Publicystyka filmowa
Filmy SCIENCE FICTION z lat 60., które wciąż przyprawiają o ZAWRÓT GŁOWY
Filmy science fiction z lat 60., o których nie sposób zapomnieć.
W naszej przygodzie przez science fiction przebrnęliśmy już przez lata 90., 80. i 70. Teraz przyszła pora na lata 60. Był to okres niezwykle ważny dla gatunku science fiction. To wówczas doszło bowiem do bardzo znaczącego przełomu, który po prawdzie „ustawił” gatunek na długie lata. Po raz pierwszy bowiem zaczęto wówczas myśleć o fantastyce naukowej w sposób poważny i zgodny z nauką. Stało się to możliwe, dzięki umiejętnemu czerpaniu z literackich pierwowzorów. Zapraszam do zapoznania się z przykładami filmów science fiction z lat 60., o których nie sposób zapomnieć.
Jeśli ten tekst wam się podoba, koniecznie dajcie znać w komentarzu pod tym tekstem, czy chcielibyście także opisu lat 50. w ramach podróży przez historię SF.
Fantastyczna podróż

To podróż w istocie jest fantastyczna i fascynująca w dodatku. Opowiada bowiem o chęci zajrzenia w głąb swego ciała. Człowiek zawsze miał potrzebę eksploracji, więc w filmach SF przemierza głębiny wodne, wnętrza ziemi czy w końcu kosmiczne bezkresy. Ale przecież my sami, swoimi cielesnymi strukturami, także tworzymy niezbadane wszechświaty. Bez względu na to, jak daleki będzie postęp medycyny, jeszcze długo nie będziemy mieli pełnej kontroli nad organizmem. Bo choć czujemy, że gdzieś coś nie styka, gdzieś coś źle funkcjonuje, to i tak nie możemy tego zobaczyć, chyba że po uruchomieniu specjalistycznej endoskopii.
Fantastyczna podróż to zatem film, który opowiada o tajemnicy świata, który sami tworzymy. Opowiada rzecz jasna w sposób brawurowy – na uwagę zasługują oscarowe efekty specjalne.
2001: Odyseja kosmiczna

Nie wypada rozpatrywać historii kina SF, a już tym bardziej jego wycinka z lat 60., bez wspominania o dziele Stanleya Kubricka. Jest to bowiem film ze wszech miar spektakularny i przy każdej okazji należy to podkreślać. Nie byłoby dzisiejszego kina SF w takim kształcie, gdyby w pewnym momencie Kubrick nie powiedział czegoś w rodzaju „odetnijmy się od tego kiczu i głupkowatości. Science fiction można robić przecież na poważnie”. I zrobił to tak, że wszystkim szczęki opadły.
Biorąc na warsztat literaturę wybitnego fantasty, Arthura C. Clarka, wyniósł fantastyczne, kinowe doznania, na zupełnie nowy poziom. Co zaskakujące, siła nie tkwi tu w fabule. To nie jest typowe doświadczenie pod tym względem. Opowieść pełni tu rolę bardziej symboliczną, ukazując poszczególne etapy tak losów jednostki, jak i świata. Kubrick z odpowiednią dla siebie swadą odniósł się do samych fundamentów naszej egzystencji wykorzystując do tego tajemniczą i fascynującą przestrzeń kosmosu, próbując dostrzec w niej obliczę samego Boga. Piękna wyszła z tego kontemplacja, choć niejednego może ona wynudzić.
Robinson Crusoe na Marsie

Uwielbiam klimat tamtych filmów science fiction. Niby nie dało się jeszcze pokazać tego, co dokładnie twórcy mieli w głowie, ale już same starania niosły cenne doświadczenia. Wiele trzeba było sobie w tych wizjach dopowiedzieć własną wyobraźnią, na jeszcze więcej przymknąć oko, z racji kiczu i uproszczeń. Rok 1964 – mówimy jeszcze o momencie przed Odyseją kosmiczną, którą to można potraktować jako pewien wyznacznik nowej jakości. W Robinsonie Crusoe na Marsie, otrzymujemy jeden z ostatnich powiewów tej fantastyczno-naukowej beztroski, która w latach 50 i 60 była w gatunku dość silna i na swój sposób urocza.
Mamy tu zatem prosty pomysł i proste rozwiązania techniczne, ale zarazem wielkie serce i wolę przeniesienia się wyobraźnią poza atmosferę ziemską. Przez to właśnie kosmonauta ląduje na Marsie razem z pewną małpą i musi nauczyć się żyć w nowych warunkach. Tak, dobrze kojarzycie – bez tego filmu bardzo możliwe, że nie byłoby Marsjanina Ridleya Scotta.
King Kong kontra Godzilla

Przyda się solidny powiew Azji w tym zestawieniu, bo swego czasu legendarne studio Toho, przy udziale nie mniej legendarnego reżysera – Ishiro Hondy – tworzyło w gatunku SF liczne warte uwagi widowiska. Mam na myśli serię o wielkim, gadzim potworze, Godzilli, będącej jedną z najdłuższych serii w historii kina, bo liczącej aż kilkadziesiąt odcinków. Do zestawienia wybrałem King Kong kontra Godzilla ponieważ cenię go za spektakularność – to w końcu pierwszy w serii crossover, gdzie na ekranie spotykają się dwa najsłynniejsze potwory w historii kina (choć film powstał na bazie scenariusza, w którym wielka małpa pojedynkowała się z Frankensteinem), ale także za charakterystyczną tonację, która z lekkością, swadą i humorem wzbogaca widowisko o aspekt satyryczny.
W tym wypadku chodziło o traktowanie potworów jak atrakcje telewizyjne, co miało obśmiać postępujący wówczas rozwój mediów. Problem już wtedy sygnalizowany, ale jakże aktualny pozostał do dziś. Film przyniósł sporych rozmiarów sukces kasowy w Japonii, szybko przygotowano też wersję odpowiednią na rynek amerykański. A w ostatnich latach, jak wiem, nakręcono głośny remake.
Uwięzieni w kosmosie

Jedni powiedzą, że nudny, ja powiem, że fascynujący. I silnie inspirujący, bo to bodaj na kanwie tego właśnie filmu Alfonso Cuarón stworzył słynną Grawitację. Da się tu także zauważyć pewien łącznik z Apollo 13 Rona Howarda, a patrząc z perspektywy ubiegłego roku – Pasażera numer 4. Pomysł wyjściowy jest zatem prosty, wręcz esencjonalny dla gatunku. Mamy kosmiczną wyprawę, w której nie wszystko idzie tak, jak powinno. Trzej astronauci zostają postawieni przed trudnym do przełknięcia faktem – nie wystarcza im tlenu na powrót na Ziemię. „Houston, mamy problem” – zdaje się pobrzmiewać w ich głowach.
Akcja rozwija się jednak bardzo powoli, skupiając się na budowaniu niepokojącej atmosfery także przy udziale muzyki. Podobają mi się wysmakowane zdjęcia i przyzwoite efekty specjalne. Jest coś w tej prostocie i pieczołowitości ujmującego. Zwłaszcza, gdy efekt podkręca świetne aktorstwo – na ekranie m.in. Gene Hackman i Gregory Peck!
Planeta Małp

Uwielbiam ten film, za osobliwy pomysł i niesamowitą, bezkompromisową odwagę w zaprezentowaniu go na ekranie. Gratuluję przede wszystkim producentom, którzy po otrzymaniu scenariusza nie wyrzucili go do kosza z napisem „to się nie sprzeda”, bo w ten sposób zostalibyśmy pozbawieni jednej z najbardziej oryginalnych wizji SF w historii kina. Polot realizatorski, zwłaszcza w dziedzinie charakteryzacji, do dziś budzi we mnie uznanie i podziw, ale to o uniwersalne i silne przesłania w filmie z 1968 chodzi bodaj najbardziej. Wspaniały to komentarz do rasowych podziałów, nawiązania do kolonializmu, apartheidu i innych politycznych sztandarów wyszły ty bardzo subtelnie i mądrze. Najistotniejszy wniosek płynie jednak z obrazu zniszczonej Statuy wolności – człowiek sam sobie zgotował ten los, można by powiedzieć, przede wszystkim własną ignorancją. Ewolucja się nie myli.
451 stopni Fahrenheita

W dziedzinie fantastyki antyutopijnej, dzieło Roya Bradburyego to od zawsze ścisła czołówka, obok Roku 1984 i Nowego wspaniałego świata. Oczywiście mam tu myśli literacki pierwowzór. Filmowa adaptacja słynnej powieści jest nie mniej znakomita. Wciąż, nawet po latach, odpowiednio trzyma w napięciu i na swój, szalony sposób przeraża wizją przyszłości, w której ludzkość zostaje pozbawione dostępu do książek. Kto czyta, ten myśli, a władze przecież nie lubi ludzi myślących krytycznie. Jakże współgra to do obecnej w dzisiejszych mediach dezinformacji – metodzie, która zamiast ograniczać dostęp do treści, daje ich tyle, że kompletnie się w nich gubimy.
Film Fahrenheit 451 warto obejrzeć za dziwaczny klimat, sugerujący zwykły dramat, acz podszyty pazurem. To nie jest fantastyka przepełniona akcją. Ta bowiem rozgrywa się przede wszystkim w głowach bohaterów, niosąc wewnętrzną przemianę.
Ostatni człowiek na Ziemi

Trudno wyobrazić sobie fantastykę postapokaliptyczną, bez wybitnego dzieła z 1964. Film ten przecież nie tyle przyczynił się do powstania kolejnych remaków, w tym słynnego Człowieka Omegę i późniejszego Jestem legendą (w przypadku tego ostatniego zapowiedziano nawet sequel). Ostatni człowiek na Ziemi to przede wszystkim wzór dla Georga A. Romera do tworzenia filmów o zombie. To także, albo przede wszystkim pierwowzór filmowej samotności bohatera, wywołanej końcem znanego nam świata.
Ten klimat pustki nie da się opowiedzieć, trzeba go poczuć, bo same jego wyobrażenie jest w stanie dogłębnie przerazić. Ale włos na głowie jeży fakt, iż z racji nowej zimnej wojny, w jakiej lada moment ugrzęźniemy, widmo atomowego końca cywilizacji wciąż nad nami wisi. Więc owszem, wypada odkurzać starocie SF, by zastanowić się, jaka przyszłość nas czeka.
Charly
1968 po raz kolejny. Tym razem w nieco mniej widowiskowym wydaniu. To jednak jedyny film z tej listy, który w pełni opiera się na świetnej kreacji głównego aktora. Co warte podkreślenia – kreacji nagrodzonej Oscarem. Charly w pierwszej chwili przypomina bowiem skromny dramat, skupiony na tragedii jednostki. Bohaterem filmu jest bowiem niepełnosprawny intelektualnie mężczyzna, który tkwi w swoim własnym, zamkniętym świecie, jako tako funkcjonując w społeczeństwie, choć mając z tym niemałe problemy. Wyszydzany, wyśmiewany, nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że w oczach kolegów z pracy jest zwykłym pośmiewiskiem.
Do czasu, bo w drugim akcie filmu następuje przełom, a do zasad gry wkracza science fiction. Charly staje się bowiem obiektem pewnego eksperymentu naukowego mającego podnieść poziom inteligencji. Udaje się, przez co życie bohatera zmienia się diametralnie. Jak już wspomniałem, warto obejrzeć chociażby dla świetnej roli Cliffa Richardsa. I dla dość gorzkiego, choć jedynego możliwego finału.
Alphaville

Mały powiew europejskości. Jean-Luc Godard w swym nowofalowym stylu, przy udziale surowego, czarnobiałego obrazu, opowiedział w 1965 antyutopijną historię z komputerem w roli głównej. Do pewnego miasta, zarządzanego przez ów komputer, przybywa tajny agent, któremu przyświeca konkretna misja. Albo zlikwiduje twórcę komputera, albo dotrze do samej maszyny i wyciągnie jej kabel zasilający z wtyczki. Proste? Okazuje się, że niekoniecznie, bo jak to bywa w świecie przyszłości, w dodatku pozbawionym uczuć, pewnych przeszkód przewidzieć się nie da. Tak jak nie da się przewidzieć tego, w jakim kierunku w konsekwencji pójdzie ta fabuła, która od początku, do końca brzmi awangardowo, wymykając się przez to wszelkim definicjom.
Tekst z archiwum Film.org.pl

Kapral Dwayne Hicks
18 lutego, 2026 at 21:11
Również uważam że „Porzuceni na orbicie” to fascynujące kino, a niespieszne tempo akcji to zaleta. Przede wszystkim film jest jak na tamte lata realistyczny. Wymieniając jednak gwiazdy filmu, czyli Pecka i Hackmana, warto wspomnieć o „tym trzecim” Przecież to Richard Crenna, późniejszy mentor i jedyny przyjaciel samego Jonha Rambo
rickenbacker
19 lutego, 2026 at 09:43
Jeśli chodzi o Odyseję Kosmiczną to książka i scenariusz filmu były pisane równolegle przez Artura Conana Doyle’a, ba Pan Doyle książkę i scenariusz (wespół z reżyserem) napisał właśnie na życzenie Kubricka. Premierę obu dzieliło chyba 7-8 miesięcy, dlatego też występują pomiędzy nimi rozbieżności fabularne, więc w zasadzie nie było to branie na warsztat literatury tegoż autora, chyba że bierzemy pod uwagę początkową inspirację Kubricka opowiadaniami Doyle’a.
P.S. Mam nadzieję, że niczego nie pokręciłem