Recenzje
STALOWE MAGNOLIE. Idealna kompozycja talentów
STALOWE MAGNOLIE to wzruszająca opowieść o przyjaźni, miłości i życiowych zawirowaniach w małym miasteczku. Emocje w każdym ujęciu!
Lata 80. Małe amerykańskie miasteczko. M’Lynn, Ouiser, Truvy i Clairee znają się od lat. Lubią się i czubią, wiedzą wszystko o wszystkich i wszystko żywo komentują, spotykając się regularnie w salonie piękności należącym do Truvy. Zbliża się ważne wydarzenie – córka M’Lynn, Shelby, niedługo wychodzi za mąż. Truvy wespnie się na szczyty swoich umiejętności, żeby dziewczyna w dniu swojego ślubu wyglądała jak księżniczka z bajki.
Sielanka? Nie do końca. Shelby choruje na cukrzycę, a jej matka odchodzi od zmysłów ze strachu o jej zdrowie, kiedy dziewczyna niedługo po ślubie zachodzi w ciążę. W miasteczku pojawia się znikąd tajemnicza Annelle, która zatrudnia się u Truvy. Właścicielka salonu z kolei przechodzi kryzys małżeński, którego przyczyn upatruje w bezrobotnym mężu.
Sześć kobiet, sześć różnych postaci, sześć wspaniałych aktorek. Doświadczenie uczy, że w takich przypadkach niezwykle trudno o sukces – gwiazdy najczęściej rywalizują ze sobą na ekranie z widoczną szkodą dla produkcji. Stalowe magnolie to przeciwny biegun. Reżyser Herbert Ross (Punkt zwrotny, Footloose, Chłopaki na bok) zaprosił do współpracy przed kamerą niekwestionowane diwy – Shirley MacLaine, Dolly Parton, Sally Field. Towarzyszą im Olympia Dukakis, Daryl Hannah i Julia Roberts, a na dalszym planie – partnerujący paniom Tom Skerritt, Sam Shepard i Dylan McDermott. To mogła być malownicza klęska, a jednak udało się artyście stworzyć pełen emocji film, w którym każda postać ma swoje, niezwykle ważne miejsce.
Z pewnością na ekranie błyszczy niesamowita MacLaine w przeszarżowanej do granic roli Ouiser. Lokalna wariatka, nieruszająca się nigdzie bez ogromnego, półdzikiego psa, stanowi miejscową atrakcję. Na bakier z prawie wszystkimi mieszkańcami miasta, na co dzień dogaduje się jako tako wyłącznie z wyluzowaną Clairee (w tej roli elegancka Olympia Dukakis). Tylko ona jest w stanie swoim bez mała beztroskim podejściem do ataków furii Ouiser choć na chwilę ją wyciszyć.
Gdzieś pomiędzy nimi dwiema plasuje się Sally Field w roli pani domu, M’Lynn. Zajmuje się domem i dziećmi, dba o męża, martwi o dorosłą córkę. Z radością przekazuje ją pod opiekę przystojnemu zięciowi (błękitnooki McDermott), ale ani na moment nie przestaje się o nią troszczyć. Shelby (młoda Julia Roberts ze swoim słynnym uśmiechem i z burzą rudych loków), dziewczyna wyjątkowej urody i uroczego charakteru, powinna mieć w życiu wszystko, o czym zamarzy. Na drodze do pełni szczęścia staje jej jednak choroba. Mimo że Shelby wie, że potencjalna ciąża będzie zagrożeniem dla jej życia, decyduje się na poczęcie dziecka. Synek jest, oprócz kochającego męża, największą radością jej życia.
Grona przyjaciółek dopełniają Truvy (Dolly Parton) i Annelle (Daryl Hannah). Ta pierwsza to zdrowo myśląca kobieta interesu, której jedyną słabością jest mąż (Sam Shepard), a i to do czasu. To u niej spotykają się przyjaciółki, wśród flakonów z kosmetykami wymieniając ploteczki i dzieląc się życiowymi doświadczeniami. To u jej drzwi staje pewnego dnia zagubiona Annelle, wiecznie w drodze, wiecznie poszukująca, wiecznie niepewna. Daryl Hannah nie była w tym przypadku pierwszym wyborem – Ross uznał ją za zbyt atrakcyjną do tej roli. Hannah spróbowała mimo to, tak skutecznie odmieniona, że podczas przesłuchania nikt jej nie poznał.
Powierzono jej postać Annelle i wbrew początkowym wątpliwościom reżysera okazało się, że był to strzał w dziesiątkę, aktorce udało się bowiem utrzymać spójną wizję postaci pomimo stałych zmian scenariuszowych w życiu Annelle. A fakt, że tym razem nie uciekała się do wykorzystywania swoich fizycznych atutów, stanowi o sile jej kreacji.
Stalowe magnolie mogłyby być kolejną obyczajówką do kotleta. Składniki wymieszane w standardowych ilościach – trochę śmiechu, trochę łez, trochę ładnych obrazków – dają lekkostrawną potrawę, w sam raz na nieco nudny, ale sprawdzony posiłek. Stało się jednak inaczej.
Przede wszystkim – scenariusz. Tak, historia jest standardowa – mała społeczność, której sielankowy obraz burzy nagła tragedia, grupa ludzi z problemami, które muszą oni, w ten czy inny sposób, trzymając się razem, rozwiązać. Stalowe magnolie jednak zapadają w pamięć dzięki inteligentnemu, ciętemu dowcipowi, godnemu ostrego języka Shirley MacLaine. Sceny komediowe z jej udziałem to klasa sama w sobie – już otwarcie Ouiser, kiedy wpada ona w sam środek przygotowań do ślubu ze swoim psiskiem, z pretensjami, że Drum (Tom Skerritt) strzela do ptaków, stanowi zapowiedź dobrej zabawy. A MacLaine nie odpuszcza ani na sekundę i nawet w momentach, które wymagają od niej więcej powagi, tli się w niej ognik szaleństwa.
W przeciwwadze stoi Sally Field, która w Stalowych magnoliach stworzyła scenę bez mała monumentalną – mowa tu o scenie na pogrzebie. Ogrom cierpienia, wściekłości, bólu, jaki wylewa się w ciągu tych kilku minut z aktorki, jest niesłychany. Nie wierzę, że jakikolwiek widz pozostaje obojętny w obliczu takiej maestrii. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że jest to największy wyczyn aktorski Field. Nie pamiętam jej z żadnej innej roli, z żadnej innej chwili, w której dałaby z siebie tak wiele. Dla samego tego momentu warto obejrzeć film Rossa.
Zresztą jest to też popis umiejętności tego reżysera, który zrzucając widza razem z M’Lynn na samo dno rozpaczy, natychmiast podaje mu rękę. W jednej chwili patrzymy, pełni współczucia, na udrękę matki, a już w kolejnej śmiejemy się przez łzy, kiedy Clairee radzi uprzejmie M’Lynn: „Walnij Ouiser. Połowa miasta chciałaby przywalić Ouiser!”. Oddech. To, co doprowadziło matkę Shelby do dramatycznego wybuchu, nigdy jej już nie opuści, ale na chwilę odpuści. Przekaz jest jasny – wydarzyło się coś okropnego, ale można, trzeba, będzie się żyło dalej.
I żyje się. Końcowe sceny Stalowych magnolii wracają do sielankowych klimatów scen pierwszych, zataczając krąg. Wzloty i upadki, błyski szczęścia i ziarenka smutku mieszają się ze sobą, a życie, nie zważając na pojedyncze zdarzenia, toczy się swoim torem.
Stalowe magnolie to doskonały film na babski wieczór. Opowieść o sile drzemiącej w każdej kobiecie – z pozoru delikatnej jak magnolia, a jednak nie do złamania, nie do pokonania, niczym szlachetna stal – to klasyk absolutny, który jednocześnie wyciska łzy z oczu i podnosi na duchu. Nie jest przy tym nudny, nie jest moralizatorski, nie stosuje ogranych chwytów, nie opiera się na typowych postaciach. Jak umiejętnie dobrana wiązanka kwiatowa, nadal zachwyca – każdym pąkiem osobno i idealną ich kompozycją.
