Connect with us

Publicystyka filmowa

Filmy z PERFEKCYJNĄ ostatnią sceną

Odkryj FILMY Z PERFEKCYJNĄ OSTATNIĄ SCENĄ, gdzie emocje i niepewność splatają się w niezapomnianych finałach. Zobacz, co zachwyca!

Published

on

Filmy z PERFEKCYJNĄ ostatnią sceną

Ostatnia scena zwykle pełni kilka ról. Jest kulminacją wątków, rozwiązaniem intrygi, postawieniem kolejnych pytań, jeśli reżyser chce pozostawić widza w niepewności, oraz stylistycznym dopełnieniem i smaczkiem dla całości produkcji. Skoro tak, to finałowa sekwencja ma poważne zadanie do spełnienia i powinna być niebywale dopracowana. Faktycznie, często tak jest. Nawet w słabych ogólnie filmach ostatnie sceny są najlepsze, bo tak naprawdę tylko na nie był jakiś pomysł. Poniżej dziesięć przykładów emocjonalnych, symbolicznych i prowokujących do zastanowienia momentów w filmach, z reguły dobrych.
Advertisement

Chociaż są wyjątki.

Seksmisja (1983), reż. Juliusz Machulski – siusiak na cały ekran

Nie wiem, którą scenę wybrać jako najlepszą w tym zestawieniu. Siusiaka z Seksmisji czy może nie tak do końca ostatnią scenę z udziałem Vadera z Łotra 1. Dlatego też umieściłem je jako dwie pierwsze pozycje, natomiast reszta nie jest już poukładana zgodnie z jakąkolwiek gradacją. Co do Seksmisji – tak nietypowy jak na polskie warunki film, zarówno gatunkowo, jak i fabularnie, powinien mieć nietuzinkowe zakończenie, a niemowlęcy siusiak zajmujący cały kadr jest pod tym względem idealny.

Dzisiaj taki zabieg by nie przeszedł, w Seksmisji zaś jest dowcipnym oraz symbolicznym ukazaniem niekończącej się walki płci o dominację. Raz na górze wagina, a raz siusiak, tylko czy potrzebnie?

Advertisement
Łotr 1. Gwiezdne wojny: historie (2016), reż. Gareth Edwards – wejście Dartha Vadera

Vader jest przykładem kultowej postaci negatywnej z ogromną klasą. Jest przesiąknięty złem, posępny, nie ma w nim krzty empatii, a jednak owa groza, jaką roznosi wokół siebie, jest w pewien dwuznaczny i groteskowy sposób przystępna, a nawet inspirująca.

Ot, cały geniusz Lucasa, tak wykreować Vadera na złoczyńcę, żeby stał się bohaterem otoczonym swoistego rodzaju kultem. Przyznam się, że tęskniłem za nim przez cały czas trwania Łotra 1, i kiedy całkiem straciłem nadzieję, że jeszcze raz go zobaczę, wtargnął na statek, na którym cumowała korweta Tantive IV (nią później uciekła Leia Organa), niczym prawdziwy galaktyczny król. Co do ścisłości, nie jest to dokładnie ostatnia scena, ale prawie ostatnia, i przede wszystkim ostatnia dobra (a może w ogóle jedna z kilku dobrych). Późniejszy moment z Leią na korwecie służył jedynie za łącznik między Łotrem 1 a Nową nadzieją. Wejście Vadera jest brutalne. Kompletnie inne niż to z czwartej części Gwiezdnych wojen. Vader robi bardzo złe rzeczy, czyli zabija, a mimo to jego finałowe poczynania w filmie wcale nie noszą niemoralnej konotacji. Dziwne, prawda? Gdyby tej sceny nie było, całość Łotra 1 byłaby jedynie kolejną strzelanką, a tak chociaż finał pozostaje w pamięci. Mało tego, jest jednym z najgenialniejszych wejść z tzw. przytupem, jakie w kinie widziałem.

Advertisement
Incepcja (2010), reż. Christopher Nolan – kręcący się bączek

Limbo, czyli miniaturowy bączek, który pomagał Leonardowi DiCaprio zorientować się, czy jeszcze śni, swego czasu zrobił karierę na Kikstarterze.

Tym razem jednak wyposażono go w miniaturowy silniczek, żeby faktycznie mógł kręcić się o wiele dłużej, niż to wynika z praw fizyki. W kulminacyjnej scenie w Incepcji, kiedy Cobb wraca do domu, żeby spotkać się z rodziną, pozostawiony na blacie bączek kręci się i kręci, a cięcie następuje wtedy, kiedy jeszcze nie możemy ocenić, czy zaraz się zatrzyma. Cała moc tej sceny zawiera się w naszej niepewności, a może i lęku przed jednoznaczną odpowiedzią na pytanie, czy aby cały film nie był którymś ze snów, po wyśnieniu którego obudziliśmy się w kolejnym.

Advertisement

Pod osłoną nieba (1990), reż. Bernardo Bertolucci – powrót Kit

Kit wraca do lokalu, w którym siedzi Paul Bowles. Jest sama, zdezorientowana, inna. Być zagubionym jak Kit w świecie pełnym niedopowiedzeń i zmieniających się znaczeń to w końcu powrócić w miejsce, z którego się uciekło, jak do łona matki. To w gruncie rzeczy zrozumieć, że wszystko jest skończone, a tylko wydaje się nie mieć granic, bo po prostu nie wiemy, kiedy nastąpi koniec. Bowles spogląda na Kit z zaciekawieniem i pyta – Zgubiła się, Pani? – Tak – odpowiada Kit z uśmiechem i nadzieją na twarzy. Ci, co znają książkę, wiedzą, że film Bertolucciego mocno zmienił zakończenie literackiego pierwowzoru.

Może dlatego, żeby słowa Paula Bowlesa wybrzmiały mocniej. Ile razy je usłyszymy – dwa, trzy? Ile razy spojrzymy na księżyc w pełni? Dwadzieścia? Wszystko jest policzone, tylko nie znamy jeszcze tych liczb, dlatego się gubimy. Śmierć zawsze ku nam zmierza, ale ponieważ nie wiemy, kiedy nastąpi, nie mamy wrażenia skończoności życia. Nienawidzimy tej straszliwej precyzji, z jaką nadejdzie śmierć, ale ponieważ nie mamy świadomości, kiedy nastąpi, traktujemy życie jako niewyczerpane źródło.

Advertisement
Siedem (1995), reż. David Fincher – głowa

Nieprzerwanie czuję się zaskoczony i wstrząśnięty zakończeniem. Nie spodziewałem się go. Nie domyśliłem się.

Nie zauważyłem żadnej podpowiedzi w fabule, mimo że były, chociaż skąpe. Fincherowi udał się więc zabieg, a tym samym wstrząs z powodu zawartości pudełka okazał się większy. Jeszcze w ostatnim momencie sądziłem, że Mills (Brad Pitt) wygra ze sobą, jakoś zapanuje nad instynktem, ale postąpił nie tak, jakby nakazywało nasze przyzwyczajenie do szczęśliwych zakończeń. Kto zresztą mógłby się wtedy opanować? Dokonał wyboru zgodnie z poczuciem sprawiedliwości, a nie prawem.

Advertisement
Martwica mózgu (1992), reż. Peter Jackson – w brzuchu potwora

Tak bardzo bym chciał, żeby Peter Jackson kiedyś jeszcze powrócił do klimatów gore i nakręcił Martwicę mózgu 2. Teraz, w czasach, kiedy panoszy się polityczna poprawność, jakże mógłby pokąsać małomiasteczkowe środowiska widzów.

Co jakiś czas wracam do Martwicy mózgu jak do miłego wspomnienia kina klasy B, okropnie zagranego, udźwiękowionego, zmontowanego i wyświeconego, ale za to z niesamowitym klimatem i całkiem niezłymi efektami specjalnymi. Końcowa scena powrotu głównego bohatera do brzucha ogromnej i potwornej matki oraz rozsadzenie jej od wewnątrz jest metaforą pokonania patologicznej relacji rodzicielskiej – takie zerwanie skamieniałej pępowiny za pomocą buldożera.

Advertisement
Żywot Briana (1979), reż. Terry Jones – ukrzyżowanie Briana

Jakież to piękne by było, gdyby współczesny kościół miał do siebie tyle dystansu, co ci jegomoście wiszący na krzyżu i podśpiewujący Always look on the bright side of life.

Niestety to tylko film. Rzeczywistość jest inna, a właściwie od setek lat niezmienna – wystarczy przypomnieć sobie radosną inwencję twórczą kleru w sprawie epidemii dżumy w XIV wieku i na temat pandemii koronawirusa w XXI wieku. Nic to. Na szczęście są takie produkcje jak Żywot Briana, dające intelektualne wytchnienie znękanemu fanatyzmami religijnymi i politycznymi rozumowi.

Advertisement

Lot nad kukułczym gniazdem (1975), reż. Miloš Forman – zabójstwo McMurphy’ego i ucieczka Wodza Bromdena

Dusząc McMurphy’ego, wódz Bromden uwolnił ducha przyjaciela spod władzy zepsutego ciała – tak by się chciało powiedzieć, z metafizyczną nadzieją popatrzeć na ten akt desperackiej łaski. Ponieważ do końca nie jest tak, że lot nad kukułczym gniazdem jest całkowicie niemożliwy. Jest trudny, ale nie nierealny. Może i kukułka w naturze pasożytuje na innych ptakach, ale jeśli potraktować szpital psychiatryczny jak gniazdo, to da się z niego wyjść, tak jak zrobił to Bromden. Faktycznie, prawie nierealne. Dlatego kukułka składa tyle jaj, ponieważ śmiertelność jej piskląt na tle innych ptaków jest wyjątkowo duża.

Między słowami (2003), reż. Sofia Coppola – pożegnanie Harrisa z Charlotte

Anonimowi pośród tłumu, ściskają się, całują, a on szepcze jej coś do ucha. Gdyby powiedział to na głos, ta scena nigdy nie znalazłaby się w tym zestawieniu.

Advertisement

A tak można nadać jej dowolną interpretację. Powiedział, że ją kocha? A może, że nie długo się zobaczą? Nie, przecież wyglądali ze sobą jak ojciec z córką. Na pewno powiedział, że nie może z nią być, ale ją kocha. Jak przystało na Sofię Coppolę, każda z tych możliwości jest nadzwyczajnie romantyczna, a jak wiemy, romantyzm to zjawisko w dużej mierze enigmatyczne lub jeszcze niezdefiniowane.

Siódma pieczęć (1957), reż. Ingmar Bergman – taniec śmierci

Osobiście też nie mogę czasem uwierzyć w Bergmanowskie słowa, że obok księżyca jest pusto, więc zdarza się, że czegoś na jego tle szukam.

Advertisement

Wiele razy, spoglądając na księżyc, wydawało mi się, że widzę tam korowód śmierci wraz ze znanymi mi z życia ludźmi, za którymi tęsknię, a także chłopca z E.T. na rowerze. Bergman i Spielberg są więc reżyserami posiadającymi ogromną siłę oddziaływania na moją podświadomość. Taniec śmierci z Siódmej pieczęci, tak w sumie niepozorna scena, odwołująca się do średniowiecznego danse macabre, okazała się niespotykanie inspirująca dla całego współczesnego kina. Można powiedzieć, że Bergman ocalił śmierć od zapomnienia. Zmodyfikował ją i przystosował dla potrzeb filmu, ale i szeroko pojętej kultury.

Bonus
Hannibal (2001), reż. Ridley Scott

Zawsze trzeba spróbować czegoś nowego – jak mawiały nasze mamy – stwierdził Lecter i dał spotkanemu w samolocie, ciekawskiemu chłopczykowi posmakować ludzkiego mózgu.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *