upadku obyczajów będzie moment, w którym oprawcy będą już znudzeni czynionym złem. Alex DeLarge (Malcolm McDowell) i jego świta przesiąkli już przemocą do tego stopnia, że rutynowy gwałt nie robi na nich większego wrażenia niżeli szklanka mleka w okolicznym barze. Czy dla takich ludzi istnieje jeszcze jakakolwiek szansa? Terapia szokowa wydaje się być koniecznością, na edukację jest już za późno.
Gatunek
Gdy łączę w parę seks i science fiction, na myśl w pierwszej kolejności przychodzi mi Barbarella z cudowną Jane Fondą w roli głównej. Równie seksowny i ciekawszy zarazem wydaje mi się jednak koncept zaprezentowany w Gatunku. Seks bowiem przeplata się tu z grozą, tworząc wybuchową mieszankę kina przeznaczonego dla dorosłego widza, szukającego tak podniecenia, jak dreszczyku emocji.
Zjawiskowa Natasha Henstridge wciela się tu w wygenerowaną laboratoryjnie istotę łaknącą przedłużenia linii swego gatunku. Rozpoczyna się polowanie na dawcę nasienia. Bohaterka robi więc to, co samice potrafią najlepiej – uwodzi, kokietuje i… ściąga stanik. Uwielbiam scenę, w której w charakterystyczny dla siebie dziecięco-bezpośredni sposób wpada na imprezę roznegliżowana i po prostu wskazuje palcem swojego kochanka. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, któremu kolana by się nie ugięły. Szkoda tylko, że historia Gatunku rozgrywająca się poza planem (przypadki molestowania aktorki) wydaje się być świadectwem tego, jak trudno jest niektórym oddzielić sztukę od rzeczywistości.
Wciąż brakuje wam wrażeń? Obejrzyjcie także takie klasyki jak: Obcy – ósmy pasażer Nostromo, Coś, Twierdza, Skanerzy, Predator, Człowiek demolka, Mad Max, Terminator, Upgrade. I dzielcie się w komentarzach swoimi przykładami filmów SF, których nie puścilibyście swojemu dziecku.
