Publicystyka filmowa
Wampiry Johna Carpentera (1998)
WAMPIRY JOHNA CARpentera to niezwykłe połączenie horroru i akcji, które wciąga widza w mroczny świat krwiożerczych istot.
Nie ma reżyserów bezbłędnych. Każdemu zdarzy się gorszy film bądź zwyczajnie słaby, nawet zły, bez względu na to, czy nakręcił go Kubrick, Spielberg, Polański, czy Pasikowski. Oczywiście takie kino boli tym bardziej, jeśli podpisał je twórca ulubiony, autor wielu pozycji nawet nie tyle udanych, ile mistrzowskich, często kultowych.
Patrząc na filmografię Johna Carpentera, możemy dostrzec, jak wielki wpływ jego kino miało i ma nadal na wszystkich, którzy w horrorze i fantastyce dopatrują się czegoś więcej niż b-klasowej rozrywki, choć najczęściej właśnie w ten sposób podsumowywano jego dokonania. Czas weryfikuje takie sądy, dlatego dzisiaj te filmy Carpentera, które przepadły w czasie premiery, uważane są często za jego najlepsze dzieła (Coś, Wielka draka w chińskiej dzielnicy, W paszczy szaleństwa), a niskobudżetowy rodowód innych został zepchnięty w cień przez maestrię opowiadania oraz ponadczasową świeżość stylistyczną i zaskakującą aktualność (Atak na posterunek 13, Ucieczka z Nowego Jorku, Oni żyją). Dzięki nakręconemu w 1978 roku Halloween, niemal z miejsca rozpoznanemu jako horror doskonały, jego status mistrza gatunku nigdy nie został podważony, choć później reżyser już ani razu nie doczekał się sukcesu na miarę tamtego filmu. I nawet te tytuły, które dawniej uznawane były za mniej znaczące w jego dorobku, jak Mgła, Książę ciemności, a nawet satyryczna Ucieczka z Los Angeles, znajdują coraz większe grono fanów.
Nigdy nie kryłem się z tym, że moim najukochańszym reżyserem jest właśnie Carpenter, ale nawet on ma w swoim portfolio zbuka okazałych rozmiarów. I nie jest to ani nudny i całkowicie zbyteczny remake Wioski przeklętych, ani chybiony drugi film o Snake’u Plisskenie, ani nawet jawnie kampowe Duchy Marsa, mój osobisty guilty pleasure z filmografii Johna. Nie, najgorsze są Wampiry, bądź, jak podkreślił polski dystrybutor, gdy horror ten trafił do naszych kin, Wampiry Johna Carpentera (w gruncie rzeczy tłumaczenie dosłowne, gdyż niemal każdy film autora Halloween zawiera w tytule jego imię i nazwisko).
Dziełko marnej jakości, któremu dawałem już niezliczone szanse rehabilitacji, ale z każdym seansem jedynie utwierdzam się w przekonaniu o beznadziejności sytuacji – bez względu na to, ile razy obejrzę ten film, nie będzie on ani trochę lepszy.
John nie od razu zdradza się, jakimi gra kartami. Pierwsze 20 minut tego luźno opartego na powieści Johna Steakleya filmu oferuje tanie, acz fachowo zrealizowane wprowadzenie do jedynej wampirycznej fabuły Carpentera (chyba że ktoś dopatruje się podobnego motywu w Christine – droga wolna). Skąpane w porannym słońcu pustynne krajobrazy Nowego Meksyku pięknie otwierają Wampiry, a skomponowana przez samego reżysera muzyka, w której dominują tym razem nie syntezator, ale gitary i perkusja, daje solidnego kopa na wejściu.
Wkrótce widzimy Jamesa Woodsa, którego gwiazda naówczas jaśniała jeszcze mocno i pewnie, jako Jacka Crowa, lidera zwalczającej krwiopijców ekipy łapserdaków, finansowanej przez sam Watykan. Panowie są wyszkoleni, zgrani i dobrze przygotowani – wchodząc do domu, gdzie roi się od wampirów, walczą z nimi jeden po drugim, a za pomocą kuszy z linką samochodową przyczepioną do strzał wywlekają je na światło słoneczne. Proceder trwa w najlepsze, dopóki na swej drodze nie spotykają Valeka, uberwampira, który dziesiątkuje zespół Crowa, pozostawiając przy życiu jego, drugiego łowcę, Montoyę, oraz pogryzioną prostytutkę, Katrinę.
Do tego momentu nie jest źle, choć gdzieniegdzie pojawiają się niepokojące sygnały. Wampiry na słońcu wręcz eksplodują, paląc się nienaturalnie czerwonym ogniem, który bucha im z rękawów, jakby aktorzy/kaskaderzy mieli tam schowane race. Grający Montoyę Daniel Baldwin (z tych Baldwinów) jest wybitnym beztalenciem – wygląda jak mocno szersza wersja Williama, brzmi jak Alec w swoich najlepszych latach, ale nie posiada ani krzty łobuzerstwa, która nawet Stephenowi dodawała czasem uroku. Główny czarny charakter mógłby zaś robić za trzecioplanowe zagrożenie dla bohaterów, bo o ile bladolicy Thomas Ian Griffith dobrze prezentuje się w czerni, siejąc śmierć i zniszczenie, o tyle jego Valek jest kompletnie nieciekawym bohaterem, pozbawionym jakiejkolwiek charyzmy, a nawet osobowości.
Wszystkie te wady jeszcze wyraźniej dają o sobie znać w dalszej części filmu – taniość i bylejakość rzutuje na „efektowne” sceny akcji, z Baldwina reżyser nie może wykrzesać żadnej iskry, koniecznej, czy to w wątku pogłębiającego się związku Montoi z Katriną, czy też psującej się relacji z Jackiem, a Valek swoją nijakością psuje dobre imię wampirom, nie potrafiąc zapewnić dostatecznego zagrożenia bohaterom, a grozy widzom. Nic dziwnego, że gdy film wyszedł na video, dystrybutor ponownie wykazał się szóstym zmysłem, tytułując go tym razem jako Łowcy wampirów. Być może sam zobaczył, że krwiopijcy są tu najsłabszym ogniwem, a być może zasugerował się recenzją Andrzeja Kołodyńskiego, który z żalem stwierdził, że Carpenterowskie wampiry nie wyrażają swoim istnieniem absolutnie nic.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że po pierwszym akcie psuje się nawet to, co do tej pory było dobre. Ścieżką dźwiękową zaczynają rządzić rzewne ballady gitarowe, świetne zdjęcia Gary’ego B. Kibbe’a, stałego współpracownika Carpentera, wyraźnie tuszują niedostatki budżetowe, ale same w sobie nie wystarczą, aby cokolwiek ożywić, a i sama historia z miejsca traci tempo. Crow jedzie na spotkanie z kardynałem Albą (śmieszny Maximilian Schell, skądinąd dobry aktor), gdzie otrzymuje nowego członka zespołu, w osobie młodego księdza, ojca Adama (zahukany Tim Guinee), pełniącego od tej pory głównie funkcję informacyjną – ilekroć Crow chce się dowiedzieć czegoś, co popchnie akcję do przodu, bije biednego duchownego, aż ten zdradzi mu sekrety.
W międzyczasie oglądamy, jak Montoya siedzi w hotelu z nagą i przywiązaną do łóżka Katriną. Dlaczego nagą? Łowca tłumaczy, że umył ją i opatrzył rany, ale takie wyjaśnienie, łącznie z obrazkiem spętanej kobiety (co z tego, że ugryzionej przez wampira, skoro ona sama w potwora jeszcze się nie zamieniła?), sugeruje pewną dwuznaczność. Biedna Sheryl Lee. Nie dość, że najlepsza tutaj aktorsko, z ledwo przecież naszkicowaną rolą i najczęściej w męczącym towarzystwie Baldwina, to jeszcze jej postać jest w filmie wciąż tylko bita, wyzywana, trzymana na uwięzi, rozbierana, a jej los jest z góry przesądzony.
Trochę jak jej Laura Palmer z Miasteczka Twin Peaks, ale w przeciwieństwie do dzieła Davida Lyncha w Wampirach to poświęcenie nie służy niczemu.
Gdzieś w połowie seansu, kiedy już wiadomo, że fabuła zmierza donikąd, ja żałuję kolejnych godzin spędzonych w towarzystwie krwiopijców Carpentera. Na pytanie, co poszło nie tak, odpowiedź „wszystko” wydaje się zbyt ogólna i nieco niesprawiedliwa. Są tu sceny pomysłowe wizualnie, jak przebudzenie się wampirów i ich wyjście, nie z trumien, a z ziemi, gdyż za dnia śpią zakopane pod pustynnym piachem. Dzięki łączności psychicznej z Valekiem Katrina widzi to co on – ujęcia pierwszoosobowe, zwłaszcza w momentach krwawych ataków, sprawdzają się tu bardzo dobrze, ale to reakcja kobiety na oglądane obrazy robi największe wrażenie.
James Woods zaś, choć nie gra na granicy autoparodii, jak w Specjaliście, to jednak pozwala sobie na sporo luzu; Jack Crow może nie być herosem na miarę Snake’a Plisskena, ale w obu siedzi anarchista, marzący o tym, aby wszystko szlag trafił. Mimo to ciężko mi dobrze się bawić na Wampirach. Carpenter, bardziej zainteresowany realizacją współczesnego westernu niż horroru, kontempluje zachodnie krajobrazy i etos ostatniego sprawiedliwego, zapominając, że kino grozy to nie tylko kostium, ale i dusza. Jego film właśnie taki mi się wydaje – bezduszny, stary (zwłaszcza jeśli przypomnieć, że w tym samym roku w kinach pojawił się inny łowca wampirów, niejaki Blade), właściwie to po nic.
Tym samym rodzi się refleksja i pytanie – skoro jestem świadomy niewysokiej jakości filmu oraz przekonany o słuszności własnego osądu, który przez te lata niewiele się zmienił, dlaczego wciąż daję Wampirom kolejne szanse? Być może jest to potrzeba obronienia nawet najgorszego dzieła swojego ulubionego reżysera. Być może wierzę, że tym razem znajdę to, co fani tego konkretnego filmu Carpentera (a tacy istnieją, znam ich z nazwiska) widzą od zawsze – jakąś ukrytą wartość, zrozumienie dla tej specyficznej rozrywki, albo grzeszną rozkosz kina tak złego, że aż dobrego.
Doprawdy, odpowiedź jest dla mnie zagadką. Wiem natomiast, że chwilowo swoją pańszczyznę odrobiłem, i z Wampirami Johna Carpentera spotkam się ponownie dopiero za parę lat. Niech im ziemia lekką będzie przez ten czas.
