Publicystyka filmowa
Więzienne KINO AKCJI. Trzy ŚWIETNE filmy z charyzmy, pięści i krwi
W WIĘZIENNYM KINO AKCJI czeka na Ciebie brutalna uczta z charyzmą, pięściami i odrobiną krwi. Odkryj filmy, które zmieniają zasady gry!
Brutalne akcyjniaki z charakterem, jak za starych dobrych czasów, to dziś gatunek na wymarciu. Jeśli już się pojawiają, bywają często i niezasłużenie pomijane w mainstreamowym tłumie, przelatując bez rozgłosu przez kina niczym woda przez sito. Mimo to nie zatrzymują się w pół kroku, idąc konsekwentnie własną, usłaną trupami i adrenaliną ścieżką. Istniejąc jakby w alternatywnej rzeczywistości, w której główny bohater, olawszy dzisiejszą poprawność polityczną, wciąż może kląć jak szewc, prać kogo i jak chce, a w zakazanej gębie trzymać papierosa. Te filmy, świadome tego, czym są, nie proszą nikogo o atencję, jakby wiedziały, że kto szuka takiego ostrego jak brzytwa, bezkompromisowego kina, znajdzie je bez wszędobylskich trailerów czy billboardowej akcji promocyjnej. I choć nie figurują w box office’ach, a często trzeba je wygrzebywać niemal z kinowego podziemia, wciąż powstają i mają nie tylko swoją widownię, ale są też wysoko oceniane przez krytyków.
Poniżej chciałbym Was zapoznać z trzema takimi znakomitymi tytułami perełkami, filmami z krwi i kości powstałymi w ostatnich latach. Filmami, które pokazują, że współczesne kino akcji nie tylko trykociarzami stoi i że nie straciło cohones ani błysku w oku. Wspólnym mianownikiem jest w nich fantastycznie zagrana centralna postać niepoddająca się łatwym osądom, a także motyw krwawej zemsty oraz fakt, że gros akcji dzieje się za więziennymi kratami. Bluzgi sypią się z ekranu równie często jak ciosy, krew leje się proporcjonalnie do ilości złamanych kości, a drapieżna fabuła nie bierze zakładników.
Krwawa zemsta (2019), reż. Jesse V. Johnson
Główny bohater, Cain Burgess, na plakacie pozuje z dwururką i ogniem w tle, co nadzwyczaj mylnie zapowiada taśmowy film klasy B. Bo choć momenty kategorii B w Krwawej zemście istotnie występują, to film jest czymś znacznie lepszym, obfitującym w mnóstwo elementów z wyższej półki, przykuwających do ekranu na równiutkie 90 minut. Gdy poznajemy Caina, stanowi on wypisz, wymaluj skrzyżowanie Marva z Sin City i potwora Roberta De Niro z Frankensteina Kennetha Branagha. Scott Adkins wypada w tej roli fenomenalnie, porażająco przerażająco (w tym miejscu również wielkie brawa dla charakteryzatorów).
Spotkać kogoś takiego byłoby słabym doświadczeniem nie tylko w ciemnej uliczce, ale i w jasno oświetlonym supermarkecie na dziale z pluszakami. W trakcie filmu stopniowo dowiadujemy się, dlaczego bohater Adkinsa wygląda tak pięknie inaczej i zachowuje się niczym żądny krwi maniakalny zabójca… bez zlecenia.
Struktura tego mrocznego actionera z 2019 roku podzielona jest na dwie płaszczyzny czasowe i tyleż aren wydarzeń. Tu i teraz srebrnozęby Cain, niczym samotny król na szachownicy, stoi sam przeciw wszystkim pionkom, z dwururką w dłoni, w zamkniętej na trzy spusty knajpie, czekając na pojawienie się kluczowych figur i króla (seans Gambitu królowej wszedł mi chyba zdecydowanie za mocno).
Po wykorzystaniu jednego strzału, mając w lufie drugi (każdorazowo ostatni) nabój, musi co i rusz od nowa doładować dwururkę, a pozostali przy życiu przeciwnicy tylko czekają na jakiś jego błąd lub zagapienie. Dzięki takiemu zabiegowi oraz temu, że nie do końca wiemy, kim jest ten drab o wyglądzie zawodnika MMA, któremu ciężarówka przejechała po twarzy, film trzyma w napięciu jak klema akumulatora zapięta na jajach i wciąga jak ruchome piaski.
W retrospekcjach przenosimy się do więzienia, gdzie nasz bohater, jeszcze ładny, walczy o życie, bijąc się na więziennych korytarzach z „kolegami”, którzy chcą go ukatrupić pięściami, nożami, czasem deską jakąś i czym tylko popadnie. W scenach walk dominuje układ sam vs wszyscy, gdzie każdy przeciwnik grzecznie czeka na swoją kolej, żeby przypadkiem ktoś nie dostał wpierdolu dwa razy. Przez to wdziera się do filmu pewna umowność, ale bądźmy szczerzy, ta metodologia walki znana jest od zarania kina kopanego, wszak nawet Bruce’a Lee w Chińskim łączniku atakowano grzecznie, według numerka w kolejce.
Scott Adkins prezentuje się w scenach walk co najmniej spektakularnie, widać, że wie, jak się bić; zna wushu, taekwondo, kick-boxing, judo, ju-jitsu (i pewnie jeszcze kilka innych słów po japońsku). Kości są łamane jedna za drugą, niczym u Seagala z czasów, gdy było go o kilka kilogramów obywatela mniej. Choreograficznie dopieszczone walki kręcone są na długich, podkreślających realizm, brutalność i dynamikę ujęciach, dzięki czemu widać jak na dłoni, że tu nikt nie udaje, oczywiście poza panem ze zdjęcia poniżej, który pluje prawdopodobnie jakimś sokiem z malin.
Szkoda, że o pochodzącym z Wielkiej Brytanii zabijace nie jest głośniej, bo aktorsko stoi kilka klas wyżej od np. Jeana-Claude’a Van Damme’a, prezentując jednocześnie podobny poziom widowiskowości i finezji w poruszaniu się i sposobie walki. Szczerze powiedziawszy, dowiedziałem się o istnieniu Scotta Adkinsa dosłownie kilka dni temu, gdy natrafiłem właśnie na Krwawą zemstę. Obserwując go w scenach dialogowych z początku filmu, byłem pod tak dużym wrażeniem kreowanej przezeń niepokojąco wyglądającej postaci, że zdziwiłem się, widząc go później w normalnym wydaniu (w sensie urody) i jako prawdziwego badassa w scenach walk.
Od razu po seansie Krwawej zemsty sięgnąłem po inne wysoko oceniane filmy z tym aktorem, jak Pan Wypadek (ależ kawał fajnego actionera!) czy Champion 2, 3 i 4 (także świetne kino kopano-więzienne). I mam wrażenie, że powoli rodzi się nowa ikona kina akcji, mogąca dziś wskoczyć w miejsce takich legend jak wspomniany już Rosjanin z nadwagą czy Van Damme z najlepszych lat. Jednocześnie jestem świadom, i trochę tego szkoda, że epoka ekranowych mięśniaków-zabijaków umiejących w sztuki walki jest już dawno za nami i dziś ciężko przebić się nowym twarzom do zbiorowej wyobraźni widzów. Jednakowoż Scott Adkins na pewno na popularność i docenienie zasługuje, bo naprawdę fajnie się na niego patrzy.
Krwawa zemsta to cholernie dobry kawał męskiego, wysokooktanowego kina, z ostrymi dialogami, kapitalnym soundtrackiem (!), opowiedzianego z werwą, wciągająco i bez sekundy nudy. Do tego reżyser umiejętnie czerpie ze stylu Guya Ritchiego, zarówno pod względem montażu, jak i dialogów (brytyjski akcent Adkinsa i reszty obsady robi robotę), czarnego humoru czy kreowania galerii barwnych postaci z przestępczego półświatka. Film, który na RottenTomatoes otrzymał 86% od krytyków (!), wyreżyserował Jesse V. Johnson, uznany w Hollywood kaskader (m.in. Pamięć absolutna, Żołnierze kosmosu, M:I 3), który reżyseruje rzadko i jeśli już, to na pokładzie niemal zawsze ma Scotta Adkinsa, obsadzonego przeważnie w roli głównej.
Blok 99 (2017), reż. S. Craig Zahler
Jakież musiało być zdziwienie widzów kinowych Pewnego razu na dzikim zachodzie (1968), gdy w ujęciu kamery na twarz mordercy spod kapelusza wyłoniła się twarz Henry’ego Fondy, do tamtej pory znanego wyłącznie z odgrywania postaci dobrodusznych, poczciwych i pozytywnych. W dodatku Fonda wykreował w filmie Sergia Leone charakter tak czarny jak smoła, zapisując się na zawsze w galerii najlepszych (tzn. najgorszych) bad guyów w historii kina. Tę aktorską odwagę i spektakularny, zakończony pełnym sukcesem popis ekranowej charyzmy dziś ośmielę się zestawić z wyczynem współczesnego aktora… Vince’a Vaughna.
Aktor do niedawna kojarzony raczej z występami w komediach (jeden Psychol z 1998 wiosny nie czyni), często średniego kalibru i pozostający gdzieś daleko w ogonie II ligi Hollywood, nieoczekiwanie dla wszystkich wywrócił swoje ekranowe emploi do góry nogami. Odgrywając postać twardziela przez duże T, którego nie do końca udaje się nam rozszyfrować, pokazał prawdziwy kawał aktorskiego rzemiosła, nieskażonego ani fałszem, ani przesadą, jakby granie ekranowych badassów miał we krwi. I ani widzom, ani jego ekranowym przeciwnikom do śmiechu już nie jest.
Reżyser Bloku 99 S. Craig Zahler już w swoim debiucie Bone Tomahawk, niezwykłym filmie z pogranicza westernu i bardzo krwawego horroru, pokazał, w czym się lubuje. Jego styl najkrócej i najlepiej określa stwierdzenie, które można znaleźć w sieci, a mówiące, że filmy Zahlera zaczynają się w prawdziwym świecie, by powoli przekształcać się w surrealistyczne opowieści z wystylizowanym przedstawieniem przemocy. Ten opis pasuje jak ulał do Bloku 99, drugiego filmu w dorobku obiecującego amerykańskiego reżysera.
Przez podróż z tego zwykłego świata do iście dantowskiego piekła prowadzi nas właśnie Vince Vaughn, w którym nie odnajdziemy choćby śladowej ilości jego dawnej komediowej maski. I film, i postać Bradleya kreowana przez Vaughna, to twory przedziwne, niecodzienne, wymykające się prostej klasyfikacji.
Reżyser już w pierwszych minutach filmu definiuje nieludzką siłę Bradleya i mocną kreską opisuje nam charakter bohatera, za którym będziemy podążać, często w dosłownym tego słowa znaczeniu, obserwując wielki krzyż wytatuowany na jego łysej głowie. Bradley w ataku złości na zdradzającą go małżonkę, gołymi rękoma (podobno Vaughn zrobił to własnoręcznie na prawdziwym aucie) wyłamuje z samochodu lusterka, łokciem wybija szybę i wyrywa maskę. Co najważniejsze, choć wyładowuje złość i frustrację w tak prymitywny sposób, jednocześnie nie tyka choćby palcem swojej kobiety.
Po ataku złości z zakrwawioną dłonią, siada na kanapie i rozmawia z ukochaną tak spokojnie, jakby właśnie spotkali się w Starbucksie i siedzieli przy miętowym latte. Ten niezwykły dualizm: oschła, zwierzęca brutalność z jednej, zdolność do wybaczenia i troska o najbliższych z drugiej strony, będzie towarzyszyć Bradleyowi przez całą wyprawę do tytułowego Bloku 99, najgorszego miejsca w najgorszym więzieniu. I będziemy mu w tej mrocznej eskapadzie z całych sił kibicować!
Trwający całe 130 minut film z 2017 roku ma niespieszne, a wręcz (w pierwszej połowie) ślimacze tempo, ale niepokojący, niemal hipnotyzujący stoicyzm Vince’a Vaughna, jego sposób bycia, mówienia, poruszania się oraz jego niejasna, intrygująca przeszłość utrzymują zainteresowanie widza na najwyższym poziomie. Film widziałem już trzy razy w ciągu kilkunastu miesięcy i za każdym razem oglądam go od deski do deski, bez tzw. przerwy na siku. Niezwykły pokaz siły, determinacji i odporności na ból Bradleya przedstawione na początku filmu prowadzą w trzecim, diabelnie satysfakcjonującym widza akcie do niezapomnianych scen mordobić.
Na pierwszy rzut oka charakteryzują się one siermiężną choreografią. Ciosy zadawane są jakby w zwolnionym tempie, topornie i z mozołem, przez co mają niepowtarzalny charakter i pewien niewytłumaczalny, surrealistyczny posmak. Niezachwiana pewność siebie, nonszalancja Bradleya i brutalna siła z piekła rodem grają w nich pierwsze skrzypce. Do tego dochodzi narastająca ze sceny na scenę liczba łamanych kości, miażdżonych czaszek, w konfiguracjach tak niemożliwie brutalnych, że momentami sprawiają wrażenie groteskowych, umownych, niczym wyciągnięte z jakiegoś komiksu o przygodach Lobo.
Konstrukcja Bloku 99 to konsekwencja reżysera w budowaniu posępnej, mającej własny styl opowieści, ale przede wszystkim niesamowity popis aktorski mierzącego blisko dwa metry Vince’a Vaughna, który do roli wzmacniał tężyznę fizyczną i trenował boks. Aktor niesie na swoich barkach 130 minut filmu, doskonale czując odgrywaną postać, jakby urodził się, by zagrać Bradleya Thomasa, żywcem przypominającego mieszankę Marva z Sin City z (w mniejszym stopniu) Conanem Barbarzyńcą. Nie tylko dlatego, że wygląda jak zabijaka wyjęty ze średniowiecznego pola bitwy, że miażdży wrogów by słuchać lamentu ich kobiet i jest nienormatywnie odporny na ból.
Przede wszystkim dlatego, że motorem jego działań jest miłość do kobiety i ślepa zemsta oraz dobre serce tkwiące w mocarnej obudowie. Podróż do piekła w pogoni za tymi złymi (choć i Bradley do tych dobrych średnio pasuje) stanowi dla widza kawał solidnej, męskiej rozrywki, na najkrwawszym poziomie, gwarantującym przyjemne podrażnienie pierwotnych instynktów drzemiących w każdym facecie.
Bradley w każdej sytuacji jest spokojny i opanowany, swoje myśli i emocje wyraża w prostych, konkretnych słowach, a rozmazanie twarzy przeciwnika po betonie jest dla niego tak łatwe i bezemocjonalne jak posmarowanie chleba nożem podczas robienia studenckiej kanapki. Vince Vaughn porusza się nieco ociężale, jak przystało na kawał chłopa mierzącego 1,96 m, w walce nie wykazuje się zbyt wielką szybkością czy dynamiką, lecz brutalną, prymitywną siłą.
Można powiedzieć, że jest jak… leniwy rekin. Określenie to znalazłem w samym filmie, Lazy Shark to bowiem nazwa łodzi, którą Bradley wypływa wraz z dwoma zakapiorami, by wyłowić narkotyki. Prawdopodobnie ten napis na łodzi nie ma nic wspólnego z postacią kreowaną przez Vaughna, ale doskonale ją opisuje.
Jeżeli jakimś cudem przegapiliście Blok 99, koniecznie musicie nadrobić tę zaległość, na moją odpowiedzialność, satysfakcja gwarantowana albo zwrot pieniędzy. A jeśli ta wyprawa do czeluści piekieł Wam się spodoba, rzućcie także okiem na trzeci film S. Craiga Zahlera – Krew na betonie, z Melem Gibsonem i powtórnie Vince’em Vaughnem, tym razem jednak na drugim planie. Choć film nie daje już takiego emocjonalnego kopa jak więzienna historia Bradleya rozdeptującego swoich przeciwników, to wciąż solidne i bardzo mocne kino akcji z satysfakcjonującym finałem. Od premiery Krwi na betonie minie za chwilę trzy lata i szkoda, że na razie nie widać na horyzoncie nowego projektu nietuzinkowego reżysera.
Skazany (2017), reż. Ric Roman Waugh
Shot Caller z 2017 roku, w naszym kraju znany pod tytułem Skazany, jest na tle poprzedników najbardziej stonowany, zarówno pod względem tempa akcji, jak i ilości prezentowanej przemocy. Ale gdy już ta na ekranie się ukazuje, przedstawiana jest w sposób niezwykle naturalistyczny i krwawy. Skazany to konglomerat znanych elementów, zaczerpniętych m.in. z Gorączki Michaela Manna i serialu Breaking Bad. Główna postać w swoim opanowaniu przeplatanym brutalnymi pokazami siły kojarzy się z kolei z kreacjami Viggo Mortensena w dwóch genialnych filmach Davida Cronenberga: Historii przemocy i Wschodnich obietnicach.
Choć jednak w Shot Caller nietrudno dopatrzeć się tych wszystkich naleciałości i zapożyczeń (świadomych lub nie), nie jest to kopiowanie dla kopiowania, bo reżyser i scenarzysta Ric Roman Waugh tworzy ze znanych klocków zupełnie nową, oryginalną i porywającą jakość.
Ric Roman Waugh, były kaskader (m.in. Oni żyją, Uniwersalny żołnierz, 60 sekund), miał już za sobą doświadczenie w mocnym kinie więziennym, albowiem dekadę wcześniej nakręcił bardzo solidnego Skazańca (oryg. Felon) ze Stephenem Dorffem i Valem Kilmerem w rolach głównych. Na marginesie, ten film więzienny także mogę Wam z czystym sumieniem polecić, a ciekawostką jest fakt, że część akcji Shot Callera rozgrywa się w tym samym więzieniu przeznaczonym wyłącznie dla mężczyzn (Więzienie stanowe w Kalifornii, Corcoran), co akcja Felona.
W centralną postać wciela się Nikolaj Coster-Waldau, duński aktor, którego szersza publiczność kojarzy zapewne z roli Jamiego Lannistera w serialu Gra o tron. W Shot Caller Coster-Waldau wciela się w ustatkowanego, szczęśliwie żonatego i dzieciatego maklera, któremu powinęła się noga i który trafia do więzienia o zaostrzonym rygorze. Gdy go poznajemy, właśnie wychodzi na wolność, a na twarzy i wytatuowanym ciele ma „wypisane”, że po latach odsiadki jest równie twardy, co więzienne mury, które właśnie opuścił.
Widać, że aktor znacznie przypakował, aby wiarygodnie przedstawić swoje drugie oblicze. Choć duński aktor ogranicza aktorskie środki ekspresji do minimum, kradnie show wszystkim aktorom, z którymi pojawia się na ekranie, włącznie z Jonem Bernthalem, etatowym świrusem, którego osobowość trudno przyćmić przed kamerą. Akcja filmu rozgrywa się, podobnie jak w przypadku Krwawej zemsty, na dwóch płaszczyznach, za murami więzienia oraz na wolności i podobnie jak w filmie ze Scottem Adkinsem, mamy do czynienia z licznymi retrospekcjami, z których krok po kroku dowiadujemy się, jak rozwijała się ścieżka kariery naszego bohatera. W retrospekcjach widzimy Maklera (bo taką ksywkę przyjmuje za kratkami) jako statecznego męża i ojca, nienagannie ubranego w garnitur.
W trakcie właściwej akcji filmu nosi flanelową koszulę, ma długie, zaczesane włosy i charakterystyczny wąs i choć to z pozoru niewielka zmiana w wyglądzie, aktor prezentuje się jak dwie, niemające ze sobą nic wspólnego osoby. To zasługa znakomitego aktorstwa w wykonaniu Costera-Waldaua oraz kapitalnie napisanej postaci i świetnego scenariusza, które pozwoliły mu rozwinąć skrzydła. Szkoda, że reżyser i Nikolaj Coster-Waldau nie kontynuowali współpracy przy kolejnych projektach.
Ric Roman Waugh wolał zacząć kręcić umiarkowanie dobre sensacyjniaki z mocno przereklamowanym i przebrzmiałym Gerardem Butlerem: Świat w ogniu (2018) i Greenland (2020), choć pod ręką miał takiego kozaka jak Coster-Waldau. Ten niedoceniany aktor charyzmą i talentem aktorskim, jaki zaprezentował w Shot Caller, zjada dzisiejszego Butlera na śniadanie.
