Publicystyka filmowa
DZIEŃ ŚWIRA. Wszyscy jesteśmy świrami
W czasie swojej kariery reżyserskiej Marek Koterski zdołał zbadać najróżniejsze obszary egzystencjalne.
Autorem tekstu jest Krystian Miderski.
Polskie kino dość chętnie stawia zwierciadło naprzeciw naszego podwórka. Jego odbicie potrafi być mniej lub bardziej subtelne, zależnie od rzeczywistej perspektywy twórcy. Mało kto jednak opisuje otaczającą sytuację w tak oryginalny i gorzko-humorystyczny sposób jak Marek Koterski. Na przestrzeni swej ponad pięćdziesięcioletniej kariery reżyserskiej twórca zdołał zbadać najróżniejsze obszary egzystencjalne. Pod jego lupą w centrum uwagi znalazły się dotychczas chociażby relacje rodzinne (Dom wariatów), miłosne (Ajlawju”), alkoholizm (Wszyscy jesteśmy Chrystusami) czy dzieciństwo (7 uczuć). Gdyby jednak wskazać tę jedną pozycję z filmografii, która mogłaby służyć za uosobienie wszystkiego, co „koterskie”, wybór wydaje się niemalże oczywisty. Mowa o Dniu świra – obrazie, który to na 27. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni wzbogacił półkę twórcy o pierwszego i jak dotąd jedynego Złotego Lwa.
Pomyśleć, że w tym roku miną 23 lata odkąd Koterski pokazał swój film publiczności. Co jeszcze ciekawsze, z każdą kolejną minioną wiosną tytuł nie traci nic na wartości. Status pozycji kultowej właściwie nadal nie słabnie, a i następnych pokoleń odbiorców nie pozostawia w stanie zobojętnienia. Jedni zobaczą w tym głównie złośliwą szyderę z otoczenia – z osobników, z którymi zmuszeni jesteśmy każdego dnia dzielić cenny czas i przestrzeń, inni doświadczą bliskiego spotkania z wstrząsającą prawdą o byciu członkiem społeczeństwa i wiążącym się z tym introwertyzmie. Można powiedzieć, że każdy doskonale pamięta swój pierwszy seans Dnia świra i tym bardziej jest w stanie wyrazić, jakie to emocje jemu towarzyszyły – od radości z absurdu zawartych sytuacji, poprzez dysonans poznawczy, kończąc na déjà vu i melancholii.
Tytułowym „świrem”, z którym widz spędzi ów, dzień ma być nie kto inny, jak alter ego twórcy Adaś Miauczyński – w poprzednich wcieleniach obserwujący świat z fotela reżysera filmowego czy biurka krytyka literackiego, tym razem przedstawiony jako 49-letni podrzędny polonista w liceum, rozwiedziony inteligent samotnie zamieszkujący lokum na jednym z wielu warszawskich postpeerelowskich osiedli z wielkiej płyty. Zapowiedzią udręki codzienności (anty)bohatera ma być niecenzuralny zwrot na powitanie kolejnego poranka przerywającego spokojny sen. Tak oto zaczyna się rutyna typowego dnia z życia Miauczyńskiego – obejmującego m.
in. śniadanie, pracę, wizytę u niezbyt bystrego dorosłego syna i zaangażowanej społecznie eksżony, obiadek u ukochanej matki, eskapadę po licznych gabinetach lekarskich czy tą długo wyczekiwaną chwilę oddechu (czy raczej próbę jego złapania…) nad morzem. Co może brzmieć pesymistycznie w tak zwyczajnej i obowiązującej niemalże każde ludzkie istnienie etykiecie? Otóż pamiętać należy, iż drugoplanowy udział w niej mają też inne postaci – osoby trzecie, czyli sąsiedzi, przechodnie, sprzedawcy, pracownicy, uczniowie… Skrótem pisząc: ludzie, którzy niby tylko mijają Adasia, a jednocześnie pozostawiają po sobie cegiełkę budującą jego osobowość i podejście.
Kolejne epizody lubianych polskich twarzy kina i telewizji okazują się pełnić funkcję jedynego w swoim rodzaju spoiwa łączącego niefortunne sytuacje w złośliwą ogółem karykaturę kraju nadwiślańskiego.
Podobnie jak w innych swoich filmach, Koterski pozwala widzom spojrzeć na ten piękny słoneczny świat, pełen śpiewu ptaków i kwitnącej zieleni oczyma Miauczyńskiego – człowieka zrezygnowanego, sfrustrowanego, nieudolnie ganiającego za świętym spokojem i którego porządek ciągle ulega zakłóceniu przez liczne czynniki zewnętrzne. Przeszkody znajduje on właściwie we wszystkim – od wytwarzających hałas od bladego świtu robotników, poprzez żyjących własnym życiem sąsiadów zza cienkich ścian, kończąc na telewizyjnej „gumie do żucia dla oczu” podawanej niczym przystawka do spożywanej kolacji.
Dość powiedzieć, że przeciwko poloniście wydaje się nawet miesięczna wypłata będąca ukoronowaniem jego wielu lat edukacji… Wszystko to idzie zresztą w parze z nerwicą natręctw i obsesyjnym powtarzaniem niezbędnych dla cywilizowanego człowieka czynności. Wizja niepokoju nie pozwala mu nawet opuszczać mieszkalnego zacisza bez wpajanego przez normy obowiązkowego ucałowania metalowych stópek ukrzyżowanego Jezusa, a najdrobniejsza czynność pomnożona musi być przez liczbę 7.
Gdyby zdobyć się na szczerość, to niemalże całe 90 minut projekcji jest tak właściwie 90 minutami jawnej pogardy. Bo na czym innym w dużej mierze polegają monologi wewnętrzne Adasia jak nie na marudzeniu i zjadliwej krytyce? Brzmi to jak prosty przepis na bohatera niegodnego grama sympatii. Mimo wszystko autor nie pozwala, byśmy odbierali Miauczyńskiego jako postaci antypatycznej i odpychającej. My mamy Miauczyńskiemu współczuć, a nawet wyrażać żal z uronionego przezeń potu, krwi i łez. Odpowiedź na pytanie „Dlaczego?” jest prosta, gdyż tak naprawdę Miauczyńskim może być każdy z nas.
Istotą, która chce przetrwać i sama sobie zgotowała obecny los dzięki głupocie młodości. Istotą, która nie zmieni samotnie odrażającego środowiska i której pozostaje bierna obserwacja. Za to właśnie niepozornego inteligenta pokochała cała Polska. Nie jest on bohaterem, który stawia się ogromowi rzeczywistości, ani też ucieleśnieniem marzeń przedstawiciela klasy średniej. Jest po prostu sobą – człowiekiem bez żadnej motywacji. Najzwyklejszy w świecie osobnik na straconej pozycji, który budzi się ze świadomością, iż zmiany na lepsze nie nastąpią, a proza życia najprawdopodobniej nie nabierze kolorów. To sprawia, że wbrew pozorom Miauczyński jednoczy widzów i nietrudno mu o zyskanie ich sympatii. Każdy może odnaleźć w nim cząstkę siebie, a dowolna scena uruchomić machinę osobistych wspomnień. Powiedzieć wypadałoby nawet więcej. Postać ta jest zwierciadłem wszelkich ludzkich frustracji związanych z życiem w krajowej wspólnocie.
O nieprzemijającej młodości filmu świadczyć może nie tyle popularność nawet najbardziej losowych fragmentów we wszelkiej maści mediach społecznościowych (z żyjącą własnym życiem lekcją nauki angielskiego na prowadzeniu), co aktualność poruszanych problemów. U Koterskiego żarty ze współczesnej Polski nie są jedynie żartami. Pełnią charakter składników filmowej rozprawki, z której wynika, że sytuacja w kraju osiąga poziom krytyczny. Politycy na obradach sejmu nadal będą gryźć się o „koryto wyborcze”, a sąsiedzi dalej po cichu rzucać osobie zza ściany kłodę pod nogi i delektować się jej cierpieniem.
Oglądając kolejne sceny, z łatwością można zwrócić uwagę, iż Koterski ma sto pomysłów na minutę, a każdy z nich okazuje się zaskakujący na swój sposób. W zamierzeniu pozbawione są one grama subtelności i charakterem na granicy roastu, ale jednocześnie w swej karykaturze nie tak dalekie od faktycznego stanu rzeczy. Dla widza to nic innego jak doskonały obraz polskiej natury w pigułce. Wizytówką tego niech będzie chociażby kultowa już „modlitwa Polaka”, w której słowach pobożność i przywiązanie do wartości mieszają się z instynktami ludożerczymi.
Potocznie Dzień świra przewija się na kolejnych listach ulubionych komedii Polaków. Nie wypada jednak zapominać, iż celem Koterskiego przy pisaniu scenariusza nie było wcale dostarczenie widowni ładunku radości, który mogłoby zadowalać pokolenia. Nic z tych rzeczy. Autor nie byłby sobą, gdyby między tymi prześmiewczymi dialogami nie zachęcał do refleksji nad dotychczasowym żywotem. Jak bardzo błędne decyzje z młodości przełożyły się na obecny stan rzeczy? Co powoduje kompletny brak ekscytacji z życia na ziemskim padole? Czy możliwa jest miłość i oddanie drugiej osoby bez względu na postawione warunki? U twórcy Nic śmiesznego koszmar dnia przybiera charakter wędrówki w głąb duszy, do której droga nie ma prawa być usłana różami, a za kolejnymi zakrętami czekają wyłącznie ślepe zaułki.
Z czasem jednak po serii żali i rozczarowań postawą otoczenia Miauczyński ujawnia się jako postać w rzeczy samej paradoksalna. Jest w filmie dość wymowna i być może najbardziej dająca do myślenia scena, do której za tło robi urokliwa nadbałtycka plaża. Przypadkowe spotkanie z sąsiadem z bloku to dla mężczyzny w średnim wieku okazja do poruszającego monologu. Jednak docelowym słuchaczem okazuje się nie ogłuszany przez szum fal mężczyzna w szlafroku, ale widz spoza bariery czwartej ściany. Nieoczekiwanie miejsce ma spowiedź Adasia, która pomaga zrozumieć, co stworzyło tytułowego „świra”.
Katharsis bohatera jednocześnie przybiera właśnie cechy lustra, bo każdy z nas, chcąc nie chcąc, jest kowalem losu i zawsze znajdzie się choćby ta jedna decyzja, która nadwyręży jej trajektorię. Zdaniem Koterskiego największym tego koszmarem nie jest brak odwrotu i przymus godzenia się z tym, co jest mu dalej pisane. Tak naprawdę okazuje się tym głuchota społeczeństwa na problemy jednostki i jej niezdolność do empatii. A społeczeństwo w tej scenie symbolizować ma nie kto inny jak poczciwy wąsaty Pan o twarzy Andrzeja Grabowskiego.
Na wiarygodność „świra” składa się nie tyleż doskonałe ironiczne pióro Koterskiego, co także aktorski kunszt Marka Kondrata. Oglądając dowolną scenę, ciężko nie odnieść wrażenia, iż to właśnie na wybitnym aktorze owa reinkarnacja Adasia była wręcz szyta. Tym bardziej zadziwiający może być fakt, iż pierwszym wyborem reżysera miał być nie Kondrat, ale Cezary Pazura, utożsamiany z bardziej ekspresyjnym emploi i który honorowo pełnił wartę jako Miauczyński przy okazji dwóch wcześniejszych filmów reżysera. Adaś z Dnia świra jednak od samego zamysłu miał być zupełnie innym Adasiem.
Osobnikiem jeszcze dojrzalszym, wypranym z resztek optymizmu i ze stonowaną ekspresją wyrażającą wewnętrzne cierpienie. Ciężko wyobrazić sobie bardziej odpowiednią twarz polskiego kina spełniającą dane warunki. Nie dość wspomnieć o wyczynie na rozdaniu Orłów, kiedy to kreacja Kondrata wygrała statuetkę z oscarową rolą Adriena Brody’ego w Pianiście. Budzi to do dziś pytania, czy gdyby Dzień świra powstawał za amerykańskie dolary i święcił triumfy po drugiej stronie Atlantyku, to czy Kondrat przekonałby wówczas do siebie akademików z Los Angeles. Sam aktor niegdyś w wywiadzie przyznał, że to ten występ odegrał decydującą rolę w jego decyzji o porzuceniu aktorstwa. W sumie ciężko się dziwić, bo jest to kreacja niczym ładunek wybuchowy z uruchomionym odliczaniem. Tylko się domyślać, iż to właśnie u Koterskiego miał okazję pozostawić po sobie wszystko, co miał do pozostawienia. Bezbłędnie oddaną gamę sprzecznych emocji, ukrytą za maską mężczyzny niewychodzącego przed szereg.
To samo można powiedzieć o reżyserze. Analizując film scena po scenie, aż w oczy rzuca się chęć autora do powiedzenia o życiu najwięcej, jak się da. Tak jakby to właśnie Dzień świra miał się okazać dziełem wieńczącym przygodę doświadczonego sześćdziesięciolatka z X Muzą. Mimo bogactwa treści stosunkowo krótki czas trwania metrażu nie staje się dla Koterskiego przeszkodą. Liczne bolączki i problemy poruszane są chwilowo, ale stanowczo. Sposób, w jaki przemawia osobie przed ekranem do rozsądku, może i cechuje się dość ograniczoną wiarą w inteligencję przeciętnego widza, jednak przy mocy dialogu tak intensywnie, by nie pozwolić owej osobie opuścić sali kinowej bez żadnych nowszych wniosków. Mamy do czynienia z przykładem umiejętnie skonstruowanego scenariusza, który bez poczucia presji zawiera najszersze horyzonty myślowe, a wraz z tym nie tracąc na uniwersalnym charakterze.
Dzień świra to obraz absolutnie unikalny zarówno w formie, jak i treści, który nie straci na swym wydźwięku najprawdopodobniej przez bardzo długi okres (by nie powiedzieć nigdy…). Bo w sumie czym jest nasze życie? Jak można opisać nasze samopoczucie w kraju, którego nie obchodzi cudza indywidualna przestrzeń? Delektując się kunsztem Koterskiego w swym opus magnum, po raz kolejny można właściwie się zastanawiać, kto tu tak naprawdę jest tym „świrem”. Czy szary człowiek, nieszczęśliwie uwięziony w klatce introwertyzmu, czy może jednak na „świrów” składa się otoczenie, które pomaga mu ją budować?
