search
REKLAMA
Artykuł

JESS FRANCO. „Cnota prowadzi do katastrofy, tak jak i ubóstwo”

Mariusz Czernic

12 maja 2020

REKLAMA

Women in prison:

  • Gorąca śmierć / 99 kobiet (1969)

Maria Rohm i Elisa Montés w filmie "99 kobiet" (1969)

Zmniejszenie roli cenzury pod koniec lat 60. i związane z tym poluzowanie sztywnych norm moralnych oraz zwiększenie obecności erotyki na ekranie sprawiły, że coraz śmielej rozwijało się kino eksploatacji i jego podgatunki. Jednym z podgatunków exploitation movies były filmy wykorzystujące motyw kobiet w więzieniach. Naturalnie ten motyw pojawiał się w kinie już wcześniej, gdzie służył do opowiedzenia przejmujących dramatów z kapitalnym aktorstwem, czego najlepszym przykładem jest Uwięziona (Caged, 1950) Johna Cromwella z doskonałą Eleanor Parker. Z kolei takie przykłady jak Brutalna siła (Brute Force, 1947) Jules’a Dassina i Dziura (Le trou, 1960) Jacques’a Beckera udowadniały, że większy potencjał artystyczny i komercyjny tkwi w fabułach dotyczących męskich zakładów karnych. Nadszedł jednak ten moment, gdy filmowcy zauważyli, że kobiece wersje filmów więziennych też mogą odnosić sukcesy, ale tylko wtedy, kiedy zostaną wzbogacone odpowiednią dawką nagości i erotyki.

Przełomowym filmem nurtu WIP (women in prison) jest zrealizowana przez Jesúsa Franco produkcja o tytule 99 kobiet (w dużej mierze sfinansowana przez niemiecką wytwórnię i w oryginale tytuł brzmi po niemiecku: Der heiße Tod, czyli Gorąca śmierć). Kolonia karna Castillo de la Muerte (Zamek Śmierci) otoczona jest z jednej strony morzem, a z pozostałych stron dżunglą, co już stanowi wdzięczny materiał dla operatora Manuela Merino, który mógł się wykazać umiejętnością uchwycenia piękna naturalnego (tu: brazylijskiego) krajobrazu. Do zakładu przybywają nowe więźniarki. Wraz z wejściem na ląd tracą w pewnym sensie tożsamość, stają się numerami: 97. (Elisa Montés), 98. (Luciana Paluzzi) i 99. (Maria Rohm). „Od teraz nie masz imienia, tylko numer. Nie masz przyszłości, tylko przeszłość. Nie masz nadziei, tylko żale. Nie masz przyjaciół, tylko mnie” – tak do nowych dziewczyn zwraca się Thelma Diaz (Mercedes McCambridge), która rządzi placówką twardą ręką, bez cienia empatii, a wspiera ją w tym skorumpowany gubernator wyspy, Santos (Herbert Lom). Wkrótce do kolonii przybywa inspektor rządowy, madame Leonie Caroll (Maria Schell) w celu zdemaskowania nadużyć oraz dopilnowania, by prawa człowieka były przestrzegane.

Osobą, z którą widz od początku sympatyzuje jest postać grana przez Marię Rohm, prywatnie żonę producenta filmu Harry’ego Alana Towersa (który pisał też scenariusze pod pseudonimem Peter Welbeck). Ze względu na udział wielu znanych aktorów Maria Rohm została wymieniona w czołówce dopiero na piątym miejscu, choć to jej przypadła główna rola. To ona jest tą, którą prawdopodobnie skazano za niewinność, a wygląd eterycznej dziewczyny o długich jasnych włosach pomaga uwiarygodnić nieskazitelny charakter postaci. Po początkowych spięciach z jedną nieprzyjemną więźniarką (Rosalba Neri), znajduje w tym okropnym miejscu dwie towarzyszki niedoli, z którymi podejmuje próbę ucieczki. Kobiece trio tak zostało dobrane, że mamy trzy typy urody: sympatyczną i skromną blondynkę Marię Rohm, ciemnowłosą i energiczną Hiszpankę Elisę Montés i rudą, krótko ostrzyżoną Brazylijkę Valentinę Godoy. Obsada to bardzo mocny atut filmu, dlatego tak starałem się opisać film, żeby wspomnieć o wszystkich aktorach pierwszo- i drugoplanowych.

Na pewno nie jest to dzieło, dzięki któremu Franco ma dzisiaj taką pozycję, jaką ma, bo niewiele tu charakterystycznych cech jego twórczości. To dość klasyczny dramat więzienny o tym, że każdy – nawet osoba z wyrokiem – zasługuje na szacunek. Wyróżnia się muzyka, szczególnie piosenka The Day I Was Born, zaprezentowana w różnych aranżacjach, wykonywana przez Barbarę McNair. Muzykę instrumentalną skomponował Bruno Nicolai i wykonał świetną robotę (przy tym należy wspomnieć, że epicki, żywiołowy kawałek występuje tylko w trailerze, natomiast do filmu trafiła kompozycja utrzymana w elegijnej tonacji). Warto jeszcze dodać, że wersja francuska filmu, Les brûlantes, jest rozszerzona i zawiera hardcorowe, pornograficzne sceny dokręcone za zgodą reżysera przez montażystę Brunona Mattei. Do gatunku women in prison Franco powrócił, realizując w 1977 Elzę – nikczemną strażniczkę z Dyanne Thorne, Liną Romay i akcją osadzoną w klinice psychiatrycznej.

Rape & revenge:

  • Paroxismus / Wenus w futrze (1969)

Maria Rohm w filmie "Paroxismus" (aka "Venus in furs", 1969)

Termin „sadyzm” pochodzi od Markiza de Sade’a, a „masochizm” – od austriackiego pisarza Leopolda von Sachera-Masocha, autora książki Wenus w futrze (Venus im Pelz, 1870). Jednakże Paroxismus, który otrzymał międzynarodowy tytuł Venus in Furs, nie jest adaptacją tego utworu. To oryginalna historia zapowiadająca popularny w latach 70. nurt rape and revenge. Autorem scenariusza oprócz reżysera był Malvin Wald (Nagie miasto, 1948). To frywolny, ekscentryczny thriller o pożądaniu, zemście i dziwnych damsko-męskich relacjach. Łączy psychodeliczne ghost story z perwersyjnym melodramatem.

Na plażę w Stambule morze wyrzuca półnagą kobietę z wyraźnymi śladami przemocy fizycznej. Jest zimna jak trup, a jednak zostanie przywrócona do życia. Człowiek, który ją znalazł, Jimmy Logan (znany z Dział Navarony James Darren), przypomina sobie wydarzenia z pewnego przyjęcia, które, jak się okaże, mają znaczenie dla dalszego rozwoju wypadków. Na eleganckiej imprezie troje spragnionych wrażeń dystyngowanych gości – fotografka mody (Margaret Lee), handlarz dzieł sztuki (Dennis Price) i pewien bogacz (Klaus Kinski) – urządzają sobie sadomasochistyczną orgię, bawiąc się strachem pięknej młodej kobiety, Wandy Reed (Maria Rohm), która już nie wyjdzie stamtąd żywa. Zjawiskowo piękna Wenus powraca jako zjawa w białym futrze, jeszcze bardziej kusicielska niż za życia. Tymczasem akcja przenosi się ze Stambułu do Rio de Janeiro – z miejsca kojarzonego z haremem i niewolnictwem seksualnym do miasta hucznego karnawału. Na pewno nie przypadkiem wybrano te metropolie.

Nieprzypadkowa jest także profesja głównego bohatera, który jest trębaczem jazzowym. Już od początku kariery Jess Franco wykazywał sporą wrażliwość muzyczną, był zresztą nie tylko miłośnikiem jazzu, ale też sam komponował. Niejednokrotnie nazwisk muzyków jazzowych używał jako swoich pseudonimów, a pomysł na omawianą produkcję przyszedł mu do głowy po rozmowie z trębaczem Chetem Bakerem. Trąbka (czy raczej kornet), który występuje na początku filmu, wydaje się mieć magiczną moc – to jego brzmienie wywołuje całą lawinę niezwykłych zdarzeń. Paroxismus jest wypełniony po brzegi gustowną muzyką. Zaczyna się od nastrojowego utworu Syda Dale’a Marco Polo, by następnie swój wokal zaprezentowała Barbara McNair, m.in. w motywie tytułowym Venus in furs will be smiling. Na ścieżce dźwiękowej znalazł się również temat Keitha Mansfielda oraz utwory Stuarta Phillipsa pochodzące z innego filmu (ponoć zostały użyte bez zgody kompozytora). Opracowaniem większej części soundtracku zajął się duet Manfred Mann (Manfred Lubowitz i Mike Hugg).

Gdybym miał wskazać najlepszy bądź ulubiony film Franco, wskazałbym bez wahania Paroxismus. To kino zagadkowe, trudne do zapomnienia, ale też niełatwe do sklasyfikowania jako film konkretnego gatunku. Olśniewająca jest strona wizualna z paroma ciekawymi trikami, na przykład gdy bohater podąża za Wandą, obraz faluje jak we śnie albo w narkotycznej wizji, innym razem zmieniają się kolory, jakby postać przechodziła między światami. Zmienna kolorystyka, a także niekonwencjonalny sposób złożenia w całość poszczególnych ujęć to zasługa świetnego montażu, zręcznie ukrywającego przy okazji braki budżetowe. Dzięki sprawnemu pogodzeniu niebanalnych pomysłów wizualnych z wyjątkową wrażliwością muzyczną powstało kino przepełnione oniryczną aurą, bardzo zmysłowe i intrygujące. Scenariusz mimo logiki sennego koszmaru wydawał mi się dopracowany i sensowny z niezłymi monologami („Nie wiem czy to było w zeszłym tygodniu, w zeszłym miesiącu czy w zeszłym roku. Gdy nie wiesz, gdzie jesteś, czas jest jak ocean”). Jeśli ktoś uważa, że Jesús Franco nigdy nie nakręcił arcydzieła, to warto mu polecić ten stylowy film w pierwszej kolejności.

Mariusz Czernic

Mariusz Czernic

Z wykształcenia inżynier po Politechnice Lubelskiej. Założyciel bloga Panorama Kina (panorama-kina.blogspot.com), gdzie stara się popularyzować stare, zapomniane kino. Miłośnik czarnych kryminałów, westernów, dramatów historycznych i samurajskich, gotyckich horrorów oraz włoskiego i francuskiego kina gatunkowego. Od 2016 „poławiacz filmowych pereł” dla film.org.pl, współpracuje z autorami bloga TBTS (theblogthatscreamed.pl), dawniej pisał dla magazynów internetowych Magivanga (magivanga.com) i Kinomisja (pulpzine.pl). Współtworzył fundamenty pod Westernową Bazę Danych (westerny.herokuapp.com),

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA