Publicystyka filmowa
HORRORY, które mogłyby wydarzyć się NAPRAWDĘ…
HORRORY, które mogłyby wydarzyć się NAPRAWDĘ to mrożąca krew w żyłach analiza ludzkich dewiacji, które przerażają bardziej niż potwory.
…lub w jakiejś formie już się wydarzyły. Doświadczenie podpowiada, że bardziej powinniśmy się bać ludzi niż potworów i zjawisk nadprzyrodzonych. Z pewnością jednak bardziej efektowne wydają się trupy, duchy i krwiożerczy przybysze z kosmosu. Horrorów bazujących na czysto ludzkich wyczynach jest mniej – nie chodzi o liczbę wszystkich nakręconych, ale tych najbardziej kojarzących się przeciętnemu zjadaczowi popkultury. Może po prostu widzów takie opowieści nie interesują, nie bawią, a co najgorsze nie straszą? Kiedy chcą widzieć w horrorach owe trupy i demony, nie świadczy to dobrze o samej rzeczywistości, której przemocowość stała się tak powszechna, że w końcu spece od zysków uznali, że w horrorach nie opłaca się skupiać ani opierać na cierpieniu zadawanym ludziom przez ludzi.
A już wydawało się, że lata 60. i 70., jako że stanowiły ciekawy powrót do horrorów opartych na wyczynach np. psychopatów, zboczeńców seksualnych czy seryjnych morderców, wpłyną na kolejne dekady formowania się horroru.
Ów trend, czy też powrót do standardowej tematyki straszącej, pokazuje historia gatunku. Niemal od początku kina horror związany jest głównie z istotami i zdarzeniami ponadnaturalnymi z małą przerwą na hippisowskie czasy. Od lat 80., kiedy rozwój efektów specjalnych zaoferował nowe możliwości wizualizowania duchów i potworów, efektowność horrorów o mordercach i zboczeńcach wydatnie spadła.
Filmy o nich określa się dzisiaj dreszczowcami czy thrillerami. Horrory zaś umocniły swoje korzenie w postaci opowieści nie z tej ziemi, a więc obcy, deformacje ciała, żywe trupy, wampiry, zombie, demony, czasami mordercy, ale muszą być dodatkowo zboczeni albo tknięci jakąś nadnaturalną, złą mocą – sama chęć mordowania wynikająca z dewiacji człowieczej natury już nie wystarczy.
W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020), reż. Bartosz M. Kowalski
Taka szalona myśl mi przyszła właśnie do głowy – jaki odsetek ze wszystkich zaginionych ludzi na świecie zabłądził, został wywieziony czy też przypadkiem znalazł się w lesie i tam umarł z wycieńczenia? Las, puszcza, knieja, przecież to wymarzone miejsca, żeby celowo lub przypadkowo utknąć tam na zawsze, również w postaci składnika runa leśnego.
Tym bardziej cieszę się więc, że na naszym rodzimym polu filmowym pojawiła się taka perełka jak W lesie dziś nie zaśnie nikt nawiązująca do wszystkiego tego, co jest najlepsze w całej historii slasherów i robiąca to w świetnym, pełnym dowcipu i rzemieślniczego zacięcia stylu. W polskim horrorze wszystko jest na miejscu – trener ma kompleks wodza, ksiądz jest dewiantem, a policjant jest po prostu głupi. Większość zaprezentowanych w filmie wydarzeń jest całkowicie możliwa – zgubienie się w lesie młodzieżowej grupy wraz z przewodniczką i natknięcie się na rodzinkę zniekształconych cieleśnie bliźniaków psychopatów.
Celowo ich tak nazywam, omijając przy tym wątek nieśmiertelności uzyskanej dzięki mocy dziwnego kamienia, który spadł z nieba, bo to też najsłabszy moment w filmie. Niezbyt logicznie również tłumaczy, czemu bliźniacy mordują. Czy jakaś kosmiczna moc zmieniła ich psychikę? Może miała w tym jakiś głębszy cel? Tego się z fabuły nie dowiemy. Być może lepiej by było zostawić morderców bez genezy.
Wszystko inne wydaje się realne, a może lepszym słowem będzie „możliwe”. Kto wie, czy w jakiejś głuszy już się komuś nie przytrafiło, nie dosłownie to samo, ale podobna w konstrukcji tragedia – grupa zagubionych ludzi natrafia na kogoś, kto nie życzy sobie ich obecności w do tej pory, jak sądził, odludnym i bezpiecznym miejscu. Czy tragedia na Przełęczy Diatłowa nie jest podobna do przeróżnych opowieści ze slasherów? Nie tylko do filmu W lesie dziś nie zaśnie nikt, ale np. do Rytuału (2017) w reżyserii Davida Brucknera?
Ostatni dom po lewej (1972), reż. Wes Craven
Gdyby jeszcze trochę oddalić kamerę od akcji i fabuły, powstałoby coś w rodzaju fabularyzowanego dokumentu. A tak mamy obraz z rodzaju tych, które nie są ani przysłowiowym psem, ani wydrą. Dawka realizmu, rzec by można, technicznego, wynikającego z użytych środków symulujących przemoc, również jest dość byle jaka.
Wczesny Craven taki niestety był. Z czasem warsztat poprawił, wraz z większymi środkami na realizację filmów. co do zaś realizmu wydarzeń zaprezentowanych w fabule, to oczywiście tak brutalne morderstwa zawsze mogą się zdarzyć. Dużo rzadziej jednak mordercy trafiają tzw. przypadkiem na rodziców ofiar, a ci przygotowują im równie mrożący krew w żyłach koniec. Wina domaga się odpłaty, przynajmniej tak brutalnej, jak zadane cierpienie. Czy jednak prawo stanowione i prawo moralne na to zezwalają? To pytanie, nie wprost sformułowane przez Cravena, jest bodaj największą wartością filmu.
Wąż i tęcza (1988), reż. Wes Craven
Horrory powstały nie tylko ze względu na ludzki strach przed śmiercią, ale również z powodu fascynacji owym niezrozumiałym do końca i bolesnym końcem życia. Taka książka jak Wąż i tęcza Wade’a Davisa nie mogła przejść niezauważona przed nosem Wesa Cravena, reżysera, który bacznie zawsze obserwował rzeczywistość i wiele ze swoich produkcji na niej oparł, a przecież kręcił horrory.
Zasadniczym pytaniem sformułowanym na podstawie relacji Wade’a jest to, czy istnieje taki rodzaj nieznanego konwencjonalnej medycynie leku anestetycznego, który potrafi zamienić człowieka w trupa na wiele lat z możliwością odwrócenia tego procesu? Medycyna zna leki silnie zwiotczające, które umożliwiają np. intubację. Wiemy, jak działają neurotoksyny (bufotenina) czy halucynogeny (psylocyna, dimetylotryptamina) zwalniające metabolizm, ale w konsekwencji są albo uzależniające, albo zabijają pacjenta. Niemożliwe jednak wydaje się wywołanie wieloletniego letargu i późniejsze jego odwrócenie, nawet jeśli pacjent dozna uszkodzeń neurologicznych – wydaje się. Wade Davis utrzymywał jednak, że istnieje taki proszek wymyślony i stosowany na Haiti, składający się z wielu substancji chemicznych, np. toksyny ryby najeżki czy też gnijącego mózgu z ludzkich zwłok. Czy to mogło się więc zdarzyć? Z pewnością w tej opowieści Cravena, gdzie trupy tak naprawdę nie są martwe, jest wiele ziaren prawdy oraz wiele niezdefiniowanej racjonalnie magii.
Psychoza (1960), reż. Alfred Hitchcock
Podobnie jak Autostopowicz jest historią ostrzegającą kierowców przed braniem do auta obcych, zwłaszcza po zmroku i w czasie deszczu, tak Psychoza uczula potencjalnych gości wszelkich przydrożnych moteli na dwie sprawy.
Po pierwsze nie należy szukać hotelu na odludziu, a zawsze przy głównej trasie. Po drugie zaś powinniśmy czym prędzej uciekać, jeśli zobaczymy, że w takim motelu nikogo nie ma, a gdzieś w tle stoi samotny, groźnie wyglądający dom, w którym mieszka właściciel. Z pewnością chowa w piwnicy (względnie na poddaszu) czyjeś zwłoki, niekoniecznie matki. Czy wystarczająco skutecznie przekonałem was do korzystania z wypróbowanych miejsc hotelowych, najlepiej sieciowych? Właściwie wpłynąć na wyobraźnię potencjalnych ofiar powinien sam Hitchcock. Jego Psychoza jest wyjątkowo realistycznym filmem. Ludzie o skłonnościach psychopatycznych, dodatkowo z zaburzeniami tożsamości płciowej często goszczą na zamkniętych oddziałach psychiatrycznych. A zanim na nie trafili…
Deranged czyli wyznania nekrofila (1974), reż. Alan Ormsby, Jeff Gillen
Ciekawy jestem, czy gdyby w historii XX-wiecznej kryminalistyki i psychiatrii nie pojawił się Edward Gein, zwany też Rzeźnikiem z Plainfield, kino wydałoby na świat takie hity jak Psychoza czy Teksańska masakra piłą mechaniczną, a także Wyznania nekrofila. Ten ostatni ani blockbusterem, ani w ogóle znanym tytułem nie jest, jednak dość mocno nawiązuje do życia uzależnionego od matki, a potem od mordowania Eda Geina. Rzeźnik z Plainfield zrobił sobie pasek z sutków swoich ofiar, Ezra Cobb, bohater Wyznań… wykopał zmarłą matkę i trzymał ją w domu, Ed Gein uszył dla siebie strój z ludzkiej skóry, a Ezra łatał twarz rodzicielki fragmentami skóry wypreparowanymi z innych zwłok. Inne podobieństwa między nimi dotyczą ludzkich czaszek ustawianych na słupkach łóżka, patroszenia ludzkich głów z mózgu i co najważniejsze morderstw dokonywanych na kobietach, których obaj nienawidzili, a uczucie to zostało wszczepione im przez opętane patologiczną religijnością matki. Co więc jest w historii przedstawionej przez Wyznania nekrofila nierealnego? Skoro taka makabra już miała miejsce, z pewnością zdarzy się po raz kolejny.
Zjedzeni żywcem (1976), reż. Tobe Hooper
Nie trzeba daleko szukać – podobne historie działy się i zapewne dzieją np. Afryce lub Ameryce Południowej, gdzie narkotykowi bossowie lubią pozbywać się swoich wrogów w jeden z najczystszych sposobów, jaki w ogóle wymyślono – karmią nimi dzikie zwierzęta.
Junty wojskowe i służby specjalne różnych egzotycznych krajów, z których kapią czarnorynkowe pieniądze zasilające nasz ukochany kapitalizm, również znają ten sposób pozbywania się oponentów. Krokodyle są w tym procederze najlepsze. Podobnie jak Wes Craven, Tobe Hooper nie musiał się zbytnio starać, żeby kręcić niskobudżetowe horrory w latach 70. Wystarczyło zaprezentować na ekranie brutalne morderstwa. Co do więc zasady, czy Zjedzeni żywcem przedstawiają coś, co może się stać w rzeczywistości, odpowiedź jest jednoznaczna.
Powiedziałbym nawet, że realny świat pod tym względem bywał o wiele bardziej kreatywny. Lepiej to szaleństwo przemocy wobec słabszych przedstawił Ruggero Deodato w Nagich i rozszarpanych. Tobe Hooper miał jednak skłonność osłabiania mocy swoich horrorów elementami pastiszu. Zapewne unikał w ten sposób zbytnich kontrowersji.
Ludzka stonoga (2009), reż. Tom Six
Z tego, co pamiętam, Tom Six zasięgał opinii lekarskiej, czy aby pomysł zrobienia stonogi z ludzi jest możliwy. Przy zachowaniu odrobiny chirurgicznej pedanterii oraz aseptyki, jakkolwiek przy akcie tworzenia takiej biologicznej konstrukcji to brzmi, da się połączyć ludzi w jeden wspólny przewód pokarmowy i utrzymać ich przez jakiś czas przy życiu.
Skoro więc tak, teza, że fabuła Ludzkiej stonogi jest możliwa do urzeczywistnienia poza filmem, staje się całkiem prawdopodobna. Najmniej realne jest jednak znalezienie wystarczająco szalonego lekarza, który podjąłby się tak wyuzdanego i nieludzkiego eksperymentu. Z drugiej strony historia medycyny oraz kryminalistyki zna przeróżne akty zbrodni, które popełniający je wizjonerzy nazywali eksperymentami dla dobra ludzkości, więc wcale bym się nie zdziwił, gdyby ludzka stonoga już gdzieś nie powstała.
Póki co mamy tylko trzy filmy Toma Sixa, a w każdym z nich owa stonoga jest dłuższa. Wyobraźcie sobie, co przeżywają ludzie na jej końcu. Najlepiej ma ten pierwszy. Je nieprzetworzony pokarm. A już ten drugi – ciężko o tym myśleć bez obrzydzenia. Granice jego trzeba jednak przekraczać, jak to stwierdził Tom Six. Niestety niedawno zmarł Dieter Laser, charyzmatyczny aktor odtwarzający rolę doktora Heitera, więc będzie naprawdę trudno znaleźć podobnie wizerunkowo charakterystycznego aktora, gdyby tak przypadkiem Tom Six chciał pobić rekord Guinnessa i zrobić jeszcze dłuższą stonogę niż ta złożona z kilkudziesięciu więźniów w trzeciej części sagi.
Szczęki (1975), reż. Steven Spielberg
Wiemy z historii, że największy udokumentowany atak rekinów na ludzi wydarzył się, gdy 30 lipca 1945 roku zatonął USS Indianapolis z powodu dwukrotnego trafienia japońskimi torpedami.
Stało się to akurat na tzw. żerowisku rekinów, a wyziębieni i często poranieni rozbitkowie stali się łatwym, pachnącym krwią łupem. Tragedia marynarzy z krążownika Indianapolis na szczęście nie zdarza się często. W ogóle ataki rekinów na ludzi występują sporadycznie, a jeszcze rzadziej rekiny atakują spontanicznie, niesprowokowane. Ale się zdarzają, więc Szczęki Spielberga są jednym z najbardziej uprawdopodobnionych przez fakty horrorów, które miały miejsce w realnym świecie. A tak na marginesie pozwolę sobie po raz kolejny wpaść w zachwyt nad rolą muzyki Johna Williamsa.
Generalnie horrory to gatunek dość słabo umuzyczniony. Szczęki pod tym względem są wyjątkowe, może również dlatego, że nie są żadnym slasherem. Te kilka dźwięków głównego tematu idealnie naśladuje pędzącego w kierunku człowieka ludojada.
Drapieżcy (1999), reż. Antonia Bird
Umówmy się, podczas wojny każdy żołnierz, a zwłaszcza młody oficer, może dostać ataku strachu, w ostatnim racjonalnym odruchu obronnym udać zmarłego, a później przeleżeć sporo czasu pod stosem krwawiących trupów. Epizody kanibalizmu również zdarzały się w czasie wojny częściej, niżbyśmy chcieli, zwłaszcza podczas głodu na terenach okupowanych czy zniszczonych działaniami wojennymi.
Drapieżcy są spokojnie rozwijającym się dreszczowcem z elementami horroru ciekawie i bez wartościowana podejmującym tematykę kanibalizmu. Stawia ciekawe tezy – m.in. taką, że jedzenie drugiego człowieka nie zaspokaja, a jedynie pomaga przetrwać. Mało tego, katalizuje zarówno lęk, jak i agresję, jakby ten, kto odważy się zjeść swojego pobratymca, dziedziczył po nim całe cierpienie oraz dramatyzm sytuacji, która do tego doprowadziła, ale i zabrał jego osobowość w posiadanie. Innymi słowy jedzenie ludzi cofa nas do pierwotności, ale nie w sensie utraty wiedzy, tylko raczej kultury, a gdy poznamy smak ludzkiego mięsa, żaden późniejszy głód nie będzie już taki sam, żaden pokarm na tyle smaczny, by nas nasycić. W końcu zapragniemy ludzkiej krwi.
Autostopowicz (1986), reż. Robert Harmon
Od dziecka słyszałem, że z jednej strony samotne kobiety nie powinny łapać stopa, bo może się to skończyć co najmniej gwałtem, a z drugiej samotni kierowcy nie powinni zabierać mężczyzn, bo może się to skończyć morderstwem lub co najmniej pobiciem i kradzieżą.
Pary zarówno mieszane, jak i jednopłciowe zaś w ogóle nie mają szansy, że ktoś się zatrzyma. Jakie jest więc prawdopodobieństwo, że samotny mężczyzna, którego zabierzemy do auta okaże się maniakalnym zabójcą? Niewielkie, ale jednak są. Jakiś czas temu w mediach podróże tzw. stopem były bardzo propagowane, zachwalane i opisywane. Dzisiaj jakoś temat umarł albo się po prostu zdezaktualizował, podobnie jak samo hipsterstwo. Tak właśnie. Podróże stopem zawsze wydawały mi się hipsterskim kaprysem ludzi, którzy w życiu się nudzą z powodu zbyt dużej ilości wolnego czasu. Sam głównie ze względów bezpieczeństwa stopa nigdy nie łapałem, a jednocześnie dość wcześnie zapoznałem się z Autostopowiczem, majstersztykiem kameralnego horroru, w którym Rutger Hauer pokazał, jak złowrogo i mrocznie potrafi zagrać czarny charakter.
Bonus:
Syn Szawła (2015), reż. László Nemes
Najstraszniejsze jest to, że eksterminacja ludzi przez ludzi działa się, w tej chwili ma miejsce i wydarzy się w przyszłości. Milionami ofiar obciążone są zarówno państwa komunistyczne, nazistowskie, jak i kapitaliści w postaci np.
Anglików. Tylko jednak ci ostatni wciąż w świadomości masowej uchodzą za ofiary totalitaryzmów, podczas gdy sami zgładzili miliony ludzi (np. kolonializm). Z jednej strony ludobójstwo jest więc największym horrorem, który można sobie uzmysłowić na podstawie faktów, z drugiej łączy się z nim horror ofiar, którym udało się przeżyć, a także ich bliższych i dalekich krewnych, żyjących z piętnem do dziś. Syn Szawła pokazuje wydarzenia, które się zdarzyły całkiem niedawno. Nie zostały, jak większość zbrodni eksterminacji na tle rasowym, do końca rozliczone ani ukarane.
Kiedy pośród stosów trupów pracują członkowie komand, bledną wszelkie historie o duchach, trupach, mutantach itp. Zostaje jedynie sam człowiek z największym, prawdziwym horrorem, którego sam jest twórcą i wykonawcą.
Zostały jeszcze np. Funny Games (1997), bo psychopatów na tym świecie nie brakuje, Dziewczyna z sąsiedztwa (2007) z tegoż samego powodu, Dentysta (1966), gdyż zawsze możemy trafić wieczorem podczas ostatniej wizyty na zmęczonego i sfrustrowanego sadystę, który zechce poeksperymentować z naszymi trzonowcami, Nieznajomi (2008), dlatego, że czasem ludziom wydaje się, że są władcami czyjegoś cierpienia, a poza tym lubią maski, Ludzie pod schodami (1991), bo gdy zakłada się skórzane wdzianko, ciężko je potem zdjąć, a długi czas w nim spędzony zmienia pogodną naturę w miłującą sadyzm jak koń owies, i tak dalej, i tak dalej. Jak widać, inspiracji dla horrorów dostarczają najczęściej ludzie. W sumie jaki to problem wyskoczyć zza krzaka i pociąć niewinnych turystów piłą mechaniczną. Tak, tego powinniśmy się naprawdę bać, a nie duchów.
