Connect with us

Publicystyka filmowa

Filmy bardziej AKTUALNE DZIŚ niż w dniu premiery

FILMY BARDZIEJ AKTUALNE DZIŚ NIŻ W DNIU PREMIERY to refleksja nad ponadczasowością filmowych opowieści, które wciąż poruszają istotne problemy.

Published

on

Filmy bardziej AKTUALNE DZIŚ niż w dniu premiery

Wydaje się, iż łatwym zadaniem jest wytykanie starszym produkcjom ich wieku, a co za tym idzie ganienie poszczególnych ich elementów – czy to czysto technicznych, czy też społeczno-kulturowych – za to, iż nie udało im się oprzeć upływowi czasu i że tym samym nie pozostają modne, świeże, nie uwzględniają najnowszych problemów. Sęk w tym, że u podstaw większości filmów leżą uniwersalne prawdy i historie, które dobrze opowiedziane pozostają ponadczasowe – a nawet ich wartość rośnie z czasem. Są też i takie, których aktualność zawsze będzie podstawowym wykładnikiem z prostego powodu: natura ludzka oraz powtarzające się błędy naszej cywilizacji wciąż produkują podobne problemy, wokół których kręcimy się w kółko, nie chcąc lub nie potrafiąc ich rozwiązać.
Advertisement

Niekiedy mogą one przez lata kumulować się niezauważenie gdzieś z boku lub wysyłać sygnały zwiastujące ich nadejście. Część z nich da się logicznie przewidzieć na długo przed tym, inne łatwo jest podsumować w szerszym kontekście, który plebs nadgryza co chwila po kawałeczku z każdej strony, nigdy nie odnosząc się do niego w całości. Oto przykłady takich filmów, które w momencie premiery stanowiły niezobowiązującą rozrywkę z przestrogą. Ostrzeżenie zostało zignorowane, więc obecnie mówią więcej o nas samych i o naszej rzeczywistości, niż chcielibyśmy przyznać.

Biały pies, reż. Samuel Fuller (1982)

Rzecz o rasizmie, w piękny sposób przypominająca, że nie działa on tylko w jedną stronę. Film bezcenny w obecnych czasach, gdy całe zło tego świata zwala się na białego diabła, czego rezultatem jest wychowana przez wilki klasa średnia, która rzuca się sama sobie do gardła, przy jednoczesnej aprobacji czarnych i, przede wszystkim, koszernych psów.

To z kolei sprawia, że cierpi całe stado, bynajmniej nie jednakowo. To zaognia podziały, podsyca tenże rasizm oraz sprawia, że potrafi on zakwitnąć na nowo. Słowem: droga donikąd – a i to przy dobrych wiatrach. Przy złych rezultatem może być zniewolenie i holokaust. Czyli powtórka z rozrywki. W dobie niszczycielskich ruchów typu BLM oraz jednostronnej, piętnującej każdy możliwy sprzeciw lewackiej aka „demokratycznej” narracji, która napuszcza te wszystkie psy na siebie, aktualność tego filmu jest wręcz drastyczniejsza od jego przemocy.

Advertisement

Contagion – Epidemia strachu, reż. Steven Soderbergh (2011)

Rzecz oczywista, bo i walczymy w końcu z wirusem. Ten filmowy jest co prawda o wiele bardziej śmiertelny, a fikcyjne rządy zdają się lepiej panować nad sytuacją, lecz chaos wywołany przez zagrożenie i strach, a także konsternacja, izolacja oraz niepewność są w sumie podobne.

Źródło wirusa oraz ekspansja również się pokrywają. Ciekawe, że powstała pomiędzy pandemiami produkcja nie wpisuje się w sumie w żadną z nich i pozostaje przy tym nawet bardziej wiarygodna od prawdziwych. Ta poprzednia rozeszła się bowiem po kościach. Z kolei w obecnej za dużo jest wszechobecnego cyrku i działań prewencyjnych, które są bardziej szkodliwe od samego wirusa i tym samym odbierają mu siłę. Paradoksalnie Contagion jest więc bardziej wiarygodny od Covida. Dobrze to czy źle?

Advertisement

Wersja skrócona


Dziwne dni, reż. Kathryn Bigelow (1995)

Co prawda techniki widzianej w tym cyberpunkowym tytule szczęśliwie nie udało się (jeszcze) powtórzyć, ale cała reszta w sumie się zgadza. Inna sprawa, że jest to przypadek, który należałoby odmienić przez pryzmat współczesności nie tyle na bazie poszczególnych elementów fabularnych (jak morderstwo na tle rasowym, policja kontra społeczeństwo, zamieszki czy, nawet bardziej przyziemne, odliczanie do nowego roku w dobie chaosu), ile ogólnej atmosfery.

Advertisement

Te pierwsze były bowiem zawsze uniwersalne, a Bigelow już na etapie scenariusza bazowała na rzeczach z telewizyjnych wiadomości, więc gdyby cofnąć się z tym filmem do przeszłości – niekoniecznie tak odległej, jak ta, którą wybrał Marty McFly – to też by działał. Niemniej w ćwierć wieku od premiery nie tylko nic się w pewnych kwestiach nie zmieniło, ale też ogólny krajobraz po bitwie jakby znajomy…

The International, reż. Tom Tykwer (2009)

Oldskulowa sensacja bazująca na śledzeniu konotacji, wpływów i możliwości współczesnych banków bynajmniej nie była odkrywcza dekadę temu. Zresztą w pewnym momencie całość wyraźnie skręca w stronę kina akcji, co jednak nie zabija jego atmosfery i wydźwięku.

Advertisement

Ten powinien być dziś czymś oczywistym, a mimo to wyraźnie cierpnie od niego skóra – szczególnie gdy uzmysłowimy sobie, że przez te dziesięć lat banki i wielkie korporacje zyskały jeszcze więcej praktycznie niekontrolowanej przez nikogo władzy i zaplecza, a kasta bogatych facetów w garniturkach coraz bardziej lekką ręką kieruje losami świata oraz życiem zwykłych ludzi. W filmie nie dało się ich zatrzymać, a wszelkie działania głównych bohaterów były iście syzyfową pracą. Jak udowodnia cały czas 2020/21, w prawdziwym życiu jest jeszcze gorzej – mimowolnie stworzyliśmy sobie nietykalną hydrę.

Oni żyją, reż. John Carpenter (1988)

NAJLEPSZE lata w HISTORII kina

Klasyk SF jako krytyka konsumpcjonizmu, który robi ludziom wodę z mózgu. Kupuj, oglądaj telewizję, konsumuj, śpij, bądź posłuszny, rozmnażaj się, podporządkuj… – to ukryte hasła podświadomie przekazywane za pomocą prasy, telewizji, reklam i kontrolowane przez ukrywających się pośród nas kosmitów, którzy z pomocą wtajemniczonych elit żerują na naszej niewiedzy i naszych zasobach. Tylko nieliczni są w stanie dostrzec prawdę, jednak w większości są z miejsca dyskredytowani, a następnie usuwani z widoku – na przykład przez dbającą o „prawo i porządek” policję. Czyż to nie piękna alegoria na przykład komunizmu – wcześniej także poddanego fantastycznej paranoi w obu wersjach Inwazji porywaczy ciał – który również przy pomocy technologii i zmowy milczenia powraca obecnie do łask? Albo rozkładającej Zachód polityki tak zwanej lewicy, która przedstawioną u Carpentera Amerykę zaczyna wyzyskiwać w podobny sposób, zamieniając ją z wolna w przyszły kraj Trzeciego Świata? Można też za kosmitów spokojnie wstawić tu Syjonistów, którzy założyli całemu światu okulary Holocaustu, skutecznie zabijając jakąkolwiek krytykę i odwracając uwagę od swoich działań.

Advertisement

A gdy okulary zamienimy na maseczki, mamy jako żywo pandemię koronawirusa, pod której płaszczykiem rządy uskuteczniają swoje agendy i przekręty, wprowadzają nowe podatki, rozkradają społeczeństwo. Są też i w końcu uchodźcy – oni żyją między nami, także skryci za odpowiednio skleconą propagandą, która ma racjonalizować ich kolejne fale oraz stawiać ich wartości i racje ponad narody danych krajów. Jakkolwiek by nie odczytywać tej historii przez współczesny pryzmat, zawsze działa. Choć najlepiej sprawdza się jej matriksowy klimat złudnej rzeczywistości (niekoniecznie związanej z powyższymi interpretacjami), w której coś od początku nie gra, ale nie wiadomo co – ten fakt permanentnego zakłamania, na które dajemy bezwolne przyzwolenie. I na które nic nie możemy poradzić, mimo największych starań i poświęceń.

Sieć, reż. Sidney Lumet (1976)

Ten aktorski dynamit bierze na tapet świat telewizji i jej wpływ na społeczeństwo. I nie chodzi tu nawet o manipulację emocjami lub informacjami, lecz o przesuwające się moralne granice tej gałęzi rozrywki oraz związany z nią motyw wojeryzmu.

Advertisement

Ten oczywiście mamy już dawno za sobą, za sprawą Big Brothera i jego licznych klonów, których wtedy przecież nie było. Zamiast tego mamy program na żywo będący nieprzerwanym strumieniem świadomości głównego bohatera, który według szefostwa zwariował, a tak naprawdę puściły mu nerwy i zaczął mówić całą prawdę i tylko prawdę. Idealnie wpisuje się to w motyw kształtowania opinii publicznej za pomocą politycznych i światopoglądowych materiałów propagandowych, które współczesna telewizja nadaje non stop, często również live, stanowi również krytykę tego fałszywego przekazu, za którym stoi tylko jeden wykładnik: oglądalność.

Patrząc na chłam i hałas, jaki wydostaje się ze współczesnych kanałów telewizyjnych różnego sortu, łatwo stwierdzić, iż już dawno przeskoczyliśmy filmową wizję – zabrakło jedynie wieńczącego ją zabójstwa na oczach kamer. Choć i takie obrazki widywaliśmy już niejednokrotnie w przesyłanych za pomocą „kwadratowego pudełka” wiadomości.

Advertisement

System, reż. Irwin Winkler (1995)

Trudno film Winklera nazwać wizjonerskim, niemniej idealnie przewidział nasze uzależnienie od komputerów oraz niebezpieczeństwa z tym związane. Szerzej rozpisałem się na ten temat w tej recenzji, zatem wspomnę tu tylko o m.

in. załatwianiu wszystkiego online, życiu w izolacji od społeczeństwa (niezależnie od aktualnej sytuacji epidemicznej), kradzieży tożsamości i związanym z tym dostępem do poszczególnych dóbr oraz własnych oszczędności. Sandra Bullock doświadczyła tego wszystkiego w czasach, gdy brzmiało to jeszcze jak fantastyka naukowa. Dziś jej przygody podpadają pod fabularyzowany dokument hollywoodzki. Smutne, ale prawdziwe.

Advertisement

Szpital, reż. Arthur Hiller (1971)

Groteska, pastisz albo po prostu przejaskrawiona, wypełniona czarnym humorem komedia na temat publicznej służby zdrowia. W domyśle tej zagranicznej, a mimo to zmagającej się z tymi samymi problemami co rodzima – ówcześnie komunistyczna, lecz w tym odłamie systemu to bez znaczenia. Jakże więc znajome są te wszystkie przypadki, problemy i biurokracja, która nakręca medycynę w ten sam sposób co wojnę w Paragrafie 22. Pół wieku później scenariusz Paddy’ego Chayefsky’ego – autora nadmienionej wcześniej Sieci – można traktować jak szpitalny podręcznik przetrwania. Linia pozostaje bowiem prosta jak u denata. W placówkach panuje ten sam constans oraz bliska absurdu znieczulica. U Hillera znakomity George C. Scott w roli bezradnego, praktycznie osamotnionego w swych staraniach lekarza traci nerwy podobnie jak nasi beneficjenci NFZ w okienku i o mało nie wariuje od tego wszystkiego. Na jego kolejne zmagania automatyczną reakcją jest śmiech, ale jest to śmiech przez łzy – zwłaszcza w starciu z brudną rzeczywistością, w której już tak do śmiechu nam nie jest. ..

Trzy dni Kondora, reż. Sydney Pollack (1975)

Polityczny thriller o spisku i różnorakich teoriach geopolitycznych, które snuje rządowa komórka sklecona z młodych i zdolnych. Zajmują się oni w sumie tym, co dziś spotyka się z ostracyzmem i kpiną, czyli teoriami spiskowymi. W dodatku nie na temat przeszłych wydarzeń, tylko przyszłych następstw. Jedna z nich jest na tyle celna, iż kończy się zlikwidowaniem niemal całej komórki, zupełnym przypadkiem zostawiając przy życiu samotnego bojownika o prawdę. Dziś wiele z tych prawd, które film poruszał, już dawno mamy za sobą i wołamy na nie: historia. Acz wciąż jest tu jeszcze kilka tropów na następnych parę lat.

Advertisement

Bardzo aktualna tematyka razi co prawda pewną naiwnością, gdyż w finale nasz Kondor szuka ratunku w prasie – wtedy jeszcze rzetelnej, zajmującej się faktami i prawdziwym dziennikarstwem, nieskażonej rządową presją ani istnieniem Internetu. Obecnie nawet gdy wrzucimy do sieci jakieś niepodważalne dowody, możemy rozbić się o beton dezinformacji, cenzury treści i oskarżeń o fałszerstwo. Ale czy sam ten fakt sprawia, że Trzy dni Kondora się w jakikolwiek sposób zdezaktualizowały? Bynajmniej. Gorzej, iż ze świecą szukać dziś odpowiedników postaci Roberta Redforda. Tak jakby na prawdzie już nikomu nie zależało…

V jak Vendetta, reż. James McTeigue (2005)

Trudno stwierdzić, na ile przykłada się jeszcze w Wielkiej Brytanii wagę do 5 listopada. Bo polskiej młodzieży nawet nie podejrzewam o pamięć względem wielu rodzinnych rewolucji przeciwko władzy i opresji. A przydałaby się ona współcześnie, gdyż zanosi się – a przynajmniej powinno – na kolejną.

Advertisement

I to w skali właściwie globalnej. Znamienne, że film, za którym stali twórcy Matrixa, tradycyjnie spłycił trochę i złagodził realia komiksu służącego mu za podstawę. Przekaz został jednak zachowany. Każdy totalitaryzm i kontrola absolutna to zło, któremu należy się naturalnie przeciwstawiać – w masce lub bez, to nie ma znaczenia. Filmowy (super)bohater nosił swoją po to, żeby inne maski opadły. Nie mamy co prawda jego odpowiednika w rzeczywistości, ale przecież jest to tylko symbol, za którym skryć się może każdy. W końcu idea jest kuloodporna, a wolności nie można kupić – trzeba ją sobie wywalczyć. Tylko czy stać nas na to?

Wróg publiczny, reż. Tony Scott (1998)

Nie wytrzymam! Permanentna inwigilacja! Nie wytrzymam!

Ten cytat z Seksmisji dobrze oddaje clou filmu Tony’ego Scotta.

Advertisement

Lampy w podłodze i matriarchatu co prawda nie ma, ale są za to wszędobylskie kamery, pluskwy we wszystkich możliwych miejscach garderoby i bezproblemowe namierzanie każdej niewygodnej, a nawet przypadkowej jednostki w taki sposób, że obecnie jest on już… nieaktualny, bo technika jedynie poszła pod tym względem do przodu. Można by wręcz pokusić się o stwierdzenie, że dziś bohater Willa Smitha zostałby szybciej złapany i nawet weteran Gene Hackman by mu nie pomógł. I możemy się łudzić, iż współczesne rządy nie prześwietlają w ten sam sposób swoich obywateli jak w kinie akcji sprzed ponad dwóch dekad. Prawda jest jednak taka, że możemy jedynie Smithowi pozazdrościć ówczesnej wolności, jakkolwiek sama rzeczywistość końca lat 90. została przez twórców podkręca w celu udramatyzowania wydarzeń.

Z, reż. Costa-Gavras (1969)

O tym, że polityka to brudny biznes, grecki reżyser przekonuje nas przez całą swoją twórczość. Nagrodzone Oscarem Z pozostaje przy tym jego opus magnum w temacie, pokazując spisek na najwyższych szczeblach władzy, tuszowanie dowodów, sterowanie opinią publiczną i usuwanie potencjalnie niebezpiecznych jednostek. Film powstał na faktach, od których bynajmniej się nie odcina.

Advertisement

Był niezwykle aktualny już w momencie, gdy zbierał pochwały na światowych festiwalach, ale patrząc za okno, trudno pozbyć się wrażenia, iż obecnie dzieło to z jakąkolwiek fikcją nie ma już nic wspólnego. No, chyba że za takową uznać pewną naiwność głównych bohaterów, którzy walczą z wiatrakami, stojąc na z góry straconej pozycji. Jeśli wtedy nie było dla nich nadziei, to dziś jest jeszcze gorzej, gdyż nikt z polityków się już nawet nie kryje ze swoimi zamiarami i nawet najgorszą rzecz można nie tylko przepchnąć w biały dzień, ale wręcz sprzedać ją bez większego problemu bezwolnym masom w imię ich własnego bezpieczeństwa. Prawda, USSRA?

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *