Jaskółka - patole i festiwal w Opolu | FILM.ORG.PL

Jaskółka

„Jaskółka” to bez wątpienia ciekawy projekt, ale jest tu sporo niedociągnięć, które być może nie byłyby tak widoczne, gdybyśmy mieli do czynienia z etiudą.




Patole i festiwal w Opolu




Krzysztof Połaski
30.05.2014


plakat_m„Jaskółka” jest drugim w historii łódzkiej Szkoły Filmowej pełnometrażowym filmem dyplomowym, który trafił do oficjalnej dystrybucji. Pierwszym był – mający premierę 50 lat temu – „Rysopis” Jerzego Skolimowskiego. Nie wiem, czy Bartosz Warwas będzie nowym Skolimowskim, ale patrząc na jego pracę dyplomową można odnieść wrażenie, że bardziej chciałby być nowym Smarzowskim.

Dawno, dawno temu, w smutnej i ponurej rzeczywistości Polski Ludowej, wśród szarych bloków i wówczas modnych meblościanek, żyła sobie ona – Agnieszka Jaskółka (cóż za niefortunne imię i nazwisko, na zawsze kojarzące mi się z Angelą z „Psów”). Aga nie miała łatwego dzieciństwa i za taki stan rzeczy obwiniała dwie osoby: Stana Borysa – jego występ na opolskim festiwalu w 1973 roku spowodował, iż dzieciaki na osiedlu za Agnieszką wołały „żałoba fruwająca” – oraz swojego ojca, Zdzisława (Marcin Włodarski). Pan Jaskółka zapewne wiele by dał, aby zamienić się ze Stanem Borysem miejscami, zrobić karierę muzyczną i wyprowadzić się do Warszawy, żeby poznać smak życia na poziomie, ale nie było mu to pisane. Zamiast tego gnił gdzieś w Polsce B, męcząc się z żoną i córką, na których wyładowywał wszelkie swoje frustracje.

1

Jednak, jak śpiewała Anna Jantar, nic nie może przecież wiecznie trwać i dlatego Agnieszka, niedługo po ukończeniu szesnastego roku życia, opuściła świeżo owdowiałego rodziciela, olewając przy tym całą swoją przeszłość. Dosłownie. W rodzinne strony wróciła piętnaście lat później. Wiele przez ten czas się zmieniło; Polska stała się wolna, Agnieszka (Ewa Kustusz) została matką, a ojciec butelkę wódki zamienił na portret papieża Polaka. Tylko blok pozostał taki szary i ponury jak dawniej. Konfrontacja z przeszłością okazała się bolesna dla wszystkich bohaterów.

Całość zaczyna się źle, od prologu na wysypisku śmieci. Pan Henio (Bronisław Wrocławski) w monologu – skierowanym nie tylko ku jego kompanowi, Mariuszowi (Dobromir Dymecki), ale przede wszystkim widzom – analizuje współczesność, głosi upadek zasad i moralności ludzkiej, sugerując przy tym, iż biblijna apokalipsa tak naprawdę już się rozpoczęła. Mowa ta nawet nie naprowadza na treść filmu, lecz po prostu ją bezczelnie podaje na tacy. Zresztą brak subtelności to jeden z największych grzechów tego obrazu, co dobitnie pokazuje także scena w busie, gdzie kamera koniecznie musi zrobić zbliżenie, aby przypadkiem żaden z widzów nie miał wątpliwości co wiozą na tylnym siedzeniu pan Jaskółka i Dziobas. Subtelność na poziomie męża katującego własną żonę.

4

Dalej jest trochę lepiej. Interesująca i niejednoznaczna jest historia napisana wspólnie przez Bartosza Warwasa, Ewę Kustusz oraz Marcina Włodarskiego. Ekranowa rzeczywistość jest co prawda przerysowana do granic możliwości, ale absolutnie nie można uznawać tego za wadę. Przeciwnie, właśnie dzięki temu zabiegowi produkcję można interpretować na różne sposoby. Należy pamiętać, iż historia Jaskółki jest przedstawiana z perspektywy dziecka. Przez lata wspomnienia ulegają różnym deformacjom, pewne sytuacje się idealizuje, a inne demonizuje. Być może niektóre z wydarzeń tak naprawdę nigdy nie miały miejsca i zostały wytworzone wyłącznie w wyobraźni Agnieszki? Autorzy przyłożyli się do skonstruowania interesującej historii, więc szkoda, że nie udało im się stworzyć równie udanych dialogów. Niestety, te wypowiadane przez bohaterów bardzo często brzmią sztucznie i sztywno, czego apogeum osiągnięto chyba podczas piłkarskiej sceny na posterunku milicji.

Najciekawszą postacią „Jaskółki” jest bez wątpienia ojciec Agnieszki. Powiedzieć o nim, że jest niejednoznaczny, to tak jakby nie powiedzieć nic. Z jednej strony jawi się jako tyran, niespełniony artysta kojący smutki w wódce, próbujący za wszelką cenę córkę zarazić miłością do muzyki. Człowiek bez zasad, nie mający żadnego problemu z sypaniem z żoną sąsiada a następnie urządzania z nim libacji alkoholowej. W końcu bestia, prawdziwa, gotowa do najgorszego. Z drugiej strony, obraz ten pokazuje również sceny świadczące o tym, że stary Jaskółka kochał Agnieszkę i był gotowy zrobić dla niej wiele. Szczególnie wtedy, gdy ktoś chciał ją skrzywdzić. Ta postać mogłaby nie być aż tak ciekawa, gdyby nie bardzo dobra kreacja Marcina Włodarskiego. Urodzony w 1983 roku aktor stworzył bohatera, którego do samego końca nie można rozszyfrować.

3

Stary Zdzisław Jaskółka jest już dużo bardziej czytelny. Przemianie uległ nie tylko jego charakter, ale także światopogląd – stał się osobą religijną, uduchowioną, wręcz karykaturalną. Jego transformacja nie powinna dziwić, często bywa tak, że ktoś, kto był łajzą za młodu, na starość szuka odkupienia w Bogu. To bardzo prawdziwe. Ubolewam jedynie nad tym, że Warwas w roli starego Jaskółki zdecydował się obsadzić… również Włodarskiego. Rozumiem, że budżet był skromny, ale patrząc na trzydziestolatka wystylizowanego na dwa razy starszego człowieka, zniszczonego przez życie, chodzącego z trudem i garbiącego się, trudno zachować powagę.

„Jaskółka” jest kolejnym współczesnym polskim filmem świadczącym o tym, że o zdolnych operatorów nie musimy się martwić. Zdjęcia autorstwa Ernesta Wilczyńskiego są zarówno piękne, jak i bardzo klimatyczne. Szczególnie w pamięć zapada kolorystyka w jakiej utrzymane jest dzieło. Warto też zwrócić uwagę na oprawę graficzną otwierającą i zamykającą produkcję, która jest dopracowana i przemyślana. Wygląda to niezwykle przejrzyście i estetycznie.

2

Bartosz Warwas w jednym z wywiadów przyznał, że bardzo ceni twórczość Wojciecha Smarzowskiego i ma to swoje przełożenie na ekran. Kolejnym wielkim grzechem „Jaskółki” jest fakt, iż pod względem konstrukcji zbyt przypomina „Dom zły”. Obydwa obrazy łączy ten sam sposób narracji z offu, prowadzenie akcji na dwóch płaszczyznach czasowych czy nawet podobne nazwisko jednego z bohaterów – Dziobas u Warwasa, Dziabas u Smarzowskiego. Patrząc na dzieło urodzonego w Krakowie reżysera nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś to widziałem.

Nie znaczy to jednak, że Warwas nie ma pomysłu na siebie. Byłaby to chyba ostatnia rzecz, jaką można by powiedzieć o jego twórczości. Patrząc na jego niektóre wcześniejsze dokonania można zauważyć, że fascynują go realia komunistycznej Polski, ale jednocześnie zawsze stara się historię pokazać na inny sposób. Inaczej zrealizowany był króciutki „Ikar”, a zupełnie inaczej „MC. Człowiek z winylu”, gdzie autor udanie zabawił się formą paradokumentu. Wiele bym dał aby zobaczyć, nakręcony w 2012 roku i oparty na powieści Ireneusza Iredyńskiego, krótki metraż pt. „Dzień oszusta”, lecz niestety obraz ten funkcjonuje wyłącznie w trybie życia festiwalowego. Patrząc na zwiastun oraz zdjęcia z planu można wywnioskować, że tam Warwas próbował jeszcze innych rozwiązań i formy.

5

„Jaskółka” to bez wątpienia ciekawy projekt, ale jest tu sporo niedociągnięć, które być może nie byłyby tak widoczne, gdybyśmy mieli do czynienia z etiudą. Świetne zdjęcia, ciekawa i niejednoznaczna historia oraz interesujący bohater kontra flegmatyczna narracja, drętwe dialogi, brak subtelności, fatalnie obsadzony stary Jaskółka oraz zbytnia inspiracja kinem Smarzowskiego.

W szkolnych filmach nie zawsze wszystko jest idealne, a ponadto trzeba mieć na uwadze, że to produkcja, która powstała za drobne pieniądze, stając się długim metrażem dzięki uporowi i ambicji twórców. Warwasowi nie można odmówić głowy pełnej pomysłów, dlaczego czekam na jego kolejny film i trzymam kciuki. Cieszy mnie to, że mogłem tę produkcję obejrzeć na dużym ekranie, ponieważ chcę wiedzieć na co stać młodych adeptów sztuki filmowej, ich dzieła nie powinny zalegać na półkach, tylko trzeba je oddać pod ocenę widzów.

Polas - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Koper

    „Nie wiem, czy Bartosz Warwas będzie nowym Skolimowskim, ale patrząc
    na jego pracę dyplomową można odnieść wrażenie, że bardziej chciałby być
    nowym Smarzowskim.” – to ja podziękuję. ;P

  • Bibliomisiek

    „„Jaskółka” jest drugim w historii łódzkiej Szkoły Filmowej
    pełnometrażowym filmem dyplomowym, który trafił do oficjalnej
    dystrybucji. Pierwszym był – mający premierę 50 lat temu – „Rysopis”
    Jerzego Skolimowskiego.”

    – O ile pamiętam, to „Kroll” również był pełnometrażową pracą dyplomową i również trafił do dystrybucji. I oczywiście z tej samej szkoły.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Fota dnia - Robin Williams i cheerleaderki

Następny tekst

Najlepsze kina świata: jest i polskie.



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE