search
REKLAMA
Action Collection

KOD DOSTĘPU. Między Matrixem a 11 września

Krzysztof Walecki

18 kwietnia 2020

REKLAMA

Gdyby ocenić film wyłącznie na podstawie tego, jak się zaczyna, Kod dostępu nie miałby sobie równych. A przecież na ekranie oglądamy tylko siedzącego Johna Travoltę, który prawi o miałkości dzisiejszego kina. Nie to, co kiedyś – wspomina genialne Pieskie popołudnie Sidneya Lumeta, ale i temu filmowi zarzuca brak realizmu. Co by było, gdyby bohater Ala Pacino posunął się do zabijania zakładników? Być może wtedy udałoby mu się uciec. A jak wyglądałaby ta sama sytuacja dzisiaj, transmitowana na żywo, w jakości HD? „Można by poczuć smak mózgowia”, barwnie opisuje. Jego słuchacze tłumaczą, że widzowie nie lubią negatywnych bohaterów, ale do postaci Travolty, Gabriela, ten argument nie trafia. Praca operatora, Paula Camerona – którego kamera lekko drga, co rusz gubi i odzyskuje ostrość, ale nie spuszcza oka z aktora – wzmaga napięcie, choć przecież pokazuje wyłącznie siedzącego i mówiącego Travoltę. Ten przykuwa do ekranu tak bardzo, że praktycznie przyćmiewa swym monologiem wszystko to, co dzieje się później. Z drugiej strony, ów komentarz jest ironiczny, gdyż doskonale opisuje film, który za chwilę obejrzymy.

Jak tylko Gabriel wstaje z miejsca, okazuje się, że jesteśmy w samym środku napadu na bank i oblężenia. Cała policyjna broń wycelowana jest w bohatera, ale to on dyktuje warunki z pomocą trzymanego w ręku detonatora. Wkrótce wchodzi do banku, w którym czekają jego ludzie i zakładnicy w kamizelkach pełnych ładunków wybuchowych. Gabrielowi raczej niechętnie towarzyszy niejaki Stanley o aparycji młodego Hugh Jackmana, ale Travolta nie pozostawia złudzeń, że jest to jego show, nawet gdy nie udaje mu się upilnować jednej z zakładniczek, która, przechwycona przez policjantów, wylatuje w powietrze, niszcząc wszystko w promieniu kilkunastu metrów albo i lepiej. Dzieje się to w prologu, zanim akcja przeniesie się cztery dni wcześniej, aby wyjaśnić, jak do tego wszystkiego doszło.

Kod dostępu w reżyserii Dominica Seny (Kalifornia, 60 sekund) to typowy przykład filmu, który – podobnie jak niedawno omawiany Romeo musi umrzeć – nie wyglądałby tak, jak wygląda, gdyby nie powstały parę lat wcześniej Matrix. O ile jednak u Bartkowiaka przejawiało się to praktycznie wyłącznie w nierealistycznej konwencji scen akcji, o tyle tutaj podobieństw jest więcej i dotyczą realizacji (na czele ze stroną wizualną oraz nowoczesną muzyką Paula Oakenfolda i Christophera Younga) oraz elementów fabuły, które niby sugerują więcej, niż w rzeczywistości widzimy. Sam punkt wyjścia jest bliźniaczo podobny do kultowego filmu Wachowskich – młody haker dostaje propozycję nie do odrzucenia od pięknej posłanniczki potężnego kryminalisty, aby się z nim spotkać, a gdy już do tego dochodzi, zostaje wciągnięty w intrygę, w której ważą się losy ludzkości. W Matrixie dotyczyło to wojny z maszynami, a w Kodzie dostępu z terroryzmem. Ale nawet zwiastun tego drugiego mówi wprost, że pod jedną rzeczywistością czai się inna, jakby chodziło o fantastyczną. Prawda jest bardziej przyziemna.

Dzieło Seny jest w gruncie rzeczy prostym i staromodnym filmem akcji, w którym chodzi wyłącznie o to, aby ukraść kupę pieniędzy. Gabriel mydli oczy Stanleyowi, że wystarczy stworzyć komputerowego „robaka”, aby cyfrowo zrabować dziewięć i pół miliarda, ale ostatecznie trzeba jeszcze fizycznie napaść na bank, wziąć zakładników i uciec przed policją oraz FBI, które reprezentuje tu Don Cheadle. Tak samo twórcy próbują stworzyć pozór nowoczesnej, XXI-wiecznej rozrywki. Wspomniany wybuch zakładniczki jest wspaniałym efektem specjalnym, inspirowanym słynnym podskokiem z kopniakiem Trinity w prologu Matrixa – w momencie eksplozji czas gwałtownie zwalnia po to, aby kamera mogła zatoczyć półkole, ukazując zniszczenia w pełnej glorii. Wizualnie i dźwiękowo nadal robi to kolosalne wrażenie, choć później już ani razu nie widzimy równie skomplikowanego zabiegu. I właśnie ten matrixowy efekt pamiętamy najlepiej z całego filmu, gdyż obiecuje nam coś, co ostatecznie nie nadchodzi, zadowalając się pościgami i strzelaninami zrealizowanymi w typowej dla ówczesnego kina akcji manierze. Może poza dziwną sceną, w której Jackman i Cheadle turlają się po zboczu jakiejś góry – można było lepiej zakończyć tę sekwencję pogoni.

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA