Publicystyka filmowa
Dlaczego WONDER WOMAN bije KAPITAN MARVEL na głowę?
WONDER WOMAN z 2017 roku to nie tylko film, to manifest siły kobiet w kinie, bijący na głowę KAPITAN MARVEL swoją głębią i charyzmą.
Wonder Woman z 2017 roku i szturmująca właśnie kina Kapitan Marvel aż proszą się o porównania. To nie tylko dwie potężne superbohaterki wywodzące się z dwóch konkurencyjnych stajni komiksowych, ale też postaci kobiece, którym dzierżące do nich prawa studia filmowe postanowiły poświęcić pierwsze w historii megaprodukcje komiksowe z kobietami w rolach głównych.
To oczywista odpowiedź Hollywood na potężne zmiany społeczne i trwającą feministyczną rewolucję kina mainstreamowego. Czas ramotek w postaci Supergirl, Kobiety Kot czy Elektry minął, a – bez względu na to, jak ocenimy filmy z Gal Gadot i Brie Larson w rolach głównych – superbohaterki właśnie przeszły do pierwszej ligi!
Historia
Wonder Woman to historia amazońskiej księżniczki Diany, która przybywa do cywilizowanego świata, wprost na front I wojny światowej, aby pokonać boga wojny dążącego do zniszczenia ludzkości. Chociaż to ekranizacja słynnego komiksu superbohaterskiego, to reżyserce Patty Jenkins udało się sprawić, by widz nie miał poczucia obcowania z przynudzającym origin story, a całość stanowi raczej zgrabne kino przygodowe, klimatem bliskie nieco filmom Disneya, produkcjom o Indianie Jonesie, a miejscami wyraźnie inspirowane pierwszą częścią Kapitana Ameryki. To lekkie kino, którego aspiracje kończą się na dostarczeniu widzom sprawnej rozrywki.
Kapitan Marvel to historia konfliktu między dwiema kosmicznymi rasami, w którego sam środek wplątana zostaje grana przez Brie Larson bohaterka. Podobnie jak Patty Jenkins, również Annie Boden i Ryanowi Fleckowi udaje się na szczęście uniknąć przydługiej genezy bohatera, ale nie zmienia to faktu, że film bywa nużący, ma sporo problemów, a pierwsze dwadzieścia minut wymaga od widza naprawdę dużo pokładów dobrej woli. Na szczęście później całość całkiem nieźle się rozkręca, a nostalgiczny klimat lat dziewięćdziesiątych, w których osadzona jest produkcja, pozwala czerpać z filmu względną radość. Nie jest to film specjalnie zły, ale nie jest też dobry. A ja niestety w natłoku superbohaterskich produkcji muszę coś pokochać lub znienawidzić, aby nie zapomnieć o tym pięć minut po seansie.
Protagonistka
Diana to niezwykle wdzięczna postać. Duża w tym zasługa budzącej natychmiastową sympatię, przeuroczej Gal Gadot, ale też scenariusza, który czyni ją postacią ciekawą świata, o wielkim sercu i dużej niewinności. Jej historia to ciekawa droga bohatera, w zaskakujący sposób doprowadzająca ją do punktu, w którym wszystkie wysiłki protagonistki okazują się daremne, a przekonania nieprawdziwe. Szkoda tylko, że finał mocno to spłaszcza i tam, gdzie powinno znaleźć się miejsce na trudną lekcję, widzimy tylko efektowny – chociaż romantycznie smutny – triumf.
Carol Danvers, w przeciwieństwie do postaci Gal Gadot, nie budzi natychmiastowej sympatii widza. Przeciwnie, przez dużą część filmu zwyczajnie odrzuca, sprawia wrażenie aroganckiej, a grająca ją Brie Larson po prostu nie jest w stanie udźwignąć roli głównej heroiny filmu. Wierzę jednak, że to zasługa kiepskiego scenariusza i liczę, że bracia Russo w Avengers: Końcu gry uczynią ją ciekawszą postacią. W końcu udowodnili, że bohaterowie tego świata najlepiej czują się pod ich opieką.
Antagoniści
Jeśli miałbym wybrać najgorszy element składowy filmu Patty Jenkins, to zdecydowanie postawiłbym na przeciwników tytułowej bohaterki. To postaci zupełnie nieciekawe, pozbawione motywacji i jakiejkolwiek niejednoznaczności. Po seansie trudno przypomnieć sobie chociaż jedną ciekawą scenę z ich udziałem, a nawet zwieńczenie losów poszczególnych antagonistów powoduje u widza jedynie wzruszenie ramionami. Szczególnie szkoda mi zupełnie niewykorzystanego angażu Danny’ego Hustona, który w Mieście cudów udowodnił, jak budzącym grozę przeciwnikiem może być.
Niestety Wonder Woman nie ma na tym polu w tegorocznym hicie Marvela konkurencji. Antagoniści z Kapitan Marvel wpisują się ku memu rozczarowaniu w schemat większości produkcji studia. Wepchani są na daleki plan, ich działaniom brakuje porządnej motywacji, a po seansie trudno przypomnieć sobie, co sprawiło, że w ogóle wystąpili przeciwko głównemu protagoniście. Widać to doskonale po znanym ze Strażników Galaktyki Ronanie, który powraca w filmie do świata Marvela tylko po to, żeby znów być postacią absolutnie przezroczystą. Trudno mi określić, czyi przeciwnicy – Wonder Woman czy Kapitan Marvel – przypadli mi do gustu mniej.
Drugi plan
Na drugim planie Wonder Woman zobaczymy m.in. Connie Nielsen i Robin Wright, pełne klasy i charyzmy aktorki starszego już pokolenia, ale całą uwagę kradnie świetny Chris Pine, który jako ekranowy Steve Trevor – partner Diany – sprawdza się po prostu doskonale. Widać ogromną chemię między nim a Gal Gadot, a wątek miłosny granych przez nich postaci to naprawdę silny punkt filmu. Za ciekawe tło robi także charakterystyczna ekipa przyjaciół kapitana Trevora.
Tak jak Wonder Woman stoi Chrisem Pine’em, tak Kapitan Marvel Samuelem L. Jacksonem, który wśród całego drugiego planu wypada zdecydowanie najbarwniej. Sporym zaskoczeniem okazał się Ben Mendelsohn, którego rola mocno w ciągu filmu się rozkręca i sprawia aktorowi widocznie niemałą radość. Bardzo rozczarowuje za to Jude Law, który zagrał chyba swoją najnudniejszą, najmniej charyzmatyczną rolę w karierze. I to ten zmarnowany potencjał przechyla szalę na korzyść filmu Jenkins.
Akcja
W scenach akcji Wonder Woman mocno widać kuratelę Zacka Snydera, który jako producent wyraźnie wspierać musiał w tym aspekcie niedoświadczoną w reżyserii tego typu widowisk Patty Jenkins. Sekwencji akcji nie ma tak naprawdę w filmie za dużo, ale są długie, przejrzyste, ciekawie zainscenizowane, pełne patosu. Nie zabrakło też ukochanego slow motion Snydera. Brakuje im jednak dynamizmu i emocji. Dużym rozczarowaniem pozostaje finał, na który zabrakło pomysłu, a który odrzuca natłokiem niepotrzebnego CGI.
Sceny akcji w najnowszej produkcji Marvela występują. To nie ulega żadnej wątpliwości. Ale trudno powiedzieć o nich cokolwiek więcej. Nie są ani specjalnie pomysłowe, ani efektowne, nie wywołują większych emocji. Ku mojemu dużemu zaskoczeniu i rozczarowaniu – finałowy pojedynek z głównym antagonistą filmu również, jak było to w Wonder Woman, polega na rzucaniu w siebie CGI-rzeczami. Niestety, jest to jedyna scena akcji, która w jakiś sposób się wyróżnia. Negatywnie. Mimo wszystko – snyderowski styl górą!
Humor
Bardzo lubię typ humoru, który znajdziemy w filmie Jenkins. Całość w dużej mierze oparta jest na niezwykle prostym, ale wdzięcznym zabiegu, polegającym na odkrywaniu przez Dianę świata ludzi, rządzących nim praw i obyczajów. Szczególnie udanie niesie to pierwszy akt filmu. Pochwalić należy zdecydowanie parę głównych bohaterów, Gal Gadot i Chrisa Pine’a, którzy pokazali, że są obdarzeni bardzo fajnym zmysłem komediowym.
Humor w Kapitan Marvel zwyczajnie działa. Nieco zaskoczyło mnie jednak, jak duży komediowy potencjał upatrzyli sobie twórcy w postaci Nicka Fury’ego i jeszcze jednej postaci, której personaliów ze względu na zaskakującą rolę w filmie nie zdradzę. Warto przy tym zaznaczyć, że niektóre żarty są zwyczajnie chybione lub niepotrzebnie zbyt często powtarzane, co czyni produkcję DC Films pod tym względem sprawniejszą i bardziej subtelną.
Realizacja
Wonder Woman to po prostu bardzo dobrze zrealizowana hollywoodzka produkcja. Nie znajdziemy tu absolutnie nic, co pozwoliłoby wywyższyć film ponad innych reprezentantów gatunku, ale też twórcy nie powinni mieć sobie nic do zarzucenia. Dobrze oddano epokę, miło też obserwuje się wizję rajskiej wyspy amazonek. Najbardziej charakterystyczny okazał się główny motyw muzyczny – obecny już w Batman v. Superman: Świcie sprawiedliwości. Nieco w dół z kolei ciągnie film przesadne zaufanie do efektów komputerowych w finałowej sekwencji, o czym zresztą wspomniałem już w jednym z poprzednich punktów.
Podobnie jak konkurencyjny obraz, również Kapitan Marvel jest filmem zrealizowanym na zwyczajnie rzetelnym, hollywoodzkim poziomie. Mnie niespecjalnie podobały się pewne projekty kosmicznych kostiumów i technologii, ale nie jest to też rzecz szczególnie rażąca. Na pewno warto docenić zgrabnie zebrany soundtrack wypełniony hitami lat dziewięćdziesiątym, ale realizacyjnie największe wrażenie robi komputerowe odmłodzenie aktorów występujących w filmie – szczególnie Samuela L. Jacksona, który pozostaje chyba na razie jedynym aktorem, który na wielkim ekranie odgrywa tak rozbudowaną rolę przy jednoczesnym sprawnym cyfrowym pozbawieniu lat.
Feministyczny przekaz
Feministyczna siła Wonder Woman opiera się przede wszystkim na odwadze studia, by w ogóle zdecydować się na realizację superbohaterskiego blockbustera z kobietą w roli głównej oraz angażu kobiety-reżysera i aktorki Gal Gadot, której pozazawodowa działalność szybko uczyniła ją jedną z ikon współczesnego, popkulturowego feminizmu. Sam film bowiem odwołuje się do tych wątków raczej w humorystyczny sposób. I chociaż warto docenić odwróconą sytuację, gdzie mężczyzna okazuje się raczej obiektem miłosnym, to jednak trudno też nie zauważyć, że koniec końców to on – dosłownie i w przenośni – musi wskazać kobiecej bohaterce kierunek, w którym ta będzie podążać, a ona sama swą siłę zawdzięcza stworzeniu przez mężczyznę (Zeusa).
Chociaż Kevin Feige, producent stojący za Kinowym Uniwersum Marvela, wprost przyznaje, że to sukces Wonder Woman sprawił, że Disney zdecydował się na produkcję Kapitan Marvel, a Brie Larson, w opozycji do Gal Gadot, swoimi feministycznymi, dość przy okazji niefortunnymi działaniami, zyskała sobie więcej przeciwników niż fanów, to właśnie film Marvela lepiej radzi sobie na polu prokobiecego przesłania. W Kapitan Marvel bowiem nie liczy się tylko medialna otoczka, ale sam przekaz filmu, według którego tytułowa bohaterka pełnię swoich sił i umiejętności rozwija w momencie, kiedy przestaje wierzyć, że wszyscy wokół wiedzą, co jest dla niej lepsze.
Podsumowanie
Mimo kilku naprawdę jasnych punktów najnowszej produkcji Marvel Studios, to Wonder Woman stanowi film zdecydowanie lepszy. To dobra rozrywka, która być może mogła potraktować temat ambitniej, ale która też jako całość zwyczajnie się broni. Tego samego nie mogę powiedzieć o Kapitan Marvel, która w mojej ocenie okazuje się jednym ze słabszych filmów Marvela. Z filmem z Gal Gadot w roli tytułowej wygrywa tylko (aż?) na polu feministycznego przesłania.
