Publicystyka filmowa
7 filmów, które MUSISZ obejrzeć, jeśli czekasz na DIUNĘ
Oczekiwanie na DIUNĘ umilą Ci FILMY, które wprowadzą w klimat epickich przygód i galaktycznych zmagań. Przeżyj filmowe odloty!
Do premiery kolejnej adaptacji powieści Franka Herberta jest jeszcze trochę czasu. Można go wykorzystać na przeczytanie rzeczonej książki. Można też sięgnąć po kilka innych filmów, które umilą nam oczekiwanie i przy okazji wprowadzą w odpowiedni klimat. Proponuję siódemkę takowych pozycji wraz z przyległościami.
Battlestar Galactica (2003)
Napisałem „filmów”? Cóż, tę miniserię można traktować jak nieco rozciągnięty film w odcinkach. Bo od niej należy właśnie zacząć, jeśli chce się dalej kontynuować przygodę z całym serialem, powstałym na bazie starej, dziś już mocno kiczowatej marki. To także jeden z najlepszych odcinków całej sagi, więc jeśli przypadną nam do gustu, dalej można lecieć w ciemno. A jest tam wszystko, czego dusza zapragnie. Strona polityczno-militarna wychodzi już od pierwszych scen, ale nie brak też wątków egzystencjalnych, rodzinnych, metafizycznych, kulturowych, religijnych czy w końcu sztucznej inteligencji.
A wszystko to całkiem zgrabnie i bez nadęcia wpisane w nieco szerszy kontekst cywilizacyjny. Całość zamknięta jest w pięciu sezonach, po których można jeszcze łyknąć trzy filmy uzupełniające uniwersum, kilka krótkometrażówek oraz spin-off w postaci Caprica, a nawet grę wideo.
Blade Runner 2049 (2017)
Wybór jakże oczywisty, bo to poprzedni film reżysera nowej Diuny, która będzie przypuszczalnie utrzymana w podobnej stylistyce. Sequel kultowego science fiction sprzed lat to przede wszystkim wizualna perełka i wcale nie głupie rozwinięcie pomysłów z oryginału na bazie prozy Philipa K. Dicka. Mamy więc androidy śniące o elektrycznych owcach i inne rzeczy, w które nie uwierzyliby zwykli śmiertelnicy. Mamy też dość długi metraż, który pozwoli nam wejść w świat przedstawiony i przygotować nas na jeszcze dłuższy pobyt na Arrakis i innych planetach Diuny, z którą BR2049 łączy niełatwa sytuacja geopolityczna, złożone relacje „międzyludzkie” oraz wyczerpujące się zasoby planetarne. A na horyzoncie bunt i wojna. Nic, tylko oglądać.
Diuna (1984)
David Lynch był pierwszym, któremu udało się zekranizować dzieło Herberta, zatem naturalną koleją rzeczy trzeba ten film obejrzeć, choćby i dla samego porównania z nową wersją. Nie będzie to łatwy seans, gdyż reżyser miał szansę zaprezentować tu własną wizję książkowych wydarzeń, z czego jak najbardziej skorzystał, a za co był później mocno krytykowany (dziś sam zainteresowany odcina się od swojego dokonania). Trzeba jednak przyznać, że to wizja oryginalna i miejscami bezkompromisowa, a mający sporo atutów film potrafi przyciągnąć nie tylko atrakcyjną ścieżką dźwiękową grupy Toto, lecz także doskonałą stawką aktorską, praktycznymi efektami i dość groteskową, niewolną od przemocy aurą. Ma to swój charakter, nawet jeśli nie każdemu przypadnie do gustu.
Jodorowsky’s Dune (2013)
Zanim Lynch postawił swoją stopę na planie Diuny, za jej realizację brali się inni wielcy reżyserzy. Jednym z nich był twórca Kreta i Świętej góry – Alejandro Jodorowsky. Ten dokument pokazuje drogę oraz ambicje artysty i wyzwania, które przed nim stały, a które ostatecznie nie zostały pokonane, by projekt ruszył z kopyta. Pokazuje też, jak mogłaby według tego reżysera wyglądać Diuna, gdyby tylko producenci i los byli dla Jodorowskiego łaskawsi. I trzeba przyznać, że plany prezentują się imponująco. Można zatem żałować, że takiej Diuny już nie ujrzymy. Na osłodę pozostaje ten dokument oraz czająca się tuż za rogiem nowa wersja.
Autostopem przez Galaktykę (2005)
Ten typ nie ma absolutnie nic wspólnego z Diuną (może poza tym, że to również ekranizacja pierwszej książki fantastycznego cyklu). Ale to świetna rzecz, którą zawsze warto sobie obejrzeć i polecić innym – choćby dla rozluźnienia, zwłaszcza w obecnych czasach. I tylko tyle chciałem napisać. A teraz pozdrów delfiny i bezwładnie przewróć stronę, wiedząc, iż to nie skończy się dobrze.
Kroniki Riddicka (2004)
Sequel nieoczekiwanego hitu, jakim okazało się Pitch Black, to przykład mocno rozbuchanego projektu, który stylistycznie jest tak mocno odległy od oryginału, jak to tylko możliwe. Momentami jest to produkcja wręcz monumentalna, wizualnie zapierająca dech w piersiach i mamiąca odważnymi projektami scenograficznymi oraz wizją świata i jego postaci. Pod tym względem nie jest mu daleko do dzieła Herberta, nawet jeśli nie dziedziczy po nim ambicji i głębi. Na swój sposób jest to jednak jeden z najbardziej nieszablonowych reprezentantów gatunku XXI wieku. Nie do końca udany, chłodno przyjęty właśnie przez wzgląd na jego odmienne podejście do tematu kina akcji wymieszanego z fantastyką. Ale właśnie przez to ta przygoda na różnorakich planetach innych galaktyk jest fascynująca, w sam raz na duży ekran.
Piąty element (1997)
Dla wielu ostatni naprawdę udany, a pod kilkoma względami rewolucyjny film Luca Bessona. Francuz nie żałował tu pomysłów, wobec czego dostaliśmy porywający i niezwykle kolorowy komiks i bajkę z odległej przyszłości w jednym. Wybraniec, odrobina mistycyzmu i gwiezdno-wojenny konflikt złożyły się na jeden z największych sukcesów kasowych twórcy, który później, mimo starań, nie potrafił już tego powtórzyć. Kapitalna obsada, świetne, charyzmatyczne postaci, mnóstwo przygody, oryginalne projekty obcych światów i kosmitów, a także znakomita strona audiowizualna, to tylko niektóre rzeczy, jakie odnajdziemy w tym rozrywkowym widowisku za (nie tak znowu) grubą kasę. Jeśli nowa Diuna będzie chociaż w połowie równie angażująca, to możemy spać spokojnie, śniąc o jednorożcach.
Star Trek (1979)
Pierwszy film kinowy o serialowej załodze statku Enterprise to bez cienia wątpliwości bodaj najbardziej ambitna część tego uniwersum. Przypominająca miejscami 2001: Odyseję kosmiczną (którą celowo pominąłem w tej wyliczance, do której i tak w sumie nie pasuje), jest zjadliwym połączeniem międzygwiezdnych wojaży w poszukiwaniu nowych form życia, jak i próbą zmierzenia się z odwiecznymi pytaniami o sens istnienia, istotę człowieczeństwa, granice możliwości.
Brzmi górnolotnie i aż nadto artystycznie, ale produkcja Roberta Wise’a (Tajemnica Andromedy, West Side Story) to rzecz o wiele prostsza i przystępniejsza od książki Herberta. Co nie znaczy, iż gorsza. Przeciwnie – mimo upływu lat, to wciąż wielce inspirująca, niegłupia i świetnie zainscenizowana produkcja z dreszczykiem emocji i znakomitym, dziś już kanonicznym zbiorem charyzmatycznych bohaterów, którzy walczą nie tyle o wyższe ideały, co po prostu o przetrwanie gatunków. Klasyka.
Bonus:
Żołnierze kosmosu (1997)
Na deser skąpana w polityce, przemocy i absurdzie, obsiana wielkimi robalami, z którymi ludzka cywilizacja wchodzi w kosmiczny konflikt, i podszyta faszyzmem propozycja. Powieść Roberta Heinleina przekuta na film Paula Verhoevena jest pozornie tak odległa od Diuny, jak Ziemia od Syriusza. Ale pod tym płaszczykiem militarnej tandety, suchych żartów, obowiązkowego seksu i arachnokaszanki kryje się naprawdę dobre SF, które potrafi pozytywnie zaskoczyć, acz z pewnością nie każdego. Wie o tym redakcyjny kolega Odys, któremu tym samym tenże akapit poświęcam.
