Publicystyka filmowa
5 najlepszych ról VINCE’A VAUGHNA. Psychol nie tylko w komediach
Odkryj, jak VINCE VAUGHN zaskakuje w rolach dramatycznych, nie tylko w komediach. Poznaj jego najlepsze kreacje filmowe!
Początki jako aktor miał trudne. Długo wybijał się na szczyt, a gdy to nareszcie zrobił, wpadł w sidła komedii i Owena Wilsona. Oczywiście to żart z tym Owenem. Pewnie się po prostu bardzo polubili i producenci stwierdzili, że ciekawa z nich para. Niemniej jakichś arcydzieł razem nie nakręcili, za to w filmografii Vaughna można znaleźć warte uwagi perełki udowadniające, że komedia nie jest jedynym gatunkiem, w którym się odnalazł. Jego uroda predestynuje go także do ról charakterystycznych oraz pierwszoplanowych wybitnie dramatycznych kreacji. Owen Wilson będzie pewnie niezadowolony, lecz czas oraz starość działają wybitnie pozytywnie na Vince’a Vaughna, poszerzając jego możliwości dramatyczne.
Norman Bates, Psychol (1998), reż. Gus Van Sant
Ciekawe, jak film byłby odebrany, gdyby nie powstała Psychoza Hitchcocka? Mam wrażenie, że o wiele lepiej. Hitchcock zyskał sobie miano reżysera kultowego, a więc stosunek do jego dzieł jest zarówno emocjonalny, jak i przez to nieco bezkrytyczny. I chociaż oryginalna Psychoza jest dobrym filmem, nie widzę powodu, dla którego ma być jakąkolwiek świętością, która stoi na drodze twórcom, żeby zrobić jej remake, zwłaszcza, że podjął się tego Gus Van Sant. Obsadzenie młodego Vaughna w roli Normana Batesa w niczym nie urąga Anthony’emu Perkinsowi.
Mało tego, Vaughn z szacunkiem podtrzymał paranoidalny klimat osobowości jednego z najznamienitszych psychopatów w historii kina oraz delikatnie odważniej zaprezentował jego erotyczne kompulsje. Z drugiej strony doskonale rozumiem zarzuty miłośników Psychozy. Produkcja Van Santa jest do bólu odtwórcza, dlatego pojawia się pytanie, dlaczego reżyser zdecydował się ją nakręcić. Dla poszerzonej wiwisekcji seksualności Normana, lub kilku enigmatycznych wizji? Oczekiwałem, że przynajmniej w scenie pod prysznicem będzie pokazane więcej, zgodnie z przesuniętą wrażliwością widzów pod koniec lat 90.
Trochę krwi się polało, było jedno ujęcie z góry na pośladki, ale generalnie wciąż Amerykanie mają lęk przed nagim ciałem. Złote Maliny są więc zasłużone, bo akcentują wtórność Psychola. Vince Vaughn jednak mimo wszystko udowadnia, że byłby dobrym uczniem Normana.
Bradley Thomas, Blok 99 (2017), reż. S. Craig Zahler
Zanim przyszedł czas na Krew na betonie, Vaughn musiał udowodnić wybrednemu Zahlerowi, że się nadaje i rozumie rytmikę filmów reżysera, pisarza i muzyka w jednym. Zabójcza to mieszanka i w rzeczy samej podobnie odjechany jest też Blok 99.
Powiedzieć, że głównym bohaterem jest kark o znikomej mimice twarzy, to bardzo spłycić postać Bradleya Thomasa, boksera, przemytnika, osoby chorobliwie religijnej i religijnie patriotycznej, grindhouse’owego złoczyńcy ocierającego się o postać z kina klasy B Rodrigueza, jednak w której praktycznie nie ma surrealistycznego cynizmu w stosunku do siebie. Ostatnie, o co bym posądził Vaughna, to zagranie w kinie spod znaku więziennej eksploatacji, a jednak, jako doświadczony, poorany zmarszczkami i siniakami więzienny mściciel, wypada on niespotykanie autentycznie, jakby nigdy nie „splamił” się komedią.
Na dodatek jest postacią wewnętrznie roztartą aksjologicznie i z religijnego przestępcy rzeczywistość zmusza go, by stał się politycznym wywrotowcem. Z drugiej strony postać Bradleya jest dla widza trudna. Jej kontrowersyjne działania są przedstawione w tempie mającym niewiele wspólnego z potrzebą bycia wciągniętym w szybką akcję u współczesnego widza blockbusterów.
Anthony Lurasetti, Krew na betonie (2018), reż. S. Craig Zahler
Dobrze się stało, że Vaughn w tym momencie swojej kariery zagrał u Zahlera – mistrza niespiesznych rozwałek z początku psychologicznych, a na końcu krwawych jak świeżutki stek ze strusia – jeśli nie jedliście, to zachęcam, jest przepyszny. Na dodatek, grając u boku Mela Gibsona, jeszcze jako młodzik, Vaughn mógłby zostać pożarty przez neurasteniczną i dominującą osobowość legendarnego Mad Maxa. Poza tym Gibson często zbytnio dramatyzuje odgrywanych przez siebie bohaterów, a Vaughn gra lekko, z przymrużeniem oka.
Z czasem na szczęście wyuczył się kontroli nad swoim sowizdrzalstwem, przez co sprawdził się w duecie z Melem, a więc artystą niewątpliwie utalentowanym i znającym warsztat z obydwu stron – aktorskiej i reżyserskiej. Twórcy Krwi na betonie chyba również zdawali sobie sprawę z niekontrolowanego potencjału Gibsona, bo przebrali Vaughna w złowrogo wyglądającą skórzaną kurtkę. A jak wiemy, ubranie wpływa na charakter – facet w krawacie jest mniej awanturujący się.
Mówiąc bardziej poważnie, prawie dwumetrowy Vaughn ubrany w skórę, z czarnymi włosami, zwalistą posturą i bronią w ręku na zwolennika domniemanej przez niektóre kręgi „ideologii LGBT” nie wygląda. Wraz ze swoim partnerem (Gibson) przyjdzie się mu zmagać z niełatwym życiem w amerykańskiej rzeczywistości XXI wieku, która usilnie chce się zmienić w liberalny świat, a ciągle nie może sobie poradzić z problemami narosłymi w latach 50. i 60., a może jeszcze w XIX wieku?
Fred Claus, Fred Claus – brat świętego Mikołaja (2007), reż. David Dobkin
Po latach kręcenia komedii świątecznych Amerykanie na tyle się już wyrobili, że czasem coś ich natchnie, żeby stworzyć w temacie coś, co ma szansę złamać dotychczas obowiązujący schemat. Chociaż akurat gdy chodzi o Freda Clausa inne zdaje się być jedynie opakowanie, natomiast linia fabularna i wykorzystane archetypy pozostają niezmienne jak w Wigilijnej opowieści Dickensa. Kolorowa owijka jest jednak na tyle wielowarstwowa, że film nie męczy, a nawet tworzy interesujący, przygodowy nastrój. Główna zasługa w tym naszego solenizanta, który wciela się w niedowartościowanego i w gruncie rzeczy samotnego brata świętego Mikołaja. Gdy po raz kolejny przestaje sobie radzić w życiu i kończy w więzieniu, Mikołaj (Paul Giamatti) wpłaca za niego kaucję i zaprasza na Biegun Północny. Luzackie podejście drobnego oszusta i lekkoducha do świata wywołuje w siedzibie świętego Mikołaja lawinę osobliwych zdarzeń.
Vince Vaughn niewątpliwie nadaje się do tego typu ról, chociaż przez swój prawie dwumetrowy wzrost niekiedy wydaje się ociężały w komediowych gagach. Wybór tej akurat roli podyktowany jest unikalnością rozrywkowej produkcji Davida Dobkina w ramach całego gatunku. tzw. świątecznych komedii. Nie trzeba wcale lubić Bożego Narodzenia ani w nie wierzyć, żeby śmiać się razem z Fredem Clausem.
Nick Van Owen, Zaginiony świat: Jurassic Park (1997), reż. Steven Spielberg
Z początku sądziłem, że będzie postacią negatywną albo najpierw udawaną pozytywną, żeby później zdradzić głównych bohaterów kolejnej części opowieści o Parku Jurajskim – dr Ian Malcolm (Jeff Goldblum) i dr Sarah Harding (Julianne Moore). Stałby się wtedy prawą ręką filmowego antagonisty, Petera Ludlowa (Arliss Howard) i czarnym charakterem z wyjątkowo niewinną twarzą. W istocie od samego początku zamierzał storpedować wywiezienie dinozaurów z wyspy, tylko że jego nonszalancka natura trochę mu w tym przeszkodziła. Mimo obecności poza głównym wątkiem akcji, zaliczyłbym tę rolę Vaughna do głównych, a nie drugoplanowych.
Dla jego aktorskiej kariery zagranie w tak szeroko znanym i kultowym filmie Stevena Spielberga jak Park Jurajski (nieważne która część, liczy się kultowość tytułu) wsparło jego dalszą karierę i przygotowało do poważniejszych ról np. w Krwi na betonie. Tego typu kreację należy więc w filmografii Vaughna zawsze wspomnieć, pisząc o jego najlepszych kreacjach.
Robię tak, abstrahując od dobrej w tym przypadku jakości warsztatowej odegrania Nicka Van Owena, a kładąc nacisk na samą możliwość współpracy ze znanym reżyserem u szczytu kariery, mającym receptę na tworzenie legendarnych filmów.
