nowości kinowe

GEOSTORM. Jaka brzydka katastrofa

Geostorm to nudny, niepotrzebny, źle zagrany i reżysersko zamordowany kawał filmowego snuja, który nie bawi nawet jako odmóżdżający teledysk katastroficzny.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Emmepoor

Dean Devlin, nadworny scenarzysta Rolanda Emmericha, postanowił w końcu zadebiutować w roli reżysera i oczywiście rzucił się na znane sobie dobrze kino katastroficzne. A mógł pozostać przy wystukiwaniu pokracznych fabuł dla swojego sławnego współpracownika, bo jego premierowe widowisko kumuluje w sobie wszystkie koszmary skrajnie bylejakich blockbusterów z niszczeniem świata w tle.

Historia jest tutaj szczątkowa – inżynier (Gerald Butler) odpowiedzialny za stworzenie sieci satelitów kontrolującej pogodę na całym świecie, oczywiście wyrzucony wcześniej z roboty, musi uratować świat – z tego powodu leci w kosmos, żeby sprawdzić, co tam szwankuje w supertechnologii. W tym czasie na Ziemi jego brat (Jim Sturgess), również powiązany z całym programem, odkrywa spisek związany z tragediami, do których doprowadzają zamienione w broń satelity. Opowieść jest wybitnie bzdurna, nawet w ramach świata przedstawionego, poskładana w biegu z ochłapów znanych z innych filmów o destrukcji na wielką skalę – przez lwią część seansu fabuła jest podawana w tak nieumiejętny sposób, że trudno załapać, co chciał powiedzieć scenarzysta, bo poszczególne jej elementy kuleją jak doświadczony życiem pirat. Nie pomaga też fakt, że Devlin postanowił rozbić narrację na dwie części – dziejące się w kosmosie i na Ziemi – które zazębiają się w przeraźliwie sztuczny sposób, gdyż co kilkanaście minut postacie Butlera i Sturgessa rozmawiają przez wielki ekran i podsumowują dotychczasową fabułę. Jest to nużące do bólu i zabiera produktowi jakąkolwiek dynamikę – w ogóle sceny z gadającymi głowami, pustosłowiem, streszczaniem akcji zajmują tutaj większość seansu i nie ma już miejsca na widowisko.

A postacie nie są ani trochę interesujące. Butler gra na jednym biegu, w ogóle nie widać, żeby był superinżynierem – duka swoje linijki od niechcenia, czekając na czek. Trochę więcej pola do popisu dostaje Sturgess, ale to jest po prostu takie minimum przyzwoitości – i to tylko dlatego, że on ma chociaż z kim grać, wchodzi w jakiekolwiek relacje. Andy García, Ed Harris i Abbie Cornish to wypełniacze – kartonowe wstawki z nalepkami „ten zły”, „ta twarda” itd. Naprawdę dobrą rolę zalicza tutaj jedynie Zazie Beetz, która dostaje wyświechtaną rolę super-hakerki, ale wyciąga z niej, ile się da, i próbuje coś robić na ekranie. Za to włos jeży się na głowie, gdy pojawiają się postacie należące do innych nacji niż amerykańska, ponieważ Devlin jest wtedy całkowicie zafiksowany na ich pochodzeniu – z tego powodu Brytyjczyk musi nieustannie rzucać slangiem, Meksykanin staje się superMeksykaninem, a Francuz jest tak bardzo francuski, jakby miał zaraz zagrać w remake’u jakiegoś filmu z Belmondo.

Ale ta cała pożoga na polu treści i aktorstwa byłaby jeszcze do przełknięcia – ot typowe scenopisarstwo Devlina, bo na więcej go po prostu nie stać, oraz prosty sposób na zgarnięcie kilku groszy przez aktorów – gdyby film nadrabiał efektami i scenami akcji. Jednak forma została dostosowana do treści – to film katastroficzny, gdzie zniszczeń jest jak na lekarstwo. Sceny tego typu są odwlekane, a ich miejsce zajmuje ciągłe trajkotanie aktorów o rzeczach zupełnie nieinteresujących – a gdy już się jakieś pojawiają, to w sposób ukradkowy, żeby ukryć budżetowe niedostatki i brak pomysłu na przedstawienie kolejnej apokalipsy. I może to lepiej dla filmu, bo gdy już mamy do czynienia z czymś na wielką skalę, to bardziej przypomina taka sekwencja dokonania studia Asylum niż naprawdę solidny blockbuster – jest zresztą jedna taka konkretnie niedorobiona scena, gdy jeden z bohaterów obija się na zewnątrz stacji kosmicznej, co przypomina slapstickową wersję Grawitacji, podkreśloną pokracznym montażem.

Geostorm to nudny, niepotrzebny, źle zagrany i reżysersko zamordowany kawał filmowego snuja, który nie bawi nawet jako odmóżdżający teledysk katastroficzny. Dean Devlin to taki budżetowy Roland Emmerich, który zachowuje wszelkie wady swojego mistrza, ale nie potrafi uaktywnić na ekranie żadnych jego zalet. Można się zatrzymać na seansie, gdy jakaś stacja puści to do niedzielnego obiadu, ale wypad do kina będzie po prostu zupełną stratą czasu. Lepiej już iść do wesołego miasteczka – akcji więcej, a i płuca złapią trochę powietrza.

Ostatnio dodane