Publicystyka filmowa
KOD DOSTĘPU. Między Matrixem a 11 września
W KODZIE DOSTĘPU John Travolta wciąga widzów w ironiczny monolog o kinie i realiach współczesnych, balansując na granicy absurdu i rzeczywistości.
Gdyby ocenić film wyłącznie na podstawie tego, jak się zaczyna, Kod dostępu nie miałby sobie równych. A przecież na ekranie oglądamy tylko siedzącego Johna Travoltę, który prawi o miałkości dzisiejszego kina. Nie to, co kiedyś – wspomina genialne Pieskie popołudnie Sidneya Lumeta, ale i temu filmowi zarzuca brak realizmu. Co by było, gdyby bohater Ala Pacino posunął się do zabijania zakładników? Być może wtedy udałoby mu się uciec. A jak wyglądałaby ta sama sytuacja dzisiaj, transmitowana na żywo, w jakości HD? „Można by poczuć smak mózgowia”, barwnie opisuje.
Jego słuchacze tłumaczą, że widzowie nie lubią negatywnych bohaterów, ale do postaci Travolty, Gabriela, ten argument nie trafia. Praca operatora, Paula Camerona – którego kamera lekko drga, co rusz gubi i odzyskuje ostrość, ale nie spuszcza oka z aktora – wzmaga napięcie, choć przecież pokazuje wyłącznie siedzącego i mówiącego Travoltę. Ten przykuwa do ekranu tak bardzo, że praktycznie przyćmiewa swym monologiem wszystko to, co dzieje się później. Z drugiej strony, ów komentarz jest ironiczny, gdyż doskonale opisuje film, który za chwilę obejrzymy.
Jak tylko Gabriel wstaje z miejsca, okazuje się, że jesteśmy w samym środku napadu na bank i oblężenia. Cała policyjna broń wycelowana jest w bohatera, ale to on dyktuje warunki z pomocą trzymanego w ręku detonatora. Wkrótce wchodzi do banku, w którym czekają jego ludzie i zakładnicy w kamizelkach pełnych ładunków wybuchowych. Gabrielowi raczej niechętnie towarzyszy niejaki Stanley o aparycji młodego Hugh Jackmana, ale Travolta nie pozostawia złudzeń, że jest to jego show, nawet gdy nie udaje mu się upilnować jednej z zakładniczek, która, przechwycona przez policjantów, wylatuje w powietrze, niszcząc wszystko w promieniu kilkunastu metrów albo i lepiej. Dzieje się to w prologu, zanim akcja przeniesie się cztery dni wcześniej, aby wyjaśnić, jak do tego wszystkiego doszło.
Kod dostępu w reżyserii Dominica Seny (Kalifornia, 60 sekund) to typowy przykład filmu, który – podobnie jak niedawno omawiany Romeo musi umrzeć – nie wyglądałby tak, jak wygląda, gdyby nie powstały parę lat wcześniej Matrix. O ile jednak u Bartkowiaka przejawiało się to praktycznie wyłącznie w nierealistycznej konwencji scen akcji, o tyle tutaj podobieństw jest więcej i dotyczą realizacji (na czele ze stroną wizualną oraz nowoczesną muzyką Paula Oakenfolda i Christophera Younga) oraz elementów fabuły, które niby sugerują więcej, niż w rzeczywistości widzimy.
Sam punkt wyjścia jest bliźniaczo podobny do kultowego filmu Wachowskich – młody haker dostaje propozycję nie do odrzucenia od pięknej posłanniczki potężnego kryminalisty, aby się z nim spotkać, a gdy już do tego dochodzi, zostaje wciągnięty w intrygę, w której ważą się losy ludzkości. W Matrixie dotyczyło to wojny z maszynami, a w Kodzie dostępu z terroryzmem. Ale nawet zwiastun tego drugiego mówi wprost, że pod jedną rzeczywistością czai się inna, jakby chodziło o fantastyczną. Prawda jest bardziej przyziemna.
Dzieło Seny jest w gruncie rzeczy prostym i staromodnym filmem akcji, w którym chodzi wyłącznie o to, aby ukraść kupę pieniędzy. Gabriel mydli oczy Stanleyowi, że wystarczy stworzyć komputerowego „robaka”, aby cyfrowo zrabować dziewięć i pół miliarda, ale ostatecznie trzeba jeszcze fizycznie napaść na bank, wziąć zakładników i uciec przed policją oraz FBI, które reprezentuje tu Don Cheadle. Tak samo twórcy próbują stworzyć pozór nowoczesnej, XXI-wiecznej rozrywki. Wspomniany wybuch zakładniczki jest wspaniałym efektem specjalnym, inspirowanym słynnym podskokiem z kopniakiem Trinity w prologu Matrixa – w momencie eksplozji czas gwałtownie zwalnia po to, aby kamera mogła zatoczyć półkole, ukazując zniszczenia w pełnej glorii.
Wizualnie i dźwiękowo nadal robi to kolosalne wrażenie, choć później już ani razu nie widzimy równie skomplikowanego zabiegu. I właśnie ten matrixowy efekt pamiętamy najlepiej z całego filmu, gdyż obiecuje nam coś, co ostatecznie nie nadchodzi, zadowalając się pościgami i strzelaninami zrealizowanymi w typowej dla ówczesnego kina akcji manierze. Może poza dziwną sceną, w której Jackman i Cheadle turlają się po zboczu jakiejś góry – można było lepiej zakończyć tę sekwencję pogoni.
Łatwo rozpoznać, że jest to film z początku XXI wieku. Faceci noszą tu futra, w tle słyszymy dużo muzyki techno, a jednego z zakapiorów gra Vinnie Jones. Szpanerskość świata, w którym obracają się główni bohaterowie, zawieszona jest pomiędzy seksualnie naładowaną atmosferą klubową a próbą uczynienia z siedzenia przed komputerem i stukania w klawiaturę czegoś rozrywkowego. Najlepiej to widać w scenie, w której Stanley ma się włamać do bazy Departamentu Stanu w minutę, będąc pod presją przyłożonego do skroni pistoletu i dziewczyny, która robi mu w tym czasie fellatio.
Również grająca prawą rękę Gabriela Halle Berry prezentuje się tutaj obłędnie, praktycznie w każdej scenie występując w innej, coraz bardziej skąpej kreacji. Innymi słowy – film dla nastolatków, ale dziwnie skierowany do dorosłych widzów. Tyle że ci pierwsi mogą nie wiedzieć, co to Pieskie popołudnie, a tych drugich będą razić takie sceny, jak tworzenie „robaka” przez Jackmana, który dużo krzyczy, śmieje się i pije, kiedy to robi – niewiele ma to wspólnego z realizmem, o którym mówił w prologu Travolta.
Warto jednak zatrzymać się przy jego postaci, gdyż to właśnie Gabriel czyni z Kodu dostępu bardziej pamiętne widowisko niż ma prawo być. Kim bowiem jest ten elegancko ubrany diabeł, który z jednej strony planuje wielki skok i zabija bez mrugnięcia okiem, a z drugiej wyjaśnia Stanleyowi, że jest tajnym agentem, a nade wszystko patriotą? Czy jest zatem negatywnym, czy pozytywnym bohaterem? A może patriotyzm stoi ponad moralną wykładnią dobra i zła? Jeśli tak, liczy się tylko efekt końcowy i jeśli ma nim być zdobycie środków na walkę z terroryzmem za cenę żyć kilku, kilkunastu lub kilkudziesięciu cywilów, niech tak będzie.
Travolta jest czarujący i pewny siebie, doskonale czuje się w środowisku zarezerwowanym dla młodszych od niego o 20–30 lat, ale jest w swoim żywiole dopiero, gdy trzyma karabin maszynowy lub wydaje polecenia wszystkim dookoła.
Szkoda, że scenariusz Skipa Woodsa przedkłada powierzchowność i pozerstwo nad chęć bardziej wnikliwego przyjrzenia się działaniom Gabriela i jego naturze. Trudno jednak wymagać subtelności, a zwłaszcza refleksji od człowieka, który napisze Hitmana i Hitmana: Agenta 47, Sabotaż oraz Szklaną pułapkę 5. Woods lubi antybohaterów stojących na granicy prawa, zabójców, którzy nie stracili jeszcze resztek człowieczeństwa lub przestępców z odznakami (dlatego też John McClane musiał być u niego ordynarnym szajbusem), ale ten dualizm służy wyłącznie pustemu efekciarstwu, a w najgorszym przypadku nihilizmowi.
W swej wymowie Kod dostępu jest ideologicznie niepoprawny, ale idący w stronę mało realistycznej fantazji, bardziej zainteresowany uczynieniem z drania bohatera dnia niż zobrazowaniem tezy Nietzschego, że jeśli zbyt długo spoglądasz w otchłań, ona spogląda w ciebie.
To nie przeszkodziło filmowi Seny stać się niejako ofiarą ataku terrorystycznego z 11 września 2001 roku – przez swą sensacyjną fabułę oraz scenę, kiedy jeden z zakładników wypada z samolotu, a w locie wybucha, niszcząc wieżowiec, Kod dostępu został wycofany z kin w Stanach Zjednoczonych (choć już wtedy kończył swój bieg – premierę miał na początku czerwca). Dlatego też i odbiór krytyków na całym świecie był diametralnie różny – ci, którzy widzieli film przed zamachem na World Trade Center, potraktowali ekranowy terroryzm jako przejaw hollywoodzkiego ekscesu, głośny i bezsensowny popis wizualny; więcej pisano o piersiach Halle Berry niż o relacji fikcji z rzeczywistością, co stało się głównym tematem recenzji tam, gdzie film miał premierę po 11 września.
Dziś jawi się on przede wszystkim jako produkt swoich czasów, postmatrixowa zabawa z jeszcze wtedy modnym Travoltą, który czerpie masę radochy z bycia arcyłotrem. Nic, co widzimy później, nie dorównuje doskonałemu prologowi, finał wydaje się przesadzony pod względem liczby wolt, które nie mają za dużo sensu, ale reżyseria Seny jest sprawna, a audiowizualna atrakcyjność cieszy oko i ucho. Gdyby jeszcze tylko Woods był lepszym scenarzystą…
PS Boski plakat.
