Publicystyka filmowa
5 filmów o EGZORCYZMACH, które MUSISZ obejrzeć, jeśli nie chcesz zostać opętanym przez demona
EGZORCYZMY to temat, który od wieków fascynuje i przeraża. Odkryj pięć wyjątkowych filmów, które wciągną Cię w mroczny świat opętania.
Gdzie się schowasz, jeśli to, co ci zagraża, jest niewidzialne dla oczu? Gdzie uciekniesz, jeśli to, co cię ściga, może wtopić się w twoje ciało i zawładnąć umysłem? Opętanie wydaje się sytuacją bez wyjścia, a duch czy demon przeciwnikiem, z którym nie da się wygrać. Chyba że po twojej stronie stanie egzorcysta. Gdy w walce ze złem nie ma już nadziei, tylko on zdoła rzucić ostatnią deskę ratunku.
Z egzorcyzmem rozumianym jako duchowa interwencja, której celem jest pomoc w oczyszczeniu osoby lub miejsca z działań złego ducha, mamy w filmie do czynienia od czasów kina niemego. Pierwszym egzorcystą, jak powszechnie wiadomo, był Jezus Chrystus i to właśnie film z jego udziałem – From the Manger to the Cross z 1912 roku – przetarł szlak temu motywowi, który wkrótce zawędrował do kina grozy. Co w nim takiego strasznego? Bez względu na to, czy patrzymy na opętanie z punktu widzenia wiary, czy rozsądku, zawsze wywoła w nas trwogę, dlatego że przypomina nam o ryzyku pogrążenia się w bezdennych otchłaniach mroku. Zło istnieje i zadziała zawsze wtedy, gdy damy mu na to przyzwolenie.
Filmów o egzorcyzmach nakręcono sporo. Większość tworzono na jedno kopyto. Pięć wymienionych przeze mnie tytułów broni się jednak oryginalnością i stylem. Obejrzyj je, a być może uda ci się przetrwać spotkanie z demonem.
Egzorcysta
Zestawienie wypada zacząć od wyjątkowo mocnego uderzenia, jakie w 1973 roku zaserwował widowni William Friedkin. Było to pierwsze zetknięcie z gatunkiem horroru reżysera, który dwa lata wcześniej zasłynął brawurowym Francuskim łącznikiem. Przesiadka z sensacji na kino grozy udała się amerykańskiemu twórcy nadspodziewanie pomyślnie. Friedkin stworzył bowiem dzieło, które do dziś stanowi niedościgniony wzór wykorzystania motywu opętania i egzorcyzmów na potrzeby kina.
Po rozłożonych przez niego widełkach podążają współcześni twórcy opowiadający historie księży, na których barki spada zadanie przepędzenia demona z ciała niewinnej osoby (vide Rytuał czy koreański The Priests). Nikomu jednak nie udało się ani na milimetr zbliżyć do magii oryginału, podrobić jego posępnej atmosfery, powtórzyć dramatyzmu sytuacji, w której znalazł się bohater – powątpiewający ksiądz, który szybko zdaje sobie sprawę, że tylko jego determinacja może pomóc opętanej niewieście. Egzorcysta to horror kompletny i unikalny także dlatego, że do chrześcijańskiej idei Szatana podchodzi bardzo, ale to bardzo poważnie, nadając jej przerażające znaczenie.
Constantine
W dobie powszechnego zła czyhającego w każdym zakamarku każdy chciałby go mieć po swojej stronie. John Constantine, bo o nim mowa, to egzorcysta, który zwykle nie przebiera w środkach, gdy mierzy się z piekielnymi pomiotami. Dzięki swym metodom jest rozchwytywany i zabójczo skuteczny. I za to właśnie mu chwała. Constantine to jeden z tych filmów, który staje się tym lepszy, im więcej czasu upływa od jego premiery. Pamiętam, że wśród recenzji filmu Francisa Lawrence’a można było usłyszeć wiele głosów niezadowolenia, zwłaszcza wśród fanów komiksowego pierwowzoru.
Narzekano też, że Keanu znowu drewniany, że film pstrokaty i niedorzeczny. Dziś, w czasie kolejnego szczytu popularności Keanu Reevesa (wynikającego także z rozumienia jego aktorskich ograniczeń) oraz po doświadczeniach z nową, serialową adaptacją komiksu Hellblazer, film z 2005 roku wspomina się i ogląda nadspodziewanie dobrze. Constatine to kino wielorazowego użytku, porywające swym dynamizmem, kolorytem, okultystycznym klimatem i przede wszystkim charyzmatyczną postacią główną. Pierwszy i, jak mniemam, jedyny przypadek w kinie, gdy tematyka egzorcyzmów w iście komiksowej konwencji spotyka się z kryminałem oraz gdy „odprawiający” egzorcyzmy przypomina kogoś na wzór detektywa.
Ostatni egzorcyzm
Twórcy przez lata głowili się nad tym, w jaki sposób zademonstrować satanistyczną grozę, tak by nie wiała z daleka wtórnością. Udało się to Danielowi Stammowi, który w Ostatnim egzorcyzmie pokazał, iż da się z dobrze znanego schematu fabularnego wycisnąć jeszcze jakieś soki. Kluczowa w tym wypadku okazała się stylistyka – Stamm, idąc śladem twórców [Rec] oraz Paranormal Activity, rzucił w kąt podpierający kamerę statyw na rzecz realizacji zdjęć „z ręki”. Choć horrorowe found footage czasy świetności ma już za sobą, stanowiąc dziś bardziej wyróżnik przebrzmiałości niżeli oryginalności, to jednak w Ostatnim egzorcyzmie mamy do czynienia z jednym z ostatnich przypadków umiejętnego wykorzystania paradokumentalnej formuły na rzecz szerzenia grozy.
Grozy, która staje się tu niejako prawdziwsza. Tym razem czujemy, jakbyśmy byli bliżej tych wydarzeń. Dylematy bohatera sceptycznie nastawionego tak do zła o twarzy diabła, jak i do samych egzorcyzmów, stają się naszymi dylematami. Zło jednak szybko weryfikuje nasze wątpliwości. Oczywistym jest, że Ostatniemu egzorcyzmowi daleko do wielu horrorowych ideałów – fabuła na przykład jest wszak prosta jak budowa cepa. Ale nietypowość filmu oraz dobre tempo akcji pozwalają przymknąć na oko na te kilka niedogodności.
Lament
Jeśli jesteście zmęczeni hollywoodzkimi schematami, jeśli szukacie świeżości, innego spojrzenia na tematykę satanistyczną i nie tylko, gorąco zapraszam do zapoznania się z tym koreańskim filmem. To tylko z pozoru prosta historia o tchórzliwym policjancie, ojcu rodziny, który nie bardzo wie, jak zająć się sprawą tajemniczej zarazy. Dzieje się tu jednak znacznie, znacznie więcej.
Motywy opętania i egzorcyzmów przeplatają się z wątkiem zombie. Groza nie raz ustępuje miejsca czarnej komedii, a kryminalna struktura narracji niejednokrotnie uznaje wyższość wątku obyczajowego. Lament to horror bardzo nietypowy, wymykający się jednoznacznej klasyfikacji oraz prostym interpretacjom. Finał tej historii pozostawia widza z uczuciem niedopowiedzenia, przez co nadarza się okazja do snucia określonych teorii. Jedno w tym filmie jest jednak pewne jak wschód i zachód słońca – jego wymowa przeraża i trafia w serce. Warto ten koreański obraz obejrzeć także w ramach ciekawostki – za sprawą jednej, niezwykle intensywnej sceny mamy okazję zobaczyć, jak wyglądają egzorcyzmy w kulturze innej niż judeochrześcijańska.
Egzorcyzmy Emily Rose
Horror może być horrorem. Duchy mogą wyskakiwać z szafy, a krew może tryskać po ścianach. Ale to, co nas najbardziej przeraża, to świadomość, że obrazki, którymi się brudzimy, mogłyby zaistnieć w naszej rzeczywistości. W tym wypadku klauzula „historia oparta na faktach” działa jak płachta na byka, wzmagająca uczucie żywego poruszenia. Wobec dramatyzmu przedstawionej sytuacji trudno przejść obojętnie. Dziewczyna, która była opętana przez demona, zmarła podczas odprawiania egzorcyzmów.
Odpowiedzialnemu za to księdzu postawione zostają zarzuty za nieumyślne spowodowanie śmierci. Czy słusznie? Egzorcyzmy Emily Rose biorą na wokandę zjawisko opętania, próbując poważnie odpowiedzieć na pytanie, czy jest uzasadnione patrzeć na nie w kategoriach chorobowych, czy też rację mają ci, którzy szukają w takich przypadkach ratunku nie w lekach, a w metodach alternatywnych, związanych z konkretnym obrzędem liturgicznym. Przypadek, który przytoczył w swoim filmie Scott Derrickson, jest wybitnie kontrowersyjny. Zakończył się źle, ale należy pamiętać, że egzorcysta wszedł na plan dopiero wówczas, gdy leki psychotropowe nie przyniosły żadnych rezultatów. Nigdy wcześniej i nigdy później żaden film o egzorcyzmach tak mnie nie poruszył, nie zachęcił do analizy całej teologii tego zagadnienia.
