nowości kinowe

Hobbit: Niezwykła podróż

„Hobbit” to młodszy brat Trylogii i pomimo oczekiwanego rozmachu produkcji, film nie osiągnął podobnej epickości.

Autor: Andrzej Wiśniewski
opublikowano

Wbrew zdrowej zasadzie, że „nie wchodzi się dwa razy to tej samej rzeki” , parę lat temu, po licznych perturbacjach z Guillermo del Toro, Peter Jackson oznajmił światu, że wraca do Śródziemia i podejmie się ekranizacji pierwszej książki J.R.R Tolkiena – „Hobbit – czyli tam i z powrotem”. Tym samym zostawił fanów Trylogii w nadziejach i rozterce. Wszyscy byliśmy jednocześnie podekscytowani i pełni obaw, ponieważ zdecydowano, iż Hobbit nie będzie nakręcony w jednej długiej części. Nawet nie w dwóch, co już wydaje się być na granicy rozsądku przy jednym tylko tomie. 

Film powstanie w trzech częściach na przestrzeni kolejnych 3 lat. Mało kto miałby cokolwiek przeciwko temu pomysłowi  – ma się rozumieć – ponieważ właśnie mamy szansę wrócić do świata Tolkiena i Jacksona na kolejnych kilka długich godzin. Jednocześnie jednak zastanawiamy się  jak to możliwe, technicznie i fabularnie, aby jeden tom krótkiej książki przedstawić w trzech 3-godzinnych odsłonach i utrzymać jednocześnie wysoki poziom Trylogii. Wszelkie wątpliwości zostały właśnie rozwiane.

„Hobbit”, będący prologiem do Władcy Pierścieni, to klasyka gatunku fantasy, lecz jednocześnie książka znacząco różniąca się od Trylogii. Jackson, ekranizując Trylogię, zabrał nas w podróż do Śródziemia tonącego w wojnach i konflikcie. Podejmując się Hobbita, zabiera nas natomiast w świat przygody, baśni, bogactwa i epickości krasnoludów.

Podobnie jak w „Drużynie Pierścienia” film otwiera sekwencja bitewna, w czasie której poznajemy historię rasy krasnoludów oraz ich zatargu ze Smaugiem – smokiem, który zawłaszczył sobie krasnoludzką twierdzę Erebor wraz ze wszystkimi skarbami ukrytymi w Samotnej Górze. Następnie, jak w „Drużynie”, pojawia się w The Shire Gandalf, który odwiedza młodszego tym razem Bilbo Bagginsa (Martin Freeman). Do cechującego się porządkiem Bag End sprowadza 13-tu wiecznie głodnych krasnoludów, którzy ze znaną sobie uciechą plądrują całą spiżarnię. Bilbo po długich negocjacjach decyduje się jednak opuścić bezpieczny zakątek swojego domu i wyrusza wraz z innymi w misję odzyskania skarbów Samotnej Góry. Wymagać to będzie pozbycia się Smauga, a w rezultacie zwrócenia twierdzy Erebor jej prawowitemu właścicielowi, król krasnoludów, Thorinowi.

Film spełnił w zupełności moje przewidywania. Jest bardziej bajkowy, wesoły, ale też przydługawy i niezbyt porywający. To lekka wersja Trylogii – i z tego powodu należy sobie zdawać sprawę, iż będzie to film zupełnie inny. Z drugiej jednak strony większość z nas, po cichu, i gdzieś tam wewnątrz serca spodziewała się, że dostaniemy przedłużenie znakomitej serii filmów, które tak bardzo kochamy i do których wracamy nieustająco )a przynajmniej część z nas). Zadanie stojące więc przed Jacksonem jest naprawdę trudne i wielką niewiadomą było to, co zostanie zaserwowane w części pierwszej.

Niestety dla mnie jest to jednak lekki zawód  i z pewnością film poniżej oczekiwań. Efekt ten spowodowało wiele czynników, z których głównym jest oczywiście książka. Jak wspomniałem, Hobbit jest znacząco inny od Trylogii, więc z założenia film nie mógł zostać nakręcony w tej samej stylistyce fabularnej. Scenariusz jest bardziej baśniowy, momentami wręcz bajkowy, przypominający film dla dzieci (i nie zmieniają tego spadające głowy goblinów w niektórych scenach). Drugim powodem jest wspomniany już podział niewielkiej powieści na trzy części, podczas gdy każdy tom Trylogii przekładał się na jeden film. W rezultacie Hobbit jest nienaturalnie przeciągnięty do granic wytrzymałości, niektóre sceny dialogów sztucznie przedłużane, a całość w efekcie nudnawa.

Jackson podjął się również drugiej karkołomnej misji, czyli  przedstawienia światu technologii filmowania w prędkości 48 klatek na sekundę. Kilku czołowych reżyserów od dłuższego już czasu mówi zmianie technologi 24fps (frames per second), na szybszą 48fps. Technologia ta pozwala rejestrować i wyświetlać obraz bardziej przypominający naszą rzeczywistość, czyli sposób, w jaki świat odbierają ludzkie oczy. Oczywiście nowa technologia nie jest na rękę rynkowi dystrybucji, ponieważ do wyświetlania materiału z wyższą prędkością klatkażu kina zmuszone są do wymiany bądź modernizacji swych, jakby nie patrzeć, bardzo kosztownych projektorów cyfrowych. Nie było więc dotąd śmiałka, który porwałby się z motyką na Holywood. W efekcie mamy film, który odrywa uwagę widza od fabuły, akcji i opowieści z powodu obrazu, który na kinowym ekranie jest… nienaturalny. Sceny o wolnym ruchu wewnątrzklatkowym (dialogi, krajobrazy, etc.) nie są aż tak bardzo rewolucyjne wizualnie. Natomiast sceny akcji, szczególnie bardzo szybkiej akcji i ruchu postaci, są z pewnością dość dziwne. Przypominają mocno rzeczywistość, ze szczegółowością odczytu, jaka dana jest naszym oczom i percepcji trzech wymiarów. Z pewnością trudno jest się przyzwyczaić, tym bardziej, kiedy na ekranie oglądamy krasnoludy, orki czy zmutowane wilki – nie jest to świat naturalny, który przypominałby ten dookoła nas. Być może technologia 48fps będzie lepiej przyswajalna, gdy nie będzie to film kostiumowy czy fantastyczny, ale film akcji, osadzony w teraźniejszych realiach, w istocie imitujących nasze życie codziennie.

Trudno stwierdzić jaka będzie przyszłość tej technologii. Wracamy poniekąd do dyskusji z czasów wprowadzania technologii HD, która początkowo również wydawała się nienaturalna w odbiorze. Dziś jednak sprzedaż DVD maleje i mało kto jest sobie w stanie wyobrazić kino domowe bez BluRaya, a do domów już zaglądają telewizory w technologii 4k Ultra HD.

Wracając do filmu, bolesnym mankamentem są również aktorzy, spisujący się bez polotu i jedynie rzemieślniczo. Śmiało można powiedzieć, że najlepiej zagraną postacią jest Gollum Andy’ego Serkisa. Weta Digital, znów odpowiedzialna za efekty cyfrowe, poprawiła swój wyczyn sprzed 10-ciu lat, kiedy to technika motion capture była jeszcze eksperymentalna. Nowe technologie są w pełnym użyciu, ponieważ mimika twarzy Golluma jest absolutnie bezbłędna. Scena ‘pojedynku na zagadki’, pomiędzy Bilbo a Gollumem, to główna atrakcja filmu.

Z kolei Martin Freeman w roli Bilbo nie spełnił  oczekiwań, ciągnąc za sobą maniery z poprzednich ról. W tym filmie niczym nie uosabia hobbita. Przed oczami miałem bez przerwy Doktora Watsona z genialnego serialu BBC „Sherlock”. Brak hobbitowskiego charakteru, werwy, humoru – Freeman jest zwyczajnie nijaki. Owłosione kapcie, kudłata głowa i pomniejszająca perspektywa nie czynią z aktora hobbita, jakiego znamy. Bilbo również nie jest znakomitym bohaterem, ponieważ takim dopiero się staje. Wyruszył z domu nie mając zielonego pojęcia o tym, w co się pakuje. Przygoda jednak kształtuje jego charakter  i widzimy wewnętrzną przemianę, jaką przechodzi Bilbo. Bardziej to jednak zasługa scenariusza, niż samego Freemana i jego gry (patrz ratunek Thorina).

Muzyka to odgrzewane motywy z trylogii, co jest plusem i minusem. Plusem, ponieważ utrzymuje spójność i łączy się klimatycznie z Trylogią. Minusem, ponieważ nie dostaliśmy nic nowego, a Howard Shore poszedł na łatwiznę. Znakomita jest jednak pieśń krasnoludów Misty Mountains, która jednocześnie została wpleciona w motyw przewodni. Głębokie, basowe krasnoludzkie głosy wieszczą mroczną, tajemniczą i niebezpieczną przygodę, jaka czeka bohaterów.

Poza kontrowersyjnym 48fps Jackson zdecydował się również na pierwszy pełnometrażowy trójwymiar. Niestety, w technologii 3D cofnął się do lat 90-tych, kiedy to imitowania trójwymiaru dokonywało się poprzez wylatujące z ekranu elementy. Renesans 3D, jaki odbywa się w ostatnich kilku latach, jest natomiast znacząco inny. Technologię projekcji 3D stosuje się dziś głównie do imitowania głębi i przestrzeni, co pozwala widzom odróżnić poszczególne plany i osadzić akcję w filmu w trójwymiarze. Jackson nagle ni z tego ni z owego wrócił do tandetnych 3D chwytów i na widownię wylatują ptaki, szczątki czy elementy krajobrazu.

Jednym z pozytywów podziału na trzy części jest możliwość przedstawienia wszystkich zwariowanych postaci i bocznych historii, z Radagastem i trollami na czele. Książka jest pełna legend, nawiązań do brytyjskich podań i lokalnych przypowieści. Długość i podział na części pozwala więc na zawarcie niemal wszystkich motywów z książki, co nie było możliwe przy poprzednich filmach Jacksona. To jest jednocześnie główna zaleta filmu  i to dzięki tej różnorodności film ogląda się przyjemnie (pomimo powyższych mankamentów). Bardzo miło jest również wrócić do świata bohaterów Środziemia, szczególnie gdy jest się fanem Tolkiena i wcześniejszych ekranizacji Jacksona.

Hobbit to jednak młodszy brat Trylogii. Pomimo oczekiwanego rozmachu produkcji, film nie osiągnął podobnej epickości. Jackson zawiesił sobie poprzeczkę na rekordowej wysokości. Na własne życzenie podjął się próby pobicia tegoż rekordu. Jednakże pomimo solidnego przygotowania – poprzeczka nie drgnęła, a Jackson przeleciał kilka centymetrów poniżej.

Ostatnio dodane