Connect with us

Publicystyka filmowa

DOKTOR NO. Connery jako JAMES BOND w pierwszej kinowej adaptacji powieści o agencie 007

DOKTOR NO to kinowy debiut Jamesa Bonda, który zrewolucjonizował kino akcji i zbudował legendę agenta 007 na zawsze.

Published

on

DOKTOR NO. Connery jako JAMES BOND w pierwszej kinowej adaptacji powieści o agencie 007

Książka a film #27
Wszyscy znamy jego imię i numer. Wszyscy wiemy, gdzie pracuje i jak zaczynał… ale czy na pewno? Film Terence’a Younga z premierą na jesieni 1962 roku na stałe zmienił oblicze kina, tworząc markę i serię, która bezustannie pobudza wyobraźnię kolejnych pokoleń. Doktor No wprowadził do świadomości ludzi z całego świata Bonda, Jamesa Bonda – najsłynniejszego szpiega popkultury.
Advertisement

Był to jego kinowy debiut, ale bynajmniej nie narodziny.

„Chciałem, żeby Bond był niesamowicie nudnym, mało interesującym facetem, któremu historie po prostu się przydarzają; chciałem, żeby był tępym narzędziem”.

Ian Fleming

Historia

O agencie MI-6 Ian Fleming zaczął pisać w 1953 roku, czerpiąc poniekąd z własnych doświadczeń, a po części wzorując się na osobach, które znał (zarówno jeśli idzie o imiona, jak i wygląd czy charakter). James Bond – ponoć ochrzczony tak po amerykańskim ornitologu, a być może mający swoje źródło w prawdziwym agencie brytyjskich SOE, Jamesie C. Bondzie – wpierw pojawił się na kartach Casino Royale, po którym Fleming stworzył jeszcze 11 innych powieści oraz dwa zbiory opowiadań.

Advertisement

Napisany w 1957 roku i opublikowany rok później Doktor No był szóstą z kolei, choć do kronik przeszedł jako pierwsza zekranizowana – Harry Saltzman i Albert R. Broccoli przenieśli ją wraz z reżyserem Terence’em Youngiem na duży ekran na dwa lata przed śmiercią Fleminga, tym samym zapewniając sobie intratny biznes na całe życie. Wbrew pozorom nie była to jednak pierwsza adaptacja książek Fleminga.

Przygody 007 bardzo szybko zyskały zainteresowanie ze strony producentów. Wspomniane Casino Royale, współcześnie kojarzone z produkcją z 2006 roku z Danielem Craigiem w roli głównej, wykupiła w 1954 roku za zaledwie tysiąc dolarów stacja CBS, wypuszczając na jesieni tego samego roku godzinny film telewizyjny z Barrym Nelsonem jako Bondem, ale.

Advertisement

.. Jimmym Bondem – amerykańskim agentem pracującym dla „Combined Intelligence”. Nie był to sukces na miarę późniejszych produkcji kinowych, ale swoje zrobił. W trzy lata później „Daily Express” zaczął drukować historyjki Fleminga jako komiksowe paski, co trwało nieprzerwanie aż do 1983 roku (Doktor No był drukowany od maja do października 1960 roku, ze scenariuszem Petera O’Donnella i rysunkami Johna McLusky’ego). Na ich potrzeby Fleming opisał rysownikom, jak widzi swojego agenta, co poskutkowało jego pierwszymi kanonicznymi wizerunkami w kulturze. Z kolei w 1958 roku głosu Bondowi użyczył Bob Holness w radiowym słuchowisku na bazie Moonrakera. Takowego doczekał się też Doktor No, w 2008 roku pojawiając się na antenie BBC Radio 4, z wcielającym się w Bonda Tobym Stephensem – pamiętnym przeciwnikiem 007 ze Śmierć nadejdzie jutro. Wcześniej powieść dostała się też na łamy amerykańskiego pisma „Stag”, pod pulpowym tytułem Nude Girl of Nightmare Key.

Co ciekawe, ta konkretna przygoda już u samych swoich podstaw miała być filmowa. Fleming zaczął ją tworzyć jako scenariusz do telewizyjnej produkcji Commander Jamaica, ale ta nigdy nie powstała. Twórca przekuł więc go w liczący sobie ponad 200 stron manuskrypt zatytułowany The Wound Man. Tytułowego antagonistę pisarz stworzył na modłę tego z popularnej serii Fu Manchu Saxa Rohmera (również przeniesionej na duży ekran, acz z mniejszym sukcesem). Tłumaczy to ostatecznie przyjętą nazwę, z którą już na zawsze świat miał kojarzyć Bonda.

Advertisement

Pierwszy szkic wizerunku 007 (po lewej) vs. jego komiksowa wersja autorstwa Johna McLusky’ego

Gotowa książka okazała się hitem, w samym tylko roku premiery filmu sprzedając się w liczbie półtora miliona egzemplarzy. Od tego momentu została przetłumaczona na wiele innych języków i praktycznie bezustannie pozostaje wznawiana w kolejnych edycjach (w Polsce po raz pierwszy ukazała się dopiero w 1989 roku dzięki Wydawnictwu G&G, a w nowym wieku, z innym przekładem i koszmarną okładką, pod szyldem PW Rzeczpospolita).

Lecz pomimo swojego – oraz filmu – sukcesu była to pierwsza szeroko krytykowana fabuła Fleminga. Nieszczędzący mu gorzkich słów Raymond Chandler napisał wprost, iż „porywcza wyobraźnia autora nie zna żadnych zasad”. Po latach jednak ten lód wydaje się coraz bardziej topnieć i obecnie Doktor No wzbudza raczej pozytywne emocje. Pisarz Simon Winder twierdzi na przykład, iż jest to jedna z, a być może nawet ta najbardziej atrakcyjna powieść bondowska – a już na pewno „najbardziej luzacka i pewna siebie”. Czy tak jest w istocie?

Fabuła

Wszystkie książki, które napisał Fleming, toczą się w przedziale 1951–1964, choć sam autor unika w opisach epatowania datami. Akcja Dr. No osadzona została w 1956 roku, na Jamajce, gdzie działająca pod przykrywką komórka brytyjskiego wywiadu zostaje spalona – niemalże dosłownie – a dwójka jej agentów zabita i zutylizowana. Śledztwo nic nie wykazuje, zupełnie jakby pracownicy zniknęli. Do zadania przydzielony zostaje James Bond, kod 007, z licencją na zabijanie. Ma on dyskretnie zbadać sprawę – z pozoru nudną, ale gdy tylko ląduje na wyspie, szybko odkrywa, że coś jest nie tak, a na jego życie ktoś bezustannie czyha.

Advertisement

Tropy prowadzą na niewielką i odseparowaną od świata zewnętrznego wysepkę tuż obok Jamajki – pilnie strzeżoną twierdzę niejakiego doktora No, który wydaje się dobrze pilnować swoich naukowych sekretów oraz głównego celu jego tajemniczej wyspy. Wkrótce Bond przekonuje się, iż w rzeczywistości jest to niebezpieczny i bardzo inteligentny człowiek, będący częścią większej organizacji, która dąży do panowania nad światem…

Podobnie jak w przypadku poprzednich powieści, mamy tu do czynienia z typową, napisaną już trochę na autopilocie B-klasową przygodówką szpiegowską z wątkami romantycznymi i politycznymi charakterystycznymi dla ówczesnych czasów (acz część rzeczy, które znajdziemy w tej historii, wydaje się wciąż aktualna). Autorowi nie można odmówić przy tym znajomości tematu, odpowiedniego naszkicowania tła wydarzeń oraz ich wiarygodności. Fleming raz jeszcze przy tworzeniu książki sięgał zresztą do rzeczywistości, nie tylko po konkretne fakty i terminologię, ale też i po osoby, na których bazował.

Advertisement

I tak też, pomijając samego Bonda, wprowadzony tu po raz pierwszy kwatermistrz Q wzorowany był na brytyjskim ekspercie od broni palnej, Geoffreyu Boothroydzie; urocza Honeychile Rider (w filmie: Honey Ryder) wzięła swoje personalia od przydomku przyjaciółki pisarza, Patricii Wilder, a poczciwy Jamajczyk Quarrel, który pojawił się wcześniej na kartach Żyj i pozwól umrzeć, był rybakiem, z którym Fleming często wypływał w morze. Tyczy się to również kilku postaci drugoplanowych, których imiona, cechy charakterystyczne bądź osobowość wywodzą się z bliskiego środowiska autora.

Fleming potrafił przy tym przewrotnie wpleść je do swoich fantazji, co zaowocowało na przykład łodzią o nazwie „Blanche” – na cześć kochanki Blanche Blackwell, którą de facto uwodził swego czasu na Jamajce… Tego typu rzeczy sprawiają, że Doktor No zgrabnie lawiruje pomiędzy prawdą a fikcją, i nawet jeśli nie jest to żadne wiekopomne dzieło ani nawet ponadprzeciętna opowieść, to zapewnia niezłą rozrywkę i dobrze spędza się przy niej czas – i to w obu formatach.

Advertisement

Różnice

Generalnie film jest bardzo wierny książce, jeśli idzie o główny szkielet fabularny. Różnic pomiędzy jednym a drugim medium jest jednak całe mnóstwo. Część z nich wynika z faktu zmiany kolejnej z rzędu przygody książkowej w filmowy debiut Bonda. Będąc szóstą powieścią z kolei, Doktor No nie musiał przedstawiać nikomu głównego bohatera, dlatego też brak tam jakiegokolwiek opisu Bonda*, nie widzimy też jego mieszkania. Film jednak musiał jakoś zaprezentować najważniejszego agenta brytyjskiego wywiadu, czego efektem klasyczna, będąca wręcz wizytówką serii scena w kasynie, gdzie James wymawia słynne „Bond. James Bond”, gdy poznaje pannę Trench, a potem ona zaskakuje go w jego domu.

W filmie nie znajdziemy również nic o poprzedniej misji 007 – pada jedynie mgliste nawiązanie do tego, iż popełnił on błąd, co wiąże się ze słynną wymianą jego podręcznej broni. Tak właśnie w obu wersjach przedstawiony zostaje nam Q (jeszcze bez kodu), który wręcza Bondowi Walthera PPK zamiast dotychczasowej beretty. Co ciekawe, w książce Bond dostaje do wyboru dwa pistolety (drugim jest nieco cięższy rewolwer Smith & Wesson, który ostatecznie zabiera na wyspę), a w filmie tylko jeden. Na kartach powieści o wiele bardziej żałuje takiego rozwoju sprawy, jest wręcz zły na M, którego w myślach nazywa wprost „skurwielem”. Wychodzi też, że zna jego prawdziwe personalia, a sam M jest bardziej emocjonalną i drażliwszą postacią niż ta przedstawiona nam na ekranie. Podsumowuje on nieco dogłębniej poprzednią akcję Bonda (Pozdrowienia z Rosji, na końcu których miał umrzeć otruty przez Rosę Klebb za pomocą toksyn japońskiej ryby fugu – znanej też z Żyje się tylko dwa razy).

Advertisement

Bond wciąż dochodzi po niej do siebie – jego noga niedawno się zagoiła, po przybyciu na miejsce trenuje przez tydzień formę, a wysiłek daje mu się we znaki (lekarz mówi o tym, iż przez ostatnie kilka lat miał ciężkie życie, stąd przydzielenie mu nieco lżejszej w założeniu misji „wakacyjnej”). Potem James, dowiedziawszy się o swoim zadaniu, wspomina także wydarzenia z Żyj i pozwól umrzeć (druga książka), które działy się w tych samych okolicach.

Sean Connery i Ian Fleming na planie

Z uwagi na powyższe Quarell (opisany jako wysoki i smukły, co nie do końca znajduje odzwierciedlenie na ekranie, choć John Kitzmiller został świetnie dobrany) w momencie rozpoczęcia akcji jest już dobrym przyjacielem Bonda, którego zresztą wita na lotnisku. Tymczasem w filmie Jamesa odbiera z lotniska podstawiony kierowca, który ginie, przegryzając ukrytą w papierosie kapsułkę z cyjankiem, a Bond poznaje Quarella dopiero w trakcie intrygi, z początku myśląc, że jest lokalnym zakapiorem – przez co jego późniejsza śmierć ma zdecydowanie mniejszą wagę. U Younga Quarellowi towarzyszy jeszcze Felix Leiter – agent CIA, który wielokrotnie pojawiał się w innych częściach, ale jest nieobecny w książce, gdzie próżno szukać też poczciwej sekretarki M, Moneypenny.

Pomijając lepiej nakreślony krajobraz geopolityczny Jamajki przez Fleminga, pisarz zadbał o to, żeby nasz szpieg stopniowo odkrywał tam prawdę. Dlatego też jesteśmy świadkami różnych sztuczek niezaadaptowanych na potrzeby filmu – na przykład zatrudnienia sobowtórów Bonda i Quarella dla odwrócenia uwagi od ich faktycznych działań albo próbę otrucia Bonda cyjankiem wstrzykniętym w owoce. Zamiast tego dostajemy trefną sekretarkę, do domu której udaje się Bond, by pozornie z nią romansować, oraz podejrzanego profesora, który jest bezpośrednio powiązany z tytułowym antagonistą i tym samym doprowadza do niego Bonda.

Advertisement

Wcześniej obaj próbują zabić Anglika, wpuszczając do jego łóżka niebezpieczne stworzenie – w filmie jest to zwykły tropikalny pająk, którego Bond zabija butem, a w książce toksyczna stonoga, która… pije jego pot i wprawia w przerażenie. Ta druga stanowi zdecydowanie większe zagrożenie i ma z naukowego punktu widzenia większy sens, ale też mniejszy potencjał dramatyczny, o ryzyku związanym z filmowaniem nie wspominając. Stąd też jest to zmiana na plus, zwłaszcza że emocje wywołuje zbliżone.

Tak dochodzimy do głównego złoczyńcy – doktora Juliusa No. To przybrane imię nie pada w filmie, podobnie jak fakt, iż jest bękartem. Syn Niemca i Chinki, wychowany bez ojca, całe życie dąży do kontroli i perfekcji. Nie wiadomo, jaka dokładnie jest jego specjalizacja, nie ma też akt w światowych bazach danych (co jest o tyle dziwne, iż w filmie mówi o tym, że jego usługi odtrącili zarówno Amerykanie, jak i Rosjanie). Dorobił się na kradzionym złocie i inwestycji w unikatowe znaczki pocztowe, o których w filmie nie pada ani słowo – tak jak i o fakcie, że nosi szkła kontaktowe.

Advertisement

„Musiał mieć prawie dwa metry wzrostu. (…) Górował nad Bondem o jakieś piętnaście centymetrów, ale jego prosta, nieruchoma sylwetka sprawiała, że wydawał się jeszcze wyższy. Głowę miał okrągłą i zupełnie łysą, twarz pociągłą, zwężającą się ku dołowi, zakończoną śpiczastą brodą, całość przypominała odwróconą do góry nogami kroplę wody, a raczej kroplę oleju, ponieważ skóra mężczyzny miała intensywnie żółty odcień”.

Czytając ten opis, nie można nie wspomnieć o tym, że doskonale obsadzony w roli No Joseph Wiseman mierzył zaledwie 1,83 m (i był biały), a grający Bonda Sean Connery 1,88 m (i był Szkotem), co jednak nie stanowi większego problemu. Tak jak i nieco inny charakter tej postaci w filmie.

Sean Connery i Joseph Wiseman (źródło: Thunderballs.org)

W książce to samotnik – zimny, opanowany, bezduszny, odizolowany od świata dla własnego kaprysu, bezpieczeństwa i spokoju. Całkowicie niezależny, ale współpracujący z Moskwą przeciw Zachodowi. Podstawą jego działalności jest handel guanem oraz obecne na jego wyspie egzotyczne ptaki, które ostatecznie przynoszą mu zgubę (Bond grzebie go pod toną odchodów tych zwierząt).

W filmie naturę zamieniono na radioaktywność skał i nowoczesne laboratorium, a z No zrobiono człowieka dobrze znanej wszystkim fanom organizacji SPECTRE. Mieszka na wyspie o pełnej gotowości bojowej, używanej do strącania amerykańskich rakiet (o czym w książce mówi się tylko teoretycznie), i nie przywiązuje do niej większej wagi. Zachowuje się nieco bardziej mechanicznie i zdaje się mieć inne priorytety – przyświeca mu zemsta, ale nie jest nią napędzany. W filmie pada też inne wyjaśnienie utraty rąk, przez które No finalnie tonie w chłodziwie własnego reaktora jądrowego, nie mogąc się wydostać na powierzchnię.

Advertisement

* – we wcześniejszych książkach Bond scharakteryzowany został jako człowiek w trzeciej dekadzie życia, niestarzejący się z części na część. Fleming nie podał nigdy daty jego urodzin, na którą natknąć możemy się dopiero w autoryzowanej biografii autorstwa Johna Pearsona – 11 XI 1920 potwierdza fakt, iż służył on w czasie II wojny światowej (w Doktorze No wspomina Ardeny). W ostatniej książce Fleminga Bond ma 42 lata. Sean Connery urodził się natomiast dekadę po swoim bohaterze, a w momencie kręcenia filmu wchodził w 32.

rok życia. Dla porównania: George Lazenby miał 30 lat, gdy został Bondem, Roger Moore aż 45 (ostatni film ze swoim udziałem kręcił, mając 57 lat!), Timothy Dalton równo 40, Pierce Brosnan 42, a Daniel Craig 38.

Advertisement

W obu tych przypadkach doktora gubi pycha, wiara we własną nieomylność i zlekceważenie przeciwnika – choć ponownie rozwój wydarzeń przebiega różnie. W powieści No dosłownie bawi się w boga, przygotowując dla Bonda swoistą trasę przetrwania – prawdziwą drogę krzyżową, w trakcie której bada wytrzymałość 007, zmuszonego do pokonywania kolejnych pułapek (podczas gdy jego dziewczynę zostawia na pożarcie… krabom). Ma to sens, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż Fleming planował go tu ostatecznie zabić, wcześniej doprowadzając swojego syna do ekstremum. Nieco mniej sensu ma finał tej bolesnej przeprawy, na końcu której Bond walczy z. .. olbrzymią kałamarnicą (sic!). I, jak na Bonda przystało, wygrywa.

Z oczywistych względów w filmie sprowadzono to wszystko do prostej, niekontrolowanej ucieczki Bonda kanałami wentylacyjnymi, w których zalewa go nagle fala wody i parzy wysoka temperatura rur. Bez większych problemów dociera on do dziewczyny, którą zastaje… przywiązaną do skały bez konkretnego powodu. Gdzieś w tym wszystkim giną też liczni pomagierzy No, którzy w powieści zostali o wiele lepiej zarysowani – tak zwani Chinonegrzy, czyli nieprzyjemni, silni, ślepo wykonujący rozkazy i wykorzystywani do niewolniczej pracy Afroazjaci w filmie są tylko bezosobowym tłem, a w chaotycznym finale w ogóle zdają się nie zważać na Bonda, przez co ten zmuszony jest mniej zabijać i wydaje się nie być aż tak okrutny (choć z drugiej strony jego pierwsze książkowe zabójstwo jest bardziej uzasadnione i zarazem bardziej dramatyczne).

Advertisement

Sean Connery i Ursula Andress

„Jej ciało było piękne. Skóra miała jasny kolor kawy z mlekiem i satynowy połysk. Łagodną krzywiznę pleców podkreślały głębokie wcięcia, sugerujące większe umięśnienie, niż zazwyczaj spotyka się u kobiet. Pośladki jędrne i krągłe, jak u chłopca, nogi proste i piękne, a lekko uniesiona lewa pięta nie miała różowej podeszwy. Dziewczyna nie była kolorowa”.

To książkowy opis wisienki na torcie tej jamajskiej przygody, czyli wyłaniającej się z morza Honey Ryder w ikonicznej interpretacji Ursuli Andress. Obecnie to chyba najbardziej kontrowersyjny element oryginalnego Doktora No, w którym jest dojrzałą nastolatką, będącą w pierwszej swojej scenie całkowicie nago. To osoba zakompleksiona, ze złamanym nosem (!), której brakuje nieco obycia, gdyż całe życie spędziła pośród lokalnej fauny i flory, stroniąc od ludzi (czyżby Fleming zaczytywał się w Tarzanie?). Łatwo zakochuje się w Bondzie i traktuje go jak chłopaka, z którym od dawna jest w związku.

Bez ogródek opowiada mu historię swojego życia i wyznaje, iż marzy jej się zostanie… kurtyzaną (!!). Szczęśliwie w filmie to światowa, doświadczona i dojrzała kobieta (Andress w trakcie zdjęć miała 26 lat), mniej ufna względem obcych i podchodząca z rezerwą do 007. Scenarzyści dopisali jej wątek zabójstwa ojca przez doktora No, ale nie wynika z tego nic poza smutną historyjką. Sam potencjał dziewczyny również wydaje się być mniej wyeksploatowany i w pewnym momencie zostaje ona zepchnięta na drugi, a nawet i trzeci plan.

Advertisement

A na koniec ciekawostka degustacyjna: w książce Bond preferuje polską wódkę i nie pije przy tym słynnego martini, którego wariant „wstrząśnięte, nie mieszane” po raz pierwszy pojawia się właśnie w filmowej wersji Doktora No (zwrot ten nie wywodzi się z książek Fleminga, choć sam drink jest pity przez Bonda już w jego debiutanckim Casino Royale).

Podsumowanie

Trudno jednoznacznie określić, która wersja jest lepsza. Książka przoduje bardziej szczegółową, a mniej bombastyczną akcją, większą ilością detali i dłuższym przedziałem czasowym, w którym więcej się dzieje (choć sama w sobie jest krótka). Pomijając niezbyt zajmujące opisy przyrody, które rozwadniają akcję (mrugnięcie okiem w stronę ornitologa, za którego Bond się przecież podaje), w książce znajdziemy więcej podchodów, biurokracji i układów oraz procedur, za to zdecydowanie mniej elektroniki i technologii. Bond wydaje się przez to bardziej ludzki niż w filmach, gdzie większość rzeczy przychodzi mu z łatwością, podczas gdy w powieści niemal wszystko okupione jest potem i nerwami, a nasz dzielny agent miewa wątpliwości i zwyczajnie po ludzku boi się o swoje życie.

Advertisement

Fleming skrupulatnie buduje napięcie, dbając o to, żeby każda scena się liczyła. Niemniej w kilku miejscach autor zwyczajnie przeskoczył rekina, zamieniając Bonda niemal w fantastykę pokroju Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi, a część wydarzeń jest u niego tyleż dziwna, co bzdurna i bardzo naiwna. Mamy tam też dużo kiepskich, rozwiązłych, niekiedy wręcz dziecinnych dialogów, co dziwnie koresponduje z krwawą, brutalną akcją, podobnie jak pojawiające się dość często w głowie Bonda wesołe myśli „o niczym”.

Film rezygnuje z tych wątpliwych elementów, po części ze względów budżetowych i czasowych, inaczej całość trwałaby ze trzy godziny oraz kosztowała krocie (a i tak wydano na niego ponad milion, co było wtedy niemałą sumą). Na ekranie wszystko jest szybsze, bardziej skondensowane i krótsze, niekiedy wręcz groteskowo ucięte, a przez to chaotyczne, ale bardziej konkretne, energiczne, żywsze. Tam, gdzie książka się snuje i skręca w boczne ścieżki, film od razu przechodzi do rzeczy i nie ma w nim miejsca na nudę. Twórcy zgrabnie podmienili część wydarzeń na inne, dodając tym samym coś od siebie oraz uwiarygodniając całość, tym samym czyniąc fabułę bardziej współczesną (jak na tamte lata).

Advertisement

Nie uniknęli własnych potknięć, ale skutecznie utrzymali ducha oryginału i, przede wszystkim, samego Bonda, którego charakter i metody działania pozostały bez zmian (w czym duża zasługa świętej pamięci Seana Connery’ego, który uczynił z 007 ikonę).

Ani na papierze, ani na taśmie filmowej Doktor No nie jest jakąś wyjątkową przygodą, a już na pewno żadnym arcydziełem. Kumuluje w sobie wszystkie grzeszki bondowego uniwersum, pozostając jedną z jego najskromniejszych i najbardziej przyziemnych (ludzkich?) odsłon. Po części kiczowata, tania i troszkę staromodna, ale urocza i przyjemna rozrywka drugiego sortu (w filmie urastająca do nieco wyższej rangi). Taka, od której nie boli głowa, ale też i nie budzi u odbiorcy większych sentymentów. Może poza słodką jak miód dziewczyną – ale te zawsze stanowiły o sile i klasie 007…

Advertisement

Cytaty użyte w tekście pochodzą z przekładu Hieronima Mistrzyckiego.

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *