Publicystyka filmowa
DOM WARIATÓW I NIE TYLKO… Filmy o rodzinach warte obejrzenia
DOM WARIATÓW I NIE TYLKO… zaprasza do odkrycia filmów, które zaskakują rodziną i emocjami, wciągając w wir niezapomnianych historii.
Z rodziną podobno najlepiej wychodzi się na zdjęciach, jednak z taśmą filmową już tak łatwo nie jest. Filmowcy bywają bezwzględni wobec własnych biografii, cudzych życiorysów czy emocji widzów. A motyw rodziny to popisowy temat dla autorskich wariacji.
Tematyczna i emocjonalna rozpiętość rodzinnych wątków jest tak szeroka, jak zestawianie ze sobą dwóch klasycznych przykładów, czyli Małej Miss i Festen – nakręcona w duchu amerykańskiego kina niezależnego kultowa pozycja typu feel good movie, a chropowaty, gęsty i mroczny film Thomasa Vinterberga, sygnowany znakiem Dogmy 95.
Nie sposób wszystko zebrać, skatalogować i obejrzeć, zwłaszcza że rodzinne relacje są niejednokrotnie ledwie szkieletem zindywidualizowanych historii. Zarazem filmy o rodzinach to nie tylko familijne, niezobowiązujące tytuły na wspólny wieczór; wymykając się schematom, wątki wspólnego życia bywają kuszące dla tych, którzy lubią przyglądać się emocjom: od tych krytych głęboko w sobie, po te promieniujące na całe otoczenie.
Niby niegroźne domowe piekiełka (przeradzające się czasem w prywatne horrory), ale i wątki komediowe czy dramatyczne – oto kilka filmowych propozycji do zastanowienia się nad tym, co ich łączy, co dzieli, co sprawia, że odchodzą, wracają, wpadają na kilka dni, by samą swoją obecnością wywrócić dotychczasowy porządek o sto osiemdziesiąt stopni.
Walka żywiołów
Bernard jest uznanym pisarzem, obecnie wykładającym literaturę, któremu trudno pogodzić się z faktem, że jego żona odkrywa w sobie talent i wydaje książkę zbierającą zaskakująco pochlebne recenzje. Pisarska rywalizacja oraz rozstanie przeprowadzane pod pozorami zachowywania klasy tak naprawdę ewoluują w stronę wzajemnych przytyków i wyrzutów, w których mimowolnie uczestniczą synowie pary.
Noah Baumbach obserwuje w swoim filmie bohaterów odnajdujących w postawach rodziców samych siebie – czy ich rozwód jest jednoznaczny z opowiedzeniem się po którejś ze stron? Czy aby od nowa ustawić rodzinne relacje, najpierw trzeba zadeklarować: czy jest się inteligentem (mającym zdanie o każdej nieprzeczytanej książce), czy filistrem (jednocześnie doprowadzając tę postawę do karykaturalnych granic)? Problemy z dorastaniem, pierwsze miłości i czerpanie z wiedzy rodziców doprowadza do serii gagów, o których niejeden psycholog opowiadałby z lubością. Reżyser równie niepoważnie tratuje dorosłych, jak i dzieci, bo nieważne, jak bardzo czują się lepsi – wszyscy są jednakowo bezradni wobec życiowych zmian. Zwłaszcza że o buncie świadczą nie szczeniackie zachowania, a zmiana myślenia o sobie oraz swojej roli w rodzinie.
Zwyczajni ludzie
Reżyserski debiut Roberta Redforda to kino, wobec którego nie można przejść obojętnie. Emocjonalny ładunek, jaki niesie ze sobą ten film, nie służy temu, by przewalcować nim po widzu. Jak mówi sam tytuł, Zwyczajni ludzie to tacy, którzy próbują wciąż na nowo, czasem po wielokroć. Śmiertelny wypadek, jakiemu ulega jeden z synów Calvina (Donald Sutherland) i Beth (Mary Tyler Moore), sprawia, że bardzo trudno jest im wrócić do normalności. Mimo że wszyscy udają, iż wciąż można żyć jak dawniej, to, co dzieje się z drugim z chłopaków, Conradem (Timothy Hutton), powoli działa niczym barometr wobec rodzinnych relacji.
Redford jest szczery wobec ich drobnomieszczaństwa i prób zachowania pozorów, ale jednocześnie nikogo nie oskarża czy obwinia. Powaga sytuacji, wymagająca przechodzenia przez żałobę z udziałem psychiatry, służy mentalnemu odbudowywaniu domu. Chowane pod fasadą radzenia sobie uczucia stopniowo dochodzą do głosu, wymagając od bohaterów przepracowania wspólnej traumy, która w równym stopniu może ich podzielić, jak i połączyć. Reżyser unika taniego moralizowania, bo krążąc wokół tak wzniosłych pojęć jak kryzys rodziny czy ból po stracie kogoś bliskiego, jego film staje się afirmacją życia rozumianego jako odczuwanie; nawet jeśli te uczucia przerażają, bolą i biorą człowieka we władanie.
Happiness
Obraz Todda Solondza to jedna z tych dziwniejszych propozycji, bowiem wszystko, co pierwotnie wydaje się normalne czy wręcz nudne, ostatecznie staje się groteskowo powykrzywiane. Kilka przeplatanych ze sobą wątków zbiega się przy rodzinnym stole; wszyscy się znają i są ze sobą spokrewnieni, a do widza wreszcie dociera ponura świadomość tego, jak zabawni i tragiczni są bohaterowie próbujący utrzymać status quo, kiedy kawałek po kawałku wali im się świat.
Reżyser zachowuje ten prześmiewczy dystans, jakby chciał powiedzieć, że to, z czym borykają się jego bohaterowie jest mniej straszne, niż im się wydaje. Jest to oczywiście nieprawdą, ale lepiej przyjąć jego konwencję, by w pełni móc cieszyć się tym z lekka kuriozalnym filmem o rodzinnych dysfunkcjach. Solondz po kolei demaskuje wszystkie oczekiwania i pragnienia swoich bohaterów – robiąca karierę Helen mierzy się z własną egzaltacją, pragnącą miłości Joy wszyscy spisali na straty, chełpiąca się swoją normalną rodziną Trish okazuje się żoną dewianta.
BONUS: Życie z wojną w tle
Reżyser wraca po latach do swoich bohaterów, nadając im twarze nowych aktorów. Upływający czas ponownie jest dobrą okazją, by każdego z nich postawić pod ścianą i odpytać z tego, co działo się dotychczas: kim jest i skąd pochodzi. Solondz charakteryzuje się w upodobaniu do dręczenia swoich postaci ciągłym definiowaniem i redefiniowaniem się na nowo, a jednak nie można odmówić jego dziełom uroku i siły działania. Każdy kolejny film można traktować jako suplement do poprzedniego, więc kolejność nie jest zobowiązująca: wszystkie (wraz z Witaj w domku dla lalek i Palindromami) tworzą wielką, rodzinną epopeję.
To tylko koniec świata
Znane ze wcześniejszych filmów rodzinne niesnaski tym razem Xavier Dolan rozpisuje na całą familię. Louis-Jean (Gaspard Ulliel) wraca do rodzinnego domu po dwunastu latach nieobecności i chociaż wszyscy traktują go jak marnotrawnego syna, który w wielkim świecie zrobił oszałamiającą karierę, to on wie, że jest tam prawdopodobnie po raz ostatni ze względu na zbliżającą się wielkimi krokami śmierć.
W pewnym momencie mówi, iż boi się, że nawet nie będą płakać… i może mieć rację, bo długo wyczekiwany powrót Louisa burzy domowy porządek. Traktując go jak gościa i „swojego” zarazem, bohaterowie starają się znaleźć nowy rytm tych relacji, jakby przeczuwali, że nie będzie kolejnych okazji by powyjaśniać sprawy z przeszłości. Każde z nich ma do Louisa kilka uwag, pretensji, próśb, a on przegląda się w ich pełnych napięcia twarzach jak w lustrach. Dolan z jednej strony bawi się rodzinną farsą, z drugiej udaje mu się sportretować rodzinę zbudowaną wokół nieobecności jednego z jej członków. Jednak w To tylko koniec świata nie ma już szczerych do bólu rozmów i wykrzykiwanych prosto w oczy uczuć, jakie zdarzały się w jego wcześniejszych filmach; tutaj w powszechnym przegadaniu, paplaniu o wszystkim i o niczym, jest jakaś nerwowość, by najważniejszych tematów nie poruszać. Mimo że fani mieli do uzdolnionego Kanadyjczyka wiele zarzutów, jakoby nie poradził sobie z takimi tematami jak przemijanie czy świadomość śmierci, podkładając je pod swoje teledyskowe sekwencje oraz ulubione soundtracki, to udało mu się z wyczuciem uchwycić strach przed naruszeniem tabu, kiedy wszyscy wzajemnie i dokładnie się obserwują, jednocześnie mając świadomość bycia obserwowanymi.
Czułe słówka
Dla Jamesa L. Brooksa temat rodziny jest ledwie początkiem znacznie bardziej zniuansowanego dramatu, czerpiącego także garściami z komedii. Emma (Debra Winger) postanawia żyć po swojemu, wyrywając się spod czujnych oczu perfekcyjnej matki, a owdowiała kobieta może już tylko obserwować jej nowe, dorosłe życie, nie szczędząc przy tym złośliwych uwag i typowo matczynych mądrości.
Jednocześnie reżyserowi udaje się zachować umiar w rozkładaniu akcentów, tworząc dzieło godne otrzymania tych wszystkich Oscarów. Czułe słówka są zarazem zabawne oraz wzruszające, jak i groteskowe czy budzące niepokój. Bez popadania w jawnie dramatyczne tony Brooks obserwuje przemijanie pierwszej miłości, przechodzącej w dojrzałe i niełatwe dla żadnej ze stron małżeństwo. Nie oszczędza swoich bohaterów, dokładając im kolejnych zmartwień, takich jak choroba, i sprawia, iż oglądając film, mamy poczucie życiowości – tak przecież bywa naprawdę: i dobrze, i źle jednocześnie. Dorosłe życie Emmy, które jej matka traktuje jak akt odrzucenia, skłania Aurorę (Shirley MacLaine) do przyznania, że jej samotna egzystencja jest niepełna. Przelotna znajomość z sąsiadem staje się początkiem podróży ku odkrywaniu nowych przyjemności w życiu, które wcześniej wydawało się jej przebrzmiałe.
Życie jest słodkie
Jest w tym filmie piękno bezpośrednich przeżyć. Mike Leigh jak nikt potrafi uchwycić zwyczajność życia i jej wielobarwność – zbudowany na kanwie przeciętności wywodzącej się z brytyjskiej klasy robotniczej rodziny film nie jest szary, nudny i okraszony poczuciem beznadziei. Leigh stara się być uczciwy wobec swoich widzów, dając im obraz o pięknie normalności, która przecież niekoniecznie mieści się w standardach. Wendy i Andy to para na wiecznym dorobku, która dobrze czuje się w swoim przytulnym życiu, ale zarazem wciąż rozpamiętuje marzenia i stara się, by było lepiej.
Ich dwie córki ledwie stoją na progu dorastania i określania własnych tożsamości. Tak różne, jak tylko mogą być od siebie różne bliźniaczki, próbują znaleźć kawałek miejsca dla siebie w świecie urządzonym przez rodziców. Jedna z nich bez oglądania się na boki realizuje własne plany, pracując jako hydraulik i planując podróż do Stanów. Druga wybiera dekadencki żywot na kanapie w otoczeniu feministycznych książek, a popalając papierosy, komunikuje się ze światem za pomocą agresywnie rzucanych sloganów, chociaż zarazem sama czuje, że swoją postawą oszukuje wszystkich wokoło. W Życie jest słodkie jest jakaś pocieszająca i bezpośrednia myśl, że wszyscy są równie normalni i nienormalni zarazem, a wszystko de facto zależy od punktu widzenia.
Genialny klan
Chyba nikt nie zna się tak dobrze na drobnych, prywatnych obsesjach urastających do rangi tragikomicznych gagów, jak Wes Anderson. Mimo że temat rodzinny kilkukrotnie pojawia się w jego filmach, chociażby w Fantastycznym panie Lisie czy Pociągu do Darjeeling, to Genialny klan jest istną galerią osobowości. Intryga, jaką knuje Royal Tenenbaum (Gene Hackman), to zarazem fantazyjna opowieść o tym, jak zgromadzić całą rodzinę z powrotem w domu, wywołując między nimi drobne spięcia i tarcia. Do finałowej burzy nie dochodzi – u Andersona wszystko podane jest z lekkim, ironicznym humorem oraz dystansem, który przepuszcza filmowy świat przez specyficzną wrażliwość reżysera. Zwłaszcza że Tenenbaumowie to nieprzeciętna rodzina geniuszy, którym bezustannie towarzyszą lęki i natręctwa.
Z dozą sympatii i zrozumienia można spojrzeć na te odrobinę karykaturalne postacie, które wciąż plączą się i potykają o własne sekrety czy dziwactwa. Chociaż każde z nich zasłużyło na oddzielną biografię – Chas (Ben Stiller) jako superinteligentny dzieciak potrafiący zarabiać niebotyczne sumy, zanim dosięgał nogami do podłogi, siedząc przy biurku, Margot (Gwyneth Paltrow), enigmatyczna pisarka, o której prywatnym życiu nie wiedzieli nawet najbliżsi, czy Richie (Luke Wilson), będący mistrzem tenisa – to wspólnie tworzą grupę pogubionych oraz pozamykanych w sobie ludzi, którym talenty nie zagwarantowały szczęścia, a być może tylko wszystko bardziej skomplikowały.
Nie brak oczywiście wszystkiego tego, za co publiczność kocha Andersona, czyli symetrycznych ujęć, pastelowych kolorów czy niebanalnej obsady w rolach, do których byśmy tych nazwisk raczej nie przypisali.
Wnętrza
Wnętrza są nietypowym filmem Woody’ego Allena, zrealizowanym pod wpływem zachwytu twórczością Ingmara Bergmana. Mimo że fani amerykańskiego komika mówią, iż Bergman może być tylko jeden, to czuć w tym dziele ten mroczny, skandynawski chłód. Film inspirowany jest prywatną historią duńskiego mistrza – opowiada historię rodziny Eve (Geraldine Page), która czasowo znajduje się w separacji z mężem.
Nowa, dosyć nieoczekiwana sytuacja sprawia, że jej trzy córki próbują ustawić swoje relacje z matką na nowo. Chociaż nie ma w nich otwartej wrogości, to w każdej rozmowie czuć napięcie oraz rywalizację. Tymi młodymi kobietami targają wątpliwości i niepokoje, których same nie potrafią nazwać; zarazem nie chcą uświadamiać sobie skutków, jakie mogło mieć wychowanie w szklanym kloszu, stworzonym przez apodyktyczną matkę oraz odpowiedzialnego ojca. Jako dorosłe osoby miotają się między skrajnymi emocjami, jednocześnie próbując zachować klasę oraz dawną powściągliwość. Allen, stosując przygaszoną paletę barw, ogranicza ten emocjonalnie buzujący dramat do ledwie kilku szczerych rozmów, całą resztę zamykając w ukradkowych spojrzeniach i niby pochopnie rzucanych półsłówkach, takich, które mają ranić do żywego.
Sierpień w hrabstwie Osage
To jest ten typ filmu, w którym trzęsie się ziemia, a widz niespokojnie wierci się w fotelu, nie wiedząc, czy bardziej go to zawstydza, czy ciekawi. Zachowany w duchu sztuki teatralnej Tracy Letts Sierpień w hrabstwie Osage ogranicza się do niewielkiej, przydomowej przestrzeni, na której wybucha supernowa rodzinnych relacji.
Powodem zjazdu jest nieoczekiwana stypa, będąca zarazem okazją do spojrzenia sobie w oczy po latach – co jest tym bardziej niełatwe, że rodowy dom owładnięty jest obsesjami schorowanej, apodyktycznej matki. Kłótnie o pieniądze, sekrety z przeszłości i po kolei rozgrzebywane przy zastawionym stole tajemnice to ledwie początek tego, co robi ze swoimi bohaterami John Wells. Reżyser w równym stopniu pozwala na aktorskie szarże, jak i przygaszone role niby z drugiego planu, chociaż w tym rodzinnym Armagedonie nie będzie niewinnych i zdystansowanych. Sarkastyczny humor ledwie wyostrza świadomość uwikłania bohaterów w rodzinne więzy, które niekiedy zdają się podduszać zamiast gwarantować bezpieczeństwo.
Violet (Meryl Streep) raczej nie ma pocieszających słów dla swoich córek, a te trzy dorosłe kobiety wiedzą, że nie mogą odpuścić, walcząc o swoją niezależność: Barbara (Julia Roberts), która nie chce przyznać, jak podobna jest do matki, Ivy (Julianne Nicholson) traktowana, jakby była gorsza i z góry przegrana, czy Karen (Juliette Lewis), próbująca ułożyć sobie nowe życie z mężczyzną, który nikomu nie odpowiada. Czy wspólnie przeżywany kryzys jest czynnikiem wiążącym, czy wręcz odwrotnie, a przeszłość należy zostawić za furtką prowadzącą do rodzinnego domu?
Pocztówki znad krawędzi
Pocztówki znad krawędzi pozornie można by uznać za tabloidową historyjkę, która powinna pozostać za kulisami Hollywood, a tymczasem obiegła cały świat. Mike Nichols korzysta z tej formuły, jednocześnie odrobinę ją obśmiewając – swoją opowieść o trudnych relacjach matki z córką, obu znanych i obdarzonych talentem aktorkach, zamyka w formule filmu o kręceniu innych filmów. Jednak jest to dla niego ledwie pretekstem, by być bliżej swoich bohaterek. Jedna z nich jest gwiazdą dawnego Hollywood, kojarzącego się głównie z brokatem, śpiewem i stepowaniem, druga to obiecująca, młoda dziewczyna, która dopiero wydeptuje swoją ścieżkę kariery.
Branżowa rywalizacja przeplata się ze wzajemną troską oraz nieprzepracowanymi kwestiami z przeszłości, bowiem przymusowy odwyk, na który trafia Suzanne (Meryl Streep), staje się początkiem wzajemnych wyrzutów i oskarżeń. Nichols nie tylko pyta o rolę używek w show biznesie, ale także o ich miejsce w tej specyficzne relacji – bowiem dodatkowym smaczkiem jest fakt, że jego film to ekranizacja autobiograficznej powieści Carrie Fisher. Wzajemnie wyrządzana krzywda nie była przecież wyrazem nienawiści, a miłości.
Musimy porozmawiać o Kevinie
Wydaje się, że najbardziej wymownym filmem w kontekście matczyno-synowskich kontaktów pozostaje dzieło Lynne Ramsay, Musimy porozmawiać o Kevinie. Film zyskuje na psychotycznej atmosferze pozornie zwyczajnych scen z życia, w których lawirowania bohaterów sprawiają, że nie mają szans przerzucać odpowiedzialności na drugą osobę. Ramsay tworzy hipnotyczną, intensywną i emocjonalnie gęstą historię o rodzicielstwie, w którym wszystko rozgrywa się na poziomie afektów.
Bowiem trudno rozszyfrować intencje Kevina (Ezra Miller) – czy konsekwencją jego decyzji jest uczynienie matki współwinną; czy jest to akt łaski wobec niej czy może najbardziej egoistyczny czyn zapewnienia sobie towarzysza w cierpieniach? Może właśnie fakt, że mimo wszystko Eva (Tilda Swinton) tkwi u jego boku bezustannie, bez słowa sprzeciwu, jest najlepszym dowodem na to, że żadna ze stron nie może bezkarnie przeciąć pępowiny, a najdrobniejsze nawet zaburzenie relacji skutkuje wiecznym uwikłaniem.
korekta: Kornelia Farynowska
