Publicystyka filmowa
GENIALNE FILMY, na których UMRZESZ Z NUDÓW
GENIALNE FILMY to zjawiska, które mogą zauroczyć, ale i znudzić. Odkryj, które tytuły zasługują na uwagę mimo swej powolności.
Są filmy, które od pierwszej do ostatniej minuty trzymają w napięciu, skutecznie utrzymują uwagę widza. Ale są również i takie, które stanowią nie lada wyzwanie, bądź co bądź warte podjęcia mimo przeciągłej fabuły czy oszczędnej akcji. Bo przysnąć nawet przy największym klasyku to nie wstyd ani nietakt. Są dzieła wybitne, które szczycą się pomysłowością, są filmami pięknie nakręconymi, z oryginalną fabułą czy głęboko filozoficznym przesłaniem, ale z czasem potrafią… po prostu widza znudzić. Oto kilka tytułów, które świetnymi filmami są, ale włączyć je do poduszki to żaden grzech.
2001: Odyseja kosmiczna
Mimo iż wszyscy powinniśmy być raczej zgodni co do wyjątkowości filmu Stanleya Kubricka, podejrzewam, iż jego obecność na owej liście nie jest wielkim zaskoczeniem. Amerykański reżyser nakręcił ponaddwugodzinną odyseję statku kosmicznego dryfującego w bezdennej przestrzeni kosmicznej.
I choć Kubrick próbuje uatrakcyjnić widzom seans barwnymi, surrealistycznymi obrazami, jaskrawymi światłami, genialną muzyką, na usta ciśnie się głównie przymiotnik „monotonny”. Choć owa monotonia miała swój określony cel, a Odyseję kosmiczną słusznie uznaje się za film przełomowy w dziedzinie science fiction, niełatwo ukryć, że w wielu przypadkach dzieło zyskuje dopiero po którymś z kolei podejściu. Fabuła filmu rozwija się bardzo powoli, w mozolnym tempie prowadząc do kulminacji. Samych scen dialogowych jest w filmie niespełna 30 minut. Co więcej, Odyseja nie należy do filmów najłatwiejszych w interpretacji, co również może irytować niejednego niecierpliwca. Magnum opus Kubricka lewituje zatem gdzieś pomiędzy filmem niezwykle wciągającym, hipnotycznym a śmiertelnie nudnym.
Koń turyński
Ktoś mógłby w tym momencie rzec, całkowicie słusznie, że każdy film z nurtu slow cinema ma za zadanie wprowadzić widza w jednostajny, niespieszny, senny nastrój. Film Béli Tarra jest jednak w tej kategorii dziełem wyjątkowym. Kamera tego ponaddwugodzinnego filmu nie wychodzi ani na chwilę z domostwa pewnego starca i jego młodej córki. Reżyser ilustruje pustą, skromną chatę, opustoszałą przestrzeń dookoła, nieokiełznany wiatr próbujący wedrzeć się do każdego pomieszczenia oraz przybitych, ospałych, cichych bohaterów.
Ze stanowczością i spokojem przygląda się mężczyźnie i kobiecie, którzy obserwują, jak świat zza okien niespiesznie odchodzi w zapomnienie, wystawiając tym samym cierpliwość widzów na ciężką próbę. Reżyser umożliwia widzom wniknięcie do świata przedstawionego, poczucie na własnej skórze mozolnie przemijających dni, które niczym nie różnią się od poprzednich. Film zbudowany z długich, przeciągłych ujęć, opowiedziany przy pomocy znikomej liczby słów jest dziełem, które jedynie najzuchwalsi obejrzą bez nieplanowanej drzemki. Ponadto jest to film, który boleśnie wiarygodnie opowiada o bezlitośnie umierającej nadziei, spowodowanej najcichszym możliwym końcem świata.
5 centymetrów na sekundę
Prędzej czy później każdy z nas uroni łzę na którymś filmie Makoto Shinkaiego. Choć jego filmy nierzadko wydają się aż nadto melodramatyczne, Japończyk potrafi pięknie swoje dzieła puentować. Ubiera je również w rewelacyjną, drobiazgową, zapierającą dech w piersiach animację, taką jak w 5 centymetrach na sekundę właśnie.
Opowieść o nieszczęśliwej miłości, obejmująca okres od czasów młodości, przez dojrzewanie, aż do dorosłości, toczy się niespiesznym, wręcz leniwym rytmem. Każdy ruch, wszystko prócz pociągów wydaje się w filmie spowolnione. Reżysera bardziej od ludzi interesują zastygłe w ruchu detale naszkicowane z ogromną pieczołowitością. Film afirmuje prozaiczną codzienność, obrazuje ją z wrażliwością i dokładnością. Ulotność krajobrazów migających przez szyby pociągu, sklepowe neony, słupy wysokiego napięcia biegnące przy wąskiej pustej drodze, ciche odgłosy cykad, przelotne spojrzenia. Sami bohaterowie również rzadko kiedy otwierają usta.
Cała narracja filmu toczy się w ich myślach. 5 centymetrów na sekundę to powolna, nostalgiczna historia, która swoją skromnością narracji, swoim ciepłem, swoimi czułymi, miękkimi obrazami i cichymi, przyjemnymi dźwiękami wprawi widza w błogi stan doprawiony niewinnym wzruszeniem.
Wkraczając w pustkę
W opozycji do wyżej wymienianych kameralnych, niespiesznych produkcji stoi elektryzujący, neonowy film Gaspara Noégo. Reżyser od pierwszych ujęć zaczyna hipnotyzować widza płynnym sposobem prowadzenia kamery oraz barwnymi obrazami wyuzdanego Tokio. Głównym bohaterem filmu jest Oscar, diler narkotyków, który zostaje postrzelony przez policjanta, w efekcie czego widz staje się świadkiem pośmiertnej duchowej podróży chłopaka. Reżyser, kręcąc film z perspektywy głównego bohatera, uzyskał efekt przypominający psychodeliczny, fluorescencyjny trans. Ponaddwugodzinny seans obfituje głównie w erotyczne, fantasmagoryczne obrazy, które przywołują na myśl stan ekstazy, narkotycznego upojenia.
Podczas finałowej, ponaddziesięciominutowej sceny zaś Oscar dryfuje w ciszy między pokojami Love Hotel, obserwując kolejne perwersyjne akty seksualne. W filmie Wkraczając w pustkę pojawia się wiele ujęć i scen, które u miłośników kina wzbudzą szczery zachwyt. Mimo oryginalności jednak, której reżyserowi odmówić się nie da, godzinami zapętlająca się psychodelia z czasem przestaje przyciągać uwagę. Zaczyna nużyć, a filmowy trans bez jakichkolwiek wspomagaczy bądź chęci wytrwałego kinofila objawia się u widza coraz cięższymi powiekami.
Zeszłego roku w Marienbadzie
Znakomity film Alaina Resnaisa, reprezentant filmowego modernizmu, w samej swojej strukturze przypomina sen. Francuz zagadkową historię miłosną zamknął w onirycznej bańce, w której wspomnienia bohaterów subtelnie przenikają się z marzeniami. Akcja filmu rozgrywa się w monumentalnym barokowym hotelu, którego mury uginają się od nadmiaru złoceń i ornamentów.
Choć posiadłość wydaje się pusta i cicha, jest pełna nieruchomych gości zastygłych w ruchu jak manekiny. Film jednak skupia się na jedynej dwójce niezaklętych gości. Pewien mężczyzna z włoskim akcentem próbuje przekonać kobietę o ciemnych włosach, że poznali się już wcześniej. Bohaterka nie pamięta jednak romansu, który miał między nimi zaistnieć. Wokół ich rozmów oraz spekulacji skupia się cała fabuła. Czy te osoby dopiero teraz się poznały, czy jednak łączy je dłuższa, sekretna relacja? Niełatwo odnaleźć się w ich zeznaniach. Stylistyczną wizytówką filmu staje się zaś statyczny kadr przedstawiający dziedziniec, na którym nic nie rzuca cienia prócz niepokojąco nieruchomych postaci ludzkich.
Owa zawiła, zagadkowa, niejednoznaczna fabuła, jak również surrealistyczna scenografia wzmacniają u widza poczucie niepokoju, znużenia, a w końcu senności. Łatwo zatem utożsamić się z główną bohaterką – zagubioną i zdekoncentrowaną. Niemniej warto dotrwać do końca filmu, a drzemkę uciąć sobie zaraz po nim.
Roma
Podejrzewam, że obecność w tym zestawieniu głośnego filmu Alfonso Cuaróna może wywołać pewne zdziwienie. Nie umniejszając wartości dzieła, które uważam za jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku, należy przyznać, iż Roma skutecznie usypia czujność widza, działa nań kojąco i wyciszająco.
Ponownie mamy do czynienia z wyjątkowo długim metrażem. Obsypywany nagrodami film niczym filmowa kronika opowiada kameralną historię pewnej rodziny, a w szczególności pewnej niepozornej służącej Cleo. Nie bez przyczyny symboliczna dla filmu stała się scena ukazująca bohaterów leżących na wznak pod linkami świeżo wywieszonego prania. Cuarón stara się, i wychodzi mu to świetnie, odszukiwać piękno w prostocie i prozaiczności. Reżyser prowadzi swoją kamerę śladami czarno-białej codzienności meksykańskiej prowincji. Z pietyzmem skupia się na detalach, zwraca uwagę na banalne szczegóły, portretuje swoich bohaterów pogrążonych w ciszy.
Nie szczyci się rozbudowaną, intrygującą fabułą. Zaletami Romy są niespieszny rytm, dokumentalna precyzja, czułość oraz wrażliwość w ukazywaniu świata przedstawionego. Wszystko to oprawione jest w monochromatyczne, skromne kadry, dopełnione cichymi, łagodnymi dźwiękami. Dlatego zaś film Cuaróna jest pozycją idealną na leniwe, długie wieczory, że dzięki niemu takie właśnie one pozostaną.
Wielkie piękno
Reżyser Paolo Sorrentino zabiera widza na długą nocną wycieczkę dostojnymi ulicami Wiecznego Miasta, która jest jednocześnie podróżą w głąb duszy i myśli głównego bohatera, starzejącego się dziennikarza i pisarza Jepa Gambardelli. W towarzystwie zabytkowych murów Rzymu oddaje się on wspomnieniom poświęconym swojej pełnej euforii, ale utraconej młodości. Błąka się po mieście w poszukiwaniu emocji, wzruszeń, impulsów, które kolejne wspomnienia sprowokują. Z wyuzdanych, głośnych przyjęć dla elit, na których bawi gości swoimi erudycyjnymi żartami, przechodzi na obce, nieznane peryferie, aby bezwstydnie i w samotności oddawać się nostalgicznym, egzystencjalnym refleksjom.
Film przybiera kształt powolnej opowieści pełnej lirycznych przemyśleń, przejaskrawień i metafor. Opowieści gdzieś z pogranicza jawy i snu. Dzieło kompletne, zdecydowanie warte dokończenia oraz przemyślenia, mimo iż sprawia wrażenie, jakby spacer Gambardellego dłużył się w nieskończoność.
Czerwony żółw
Piękna, minimalistyczna animacja francuskiego reżysera Michaela Dudoka de Wita, w której produkcji maczało palce także słynne studio Ghibli, co widać głównie w filmowej wrażliwości obrazowania natury. Czerwony żółw to piękna, mistyczna opowieść o klasycznym Robinsonie Crusoe.
Mężczyzna, którego pokonały spienione fale, trafia na bezludną wyspę. Będąc niczym kolejne ziarenko piasku na ogromnym, niezbadanym lądzie, wokół piętrzącej się roślinności oraz bezkresnego błękitu, stara się poznać nowy teren. Pozostaje tylko on oraz dzika, dziewicza natura. Tym, co świadczy o unikatowości filmu, jest prosta, ale drobiazgowa, barwna animacja oraz wszechobecna cisza. Bohaterowie od pierwszej do ostatniej minuty nie wypowiadają ani jednego słowa. Jedynymi słyszalnymi dźwiękami są odgłosy przyrody. Do końca Czerwony żółw jawi się jak dzieło czyste i nieskazitelne, które otacza widza delikatnym, miarowym szumem fal.
Animacja de Wita, będąca cichą, kontemplacyjną przypowieścią, nienachalną, którą jednak powinno odczytywać się w szerszych kontekstach, staje się pokazem skłaniającym do zadumy. Jej staranne obrazy oraz subtelne dźwięki stają się dla widza czymś na kształt oczyszczającego seansu medytacji z muzyką relaksacyjną w tle. Idealną pozycją na dobranoc.
