search
REKLAMA
Analizy filmowe

ARMIA UMARŁYCH to remake filmu OBCY: DECYDUJĄCE STARCIE – change my mind

Armia umarłych podkrada ze świata Obcego całe połacie wątków, rozwiązań dramaturgicznych i archetypów postaci.

Rafał Donica

4 czerwca 2021

REKLAMA

Obejrzałem Armię umarłych bez szczególnych oczekiwań, i, choć nie bez lekkiego znudzenia na średnio emocjonujących dialogach, bawiłem się całkiem dobrze. Ten film ma bowiem w sobie coś fajnego, coś nieokreślenie epickiego, może to kwestia klimatycznej lokacji, może mojego ulubionego formatu obrazu 16:9, może faktu nakręcenia go obiektywem Canona Dream Lens o świetle f/0,95, a może to Maybelline. I ma w sobie jakąś ulotną obietnicę czegoś więcej (ah, ten prolog!), jakiś niewykorzystany potencjał miejsca akcji, ukryty pod ulepionymi z plasteliny postaciami, i dialogami o niczym, prowadzącymi donikąd, czy w najlepszym razie do budki z humusem. To coś, co w sobie ma to widowisko, to w dużej mierze powszechnie krytykowany… szkielet fabularny, niemal w stu procentach zapożyczony z… kultowego filmu Jamesa Camerona. I nie tylko od niego, bo fabuła Armii umarłych swoim korzeniem sięga aż do Ósmego pasażera Nostromo mistrza Scotta, a finalnie wyciąga martwe łapki po kawałek fincherowskiego Obcego^3. Bierze jeszcze na tapet motyw odciętego od świata miejsca pełnego niebezpiecznych zwyroli, między którymi trzeba chodzić na paluszkach, z Ucieczki z Nowego Jorku Carpentera. My jednakowoż, skupimy się na podkradaniu całych połaci wątków, rozwiązań dramaturgicznych i archetypów postaci, właśnie ze świata Obcego, z naciskiem (kontenera, który w prologu zamykał Las Vegas) na Obcego: Decydujące starcie.

Zack Snyder znany jest z tego, że ekranizuje cudze pomysły, tak było w przypadku jego znakomitego debiutu, czyli remake’u Świtu żywych trupów Romero, tak też było w przypadku kalkowanych z komiksów 300 i Watchmen – opus magnum reżysera. I tak wreszcie było w przypadku tych wszystkich nieudanych pierdół z ustruganego naprędce uniwersum DC, oprócz Człowieka ze stali, bo ten akurat był fajny. Nawet autorski Sucker Punch, wcale autorski nie był, no, może poza idiotycznym pomysłem tańca-wygibańca przenoszącego nas w miejsca kolejnych fantazyjnych akcji. Kręgosłup fabularny bowiem, oparł Snyder na Locie nad kukułczym gniazdem, odległym gatunkowo od Sucker Punch, jak stąd do wieczności. Baby Doll to przecież nikt inny, jak McMurphy w spódnicy, wprowadzający do zakładu psychiatrycznego nową energię, porywający do buntu współlokatorów, no i wkurzający psychopatycznego opiekuna, jak wróg na huśtawce, snajpera. W finale Sucker Punch mamy już dosłownie przeklejony motyw z filmu Milosa Formana; Baby Doll, jak McMurphy, kończy swoją karierę na elektrowstrząsach, a jej przyjaciółka, wzorem Wodza Bromdena, zdobywa się na odwagę by uciec, i powrócić do życia w świecie za murami zakładu, z tą jedynie różnicą, że dziewczyna nie wyrywa z ziemi ciężkiego zlewozmywaka, bo nie dałaby rady. Kurtyna.

Wracamy do Armii umarłych, która także niby jest autorskim projektem Zacka Snydera i produkcją oryginalną Netflixa. Tymczasem okazuje się, że reżyser Ligi sprawiedliwości w reżyserii Zacka Snydera, oraz Ligi sprawiedliwości Zacka Snydera w reżyserii Zacka Snydera, pomylił inspirację z plagiatem. Wziął on bowiem Obcego: Decydujące starcie, i z grubsza rzecz biorąc zastąpił obcych zombiakami. Przyznam bez bicia (z biciem zresztą też bym przyznał), że podczas pierwszego seansu Armii umarłych jedynym skojarzeniem, jakie początkowo miałem z arcydziełem wizjonera kina akcji Jamesa Camerona, była jedynie charakterystyczna czerwona opaska na głowie Marii Cruz, będąca w moim mniemaniu dość tanim nawiązaniem (no bo ile może kosztować taka opaska, dwa dolce?) do kultowej postaci Vasquez Janette Goldstein, która się mężczyznom nie kłaniała, bywając (wg Hudsona) nawet z nimi mylona. Ukryty pod sztafażem zombiaków skitranych w Las Vegas, film Snydera na pierwszy rzut oka nie wzbudził więc moich większych podejrzeń, a już tym bardziej skojarzeń z uniwersum Obcego, tym bardziej, że Cameron dał swoim bohaterom prześwietne, widowiskowe środki transportu, zaś twórca Armii umarłych, swoich bohaterów dostarczył na miejsce akcji szkolnym autokarem. No Sulaco to to nie było. Jednakże głęboką nocą, nagle mój mózg wyrzucił komunikat: ARMIA UMARŁYCH TO KOPIA ALIENS! Otworzyłem szeroko oczy, i tak nie mogę zasnąć do dziś, stąd ten artykuł, żeby przepracować to zagadnienie wraz z czytelnikami film.org.pl, i odzyskać spokój.

Już sam pomysł wyjściowy, czyli m.in. ukazana w skrócie walka ekipy Warda z hordami zombie, nasuwa skojarzenia z końcówką Alien, gdzie Ellen Ripley chcąc jedynie przewietrzyć duszną kabinę kapsuły ratunkowej przed lotem, przez przypadek wyrzuciła w kosmos śpiącego spokojnie kosmitę. Ripley, nieco straumatyzowana po tym przykrym incydencie, idzie w kimę, a po wybudzeniu, okazuje się, że dostaje propozycję powrotu do miejsca, z którym nie wiąże zbyt ciepłych wspomnień. Bohater Dave’a Bautisty podobnie; w Las Vegas stracił żonę samodzielnie ją zaciukując, z trudem się stamtąd wydostał, i średnio podoba mu się pomysł, by powrócić tam, gdzie są potwory i kiepskie wspomnienia. Jedyną różnicą jest w tym miejscu fakt, że Ellen Ripley poszła spać do komory hibernacyjnej, a Bautista smażyć kotlety. Ok, żarty żartami, czaicie o co chodzi, przełom Alien / Aliens to wypisz wymaluj prolog i pierwsze naście minut Armii umarłych, oczywiście po kosmetycznych przeróbkach i dostosowaniu motywacji bohaterów do miejsca akcji osadzonego na Ziemi, a nie w outer space. Co jeszcze do prologu, jest to swoją drogą znakomita podbudowa pod prequel, który już na etapie konceptu zdaje się być ciekawszy od sequela, którym stałaby się wówczas Armia umarłych. Czyżby Snyder wykorzystał patent z Gwiezdnych wojen, i swój nowy martwy cykl również rozpoczął od epizodu wyjętego ze środka większej całości?

Mówcie co chcecie, podczas gdy większość widzów odwróciła się do Armii umarłych plecami (chciałem napisać, że dupą, ale bałem się, że korekta mi tego nie przepuści), ja odważnie stwierdzam, że mnie się to dziadostwo podoba! Jestem już po drugim seansie, który wypadł zaskakująco lepiej od pierwszego, i już czaję się na oglądanie numer trzy, ostrząc sobie zęby na finałowe strzelaniny oglądane bardzo głośno, bo udźwiękowiony jest ten film konkretnie. Wygląda też bardzo specyficznie, bo większość scen Snyder (również autor zdjęć) nakręcił wspomnianym już, pochodzącym z lat 60’ obiektywem Dream Lens Canon 50 mm, o niewiarygodnie jasnym świetle f/0,95. Niezwykłą moc tego szkła widać po niemal abstrakcyjnie małej, dającej miękki obrazek, głębi ostrości, szczególnie w scenach zbliżeń na twarze czy przedmioty, które pozostają w polu ostrości, a tło jest rozmyte w niemal baśniowy sposób. Niestety, bardzo źle pracuje on pod światło, tworząc aż nadto widoczne świetlne bliki, dostrzegalne również w kilku scenach Armii umarłych. Fajnie, że Snyder eksperymentuje z formą, choćby ta miała nie odpowiadać gustom szerszej widowni.

Moja sympatia do filmu Zacka Snydera, to nie jakiś tam nastawiony na kontrowersje, czy tanie sensacje clickbait. Osobiście brzydzę się clickbaitem niemal tak mocno, jak Wayne i Garth product placementem… Dobra, dość już tego słowa wstępu, bierzemy się do roboty. Bezlitośnie rozbierzemy autorskie (hehe) dzieło Zacka Snydera na czynniki pierwsze, i wykażemy, że król jest nagi, choć jego film wciąż mnie, mimo ewidentnych minusów, na swój pokręcony sposób kręci.

PACJENT ZERO, CZYLI ÓSMY PASAŻER NOSTROMO

U podłoża fabuły Armii umarłych mamy tajemniczego zombie przewożonego przez głupich wojskowych, w pancernym kontenerze. Tak pancernym, że po wypadku samochodowym grzecznie otwiera swoje podwoje, by wypuścić na świat martwe zło pod postacią morderczego zdechlaka o szybkości zdrowego maratończyka i sile Mariusza Pudzianowskiego z jego prymie time’u. Tu Zack Snyder sięga aż do filmu Ridleya Scotta, w którym to równie tajemnicze jajo otworzyło się by wydać na świat nadplanowego pasażera statku Nostromo. I zarówno u Camerona, jak i u Syndera, nikt tu niczego nie wyjaśnił (oczywiście do momentu premiery Prometeusza), żadnych genez, tłumaczenia co skąd i dlaczego, osnuwając wszystko nimbem mrocznej tajemnicy. I fajnie.

CELE WYPRAWY

Wyprawa naszych dzielnych herosów w obydwu filmach ma dwa cele. Jeden jawny i słuszny, oraz drugi, ukryty, podstępny i zły. W Armii umarłych Martin, jeden z członków grupy, wysłannik tajemniczej korporacji mającej konszachty z wojskiem, ma za zadanie przynieść ze strefy wykluczenia próbkę krwi, a w zasadzie to całą głowę zombiaka. Po drodze oczywiście wali w gumę z członkami ekipy, a to przymykając im drzwi przed nosem, a to za nos ich wodząc. Finalnie za nos wodzony jest sam Martin, a wodzi go zombie-tygrys, odgryzając mu nos, a wraz z nim całą twarz.

W Aliens chodziło pierwotnie o sprawdzenie, co się stało, że z kolonistami na LV 426 została przerwana łączność. Czy zostali zgładzeni przez obcych, czy może leżą gdzieś najebani w kącie, po imprezie, na której ktoś przypadkiem wyrwał kabel z radia. Drugim celem wyprawy kosmicznych Marines, było zdobycie i przywiezienie na Ziemię zarodka xenomorfa, przyczajonego w ciałach Ripley i Newt, które dowiedziały się, że są ochotniczkami, gdy już na podłodze laboratorium leżał otwarty słój, bez twarzołapa w środku. Za tym paskudnym czynem stał zły pracownik korporacji – Burke, który skończył, i słusznie, zamordowany przez obcego, z którym spotkał się w drzwiach. A że nie wiedzieli który z nich wchodził, a który wychodził, czyli który miał pierwszeństwo, skończyło się jak skończyło, czyli obcy przeszedł po Burke’u. Dosłownie, nie że najpierw Burke, a potem obcy.

Aha, w obydwu filmach, potwory mają posłużyć celom militarnym, jako organizmy doskonałe. Jak mówi przysłowie: Człowiek człowiekowi wilkiem, ale zombie zombie zombie; w kierunku obydwu zdrajców, Burke’a i Martina, padają w tym kontekście podobne słowa. W Aliens: Oni przynajmniej się nawzajem nie podpierdalają (o obcych), w Armii umarłych: Tu zasady są jasne, oni nie robią się w chuja (tłumaczenie Netflixa, ja bym tak brzydko w życiu nie napisał).

RIPLEY & WARD – W POSZUKIWANIU CÓRKI, I NIE TYLKO

Okej, bohater Davida Bautisty nie szuka córki w sensie stricte, bo wie gdzie ona jest. Szuka odkupienia za zabicie jej matki, a swojej żony, przebaczenia w jej oczach, pragnie jej uczucia, słowem powrotu do zdrowych relacji rodzinnych i smażenia kotletów. Generalnie jedną z jego pobudek do wzięcia udziału w misji zgarnięcia milionów, jest perspektywa obsypania córki pieniędzmi, żeby mogła spełniać marzenia. Ripley z kolei, poza chęcią przepracowania PTSD, decyduje się wziąć udział w misji, gdyż po kilkudziesięciu latach hibernacji dowiedziała się, że jej córka nie żyje, więc spróbuje poszukać nowej, na planecie LV 426. O, przypadkiem znalazła dziewczynkę, akurat bez rodziców, i wymagającą opieki. Jednak najpiękniejsze scenariusze pisze… scenarzysta filmowy. Dalej film toczy się wokół ratowania Newt, co zmusza Ripley do samotnego powrotu w samo gniazdo wroga. Również Ward w finale samotnie wraca po córkę, tam, gdzie już jest średnio bezpiecznie, i gdzie grasuje Zombie King. Co jeszcze ciekawsze, zarówno Król Zombie i Królowa Obcych, dostają od Warda / Ripley z granatnika po dupsku. A co najciekawsze, decyzja o podjęciu się misji, u obojga naszych bohaterów następuje w następstwie nocnego koszmaru.

MAMY NOŻE, OSTRE KIJE…

Najbarwniejszą postacią Aliens był bez wątpienia Hudson, krzykliwy cwaniaczek, rzucający żartobliwymi sucharkami, pod płaszczykiem twardości i hardości skrywający płochliwą naturę chomika. Gdyby w czasach realizacji Aliens istniały smartphone’y i media społecznościowe, to właśnie on, wzorem Guzmana z Armii umarłych, pełniłby rolę influensera, prowadzącego z LV 426 relację na żywo, zliczając zabitych obcych, ku uciesze swoich followersów na Insta. A tak, pozostały mu tylko słowne popisówki przed kompanami, i, zwłaszcza, przechwałki przed nowymi w zespole. Ileż ja się zastanawiałem, o co chodziło Hudsonowi, gdy w reżyserskiej wersji Aliens szpanował przed Ripley, jakie to Space Marines nie są kozaki, jakiej to broni nie używają, plasma cannon, UZI najn milimita i w ogóle, największe lufy w galaktyce.

Hudson wspomniał też w jednej z linijek tekstu: Mamy noże, ostre kije (sharp sticks), i o ile wiem co to noże, tak czym były sławetne ostre kije, to już nie wiedziałem, aż do dziś, a przynajmniej tak mi się wydaje. Kojarzycie tę scenę z Armii umarłych, gdy wokół członków ekipy Warda, na wzór Avengerów z pierwszych Avengers, wiruje kamera, a oni dzielnie strzelają we wszystkich kierunkach? Gdy kamera dojeżdża do Dietera, trzyma on w rękach kij baseballowy nabity gwoździami. Nie jest to oczywiście jakiś nowy patent, bo taką bronią demolował swoje mieszkanie już choćby Peter Weller w Unknown origin, ganiając wielkiego szczura, ale w końcu mi się rozjaśniło, o jakich to ostrych kijach mógł nawijać Hudson. Dziękuję Zack.

Rafał Donica

Rafał Donica

Od chwili obejrzenia "Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia "Akirę”, "Drive”, "Ucieczkę z Nowego Jorku", "Północ, północny zachód", i niedocenioną "Nienawistną ósemkę”). Wielbiciel Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Autor książki "Frankenstein 100 lat w kinie". Założyciel, i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE. Od 2016 roku zawodowo zajmuje się fotografią reportażową.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA