Recenzje

MOONRAKER. James Bond z wątkiem wprost z kina science fiction

"Moonraker" przypomina turystyczny folder z Moore'em w roli gospodarza, który w każdej scenerii na chwilę staje się Bondem, by z uśmiechem powrócić do szwendania się po egzotycznych lokacjach

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Gdzie ten facet już nie był! Nie licząc takich dziur jak Polska, James Bond ścigał, strzelał, szpiegował, kochał i zabijał w niemal każdym malowniczym miejscu świata. Pod koniec lat 70. wyszło na to, że Bonda nie było tylko w kosmosie. Triumf Gwiezdnych wojen skierował uwagę producenta Alberta Broccoli na powieść „Moonraker”, wydaną w 1955 roku trzecią książkę Iana Fleminga o Bondzie, ratującym Londyn przez zakusami obłąkanego milionera Hugo Draxa, dysponującego systemem rakiet obronnych Moonraker. Scenarzysta Christopher Wood wziął z oryginału tytuł i dwie postaci, rakiety zamienił na promy kosmiczne (wówczas jeszcze w fazie przygotowawczej do pierwszych lotów) i napisał jedenastego i zarazem jedynego, jak dotychczas, Bonda z kluczową akcją w kosmosie.

Amerykański prom kosmiczny Moonraker zostaje uprowadzony podczas transportu na kadłubie Boeinga. James Bond zostaje wysłany przez M do wyjaśnienia porwania. Na pierwszy ogień idzie miliarder Hugo Drax, właściciel firmy produkującej wahadłowce. W siedzibie Drax Industries ma miejsce pierwsza próba zabicia agenta MI6. Bond poznaje tu również efektowną panią doktor Holly Goodhead, w rzeczywistości agentkę CIA, także tropiącą Draxa. Bond przechwytuje tajne dane i leci do Wenecji, gdzie znajduje tajne laboratorium Draxa produkujące bardzo silny gaz, zdolny zabić miliony ludzi. Będąc na tropie ładunków wypływających z Wenecji, Bond i Holly spotykają się w Rio de Janeiro, gdzie próbuje ich zabić olbrzymi drab o pseudonimie Szczęki (to z powodu stalowego uzębienia). Następnie Bond zostaje wysłany do puszczy amazońskiej, skąd Drax czerpie roślinne źródło do produkcji swego śmiercionośnego gazu. Nasz agent odnajduje tam olbrzymi kosmodrom. Rozpoczyna się misja Moonraker, mająca na celu zniszczenie całego życia na Ziemi i ponowne jej zaludnienie wyselekcjonowaną grupą superludzi Draxa. Uniknąwszy śmierci w wyrzutni, Bond i Holly lecą na tajną stację orbitalną Draxa…

Fani Bonda od zawsze dzielili się na kilka frakcji tematycznych. W jednej odbywały się dyskusje i kłótnie, który odtwórca roli ich ulubieńca był tym naj naj naj. W drugiej ścierały się opinie o słuszności zmian wizerunku poszczególnych filmów. Jedni lubią nieco bardziej na serio szpiegowską klasykę bez epatowania gadżetami, efektami i zbytnimi przegięciami logicznymi. Inni zachwycają się czymś dokładnie przeciwnym, czyli im więcej pierdół, zabawy, ironii, świecidełek, wynalazków i nieprawdopodobieństw, tym lepiej. Jedynie uroda dziewczyn Bonda pozostawała w miarę poza kwestiami spornymi. Dla kogo zatem jest przeznaczony Moonraker? Zdecydowanie dla tej drugiej kategorii widzów, bowiem w filmie Lewisa Gilberta nic nie jest na serio.

Złośliwy widz mógłby każdy bondowski scenariusz wrzucić w ten sam schemat: efektowna przedakcja, finezyjna czołówka, podróż w egzotyczne miejsce, przedstawienie badguya, walka, podróż w egzotyczne miejsce, walka, kobieta, podróż w egzotyczne miejsce, walka, podróż w egzotyczne miejsce, walka, kobieta (i tak jeszcze kilka razy), potem wielki finał, kobieta i napisy końcowe. Nie inaczej jest także tu. Moonraker to idealny przykład filmu o Bondzie, którego twórcy radośnie tarzają się w najbardziej rozrywkowej i beztroskiej formule, w której liczą się solidnie przetestowane wcześniej typy atrakcji. Z powodzeniem wtóruje im tutaj Roger Moore, który, gdyby mógł, puszczałby oko wprost w kamerę, puentując każdą akcję stwierdzeniem „ale się ja tu świetnie bawię!”. W przeciwieństwie do Connery’ego i Brosnana (o sztywnym Daltonie nie wspominając), nie można jego Bonda traktować poważnie. Jego momentami kabaretowy styl wyluzowanego i dowcipnego playboya, nie staje ością w gardle intrydze. Mało tego. Twórcy dokonali wyłomu w tradycji, angażując olbrzymiego Richarda Kiela, by ten powtórzył swoją rolę stalowoustego kiziora Jaws z wcześniejszego o dwa lata Szpiega, który mnie kochał. Szczęki był już kompletnie komiksowy (funkcjonuje też mniej dosłowne, lecz bardziej urocze tłumaczenie „Buźka”), na przykład kiedy własną japą przegryzał stalowe liny kolejki napowietrznej w Rio de Janeiro.

I co? Jak to się trzyma przysłowiowej kupy? Trzyma się nieźle, w końcu także za takie brednie kochamy Bonda miłością wielką. Nowością, gładko współgrającą z festiwalem nieprawdopodobieństw był tu wątek wprost z kina SF, czerpiący z mitu o arce Noego i tanich filmów o szaleńcach marzących o władzy nad światem. Baza kosmiczna mogłaby być z powodzeniem zastąpiona bardziej przyziemną siedzibą głównego łotra, bo z jej lokalizacji wynikała tylko nieważkość w kilku scenach, ale przynajmniej było na co popatrzeć, bo kosmos to samograj. Twórcy swoim zwyczajem nie przejmowali się takimi detalami, jak włosy aktorek, spadające swobodnie podczas scen z aktorami na linkach w momentach filmowej nieważkości. Wcześniej jest tak samo. Moonraker przypomina turystyczny folder z Moore’em w roli gospodarza, który w każdej scenerii na chwilę staje się Bondem, by z uśmiechem powrócić do szwendania się po egzotycznych lokacjach (oczywiście zawsze trafiając tam, gdzie chciał; nawet w ostępach amazońskich, gdzie podczas spacerku od razu trafił na piękną kobietę, która zaprowadziła go do tajnej siedziby Draxa – jak wiadomo, w puszczy amazońskiej co 100 metrów można spotkać cud natury w spódnicy. Konwencję bondowską doprowadzono tu do absurdu, a omijanie dziur w intrydze załatwiono celowymi przegięciami. Kierowcy wiedzą o co chodzi – jeśli się porządnie rozpędzi samochód, można bezkarnie przelatywać nad mniejszymi uszkodzeniami asfaltu. Z całą pewnością taka automobilowa filozofia przyświecała twórcom Moonrakera i to akurat udało im się pierwszorzędnie. Lecz po seansie filmu Lewisa Gilberta ma się ochotę obejrzeć Jamesa Bonda w mniej lajtowym i poważniejszym wcieleniu. Nawet Timothy Daltona, o Danielu Craigu nie wspominając.

Ostatnio dodane