Bogowie ulicy - End of Watch | FILM.ORG.PL

Bogowie ulicy

Scenariusz Ayera to właściwie zbiór scen, które przedstawiają nam zmagania dzielnych policjantów z brutalną rzeczywistością niebezpiecznego miasta, ale pozbawiony większego skupienia czy struktury.




Twardzielska przyjaźń w Mieście Aniołów




Jerzy Babarowski
08.11.2012


South Central Los Angeles to niewesoła okolica. Rabunki, rozboje, haracze, strzelaniny, pościgi samochodowe, przemyt narkotyków, przemyt broni, przemyt imigrantów i takie stężenie gangów na metr kwadratowy, że ledwo da się wetknąć między nich szpilkę – nie jest to miejsce, gdzie chcielibyście zabrać dziewczynę na randkę. W ten brutalny i pozbawiony skrupułów świat pan David Ayer wrzuca dwóch miejscowych gliniarzy – daje im broń, przygotowanie, doświadczenie, muskuły i towarzyszy broni. Czyli wszystko to, co w dostatku ma przestępcza brać, z którą walczą. Jednak gliniarze posiadają jeszcze jedną rzecz, wartościową o tyle, że jest to coś, czego ich przeciwnicy nigdy mieć nie będą – samych siebie.

Brian (Jake Gyllenhaal) i Mike (Michael Pena) nie są w ciemię bici. Młodzi, inteligentni, pełni zapału i bez reszty oddani sprawie – w Los Angeles takich właśnie gliniarzy daje się na pierwszą linię ognia. Ale jeśli myślicie, że to jakieś praworządne mięczaki błyskające odznaką na prawo i lewo, to jesteście w błędzie – rozgarnięci i ukształtowani przez życie wiedzą jak jest i wiedzą, że jeśli nie gliniarze bandytów, to bandyci gliniarzy. Więc nie przebierają w środkach – nie ufają nikomu, ścigając oprychów nie wahają się niszczyć własności publicznej, po broń sięgają aż nadto chętnie, a wobec kalifornijskich upadłych aniołów są równie bezwzględni jak tamci wobec swoich ofiar. Jednocześnie obaj mają swój unikalny kodeks postępowania, którego w żadnej sytuacji nie naruszą, tak samo oddani są swym bliskim, jak i mieszkańcom dzielnicy, do której akurat ich wysłano, niewinnych będą bronić za wszelką cenę i nigdy, ale to nigdy nie opuszczą siebie nawzajem. Innymi słowy – policjanci idealni. A David Ayer tych idealnych policjantów wrzuca w sam środek piekła.

"Bogowie ulicy" (dlaczego, ach dlaczego rodzimy dystrybutor zmienił polski tytuł, zamiast zostawić o wiele lepszy i – moim zdaniem subtelniejszy – "Koniec zmiany"?) to dramat sensacyjny, jeden z najlepszych, jakie miałem okazję zobaczyć w ostatnim czasie. Pan Ayer wziął na warsztat chleb powszedni swojej twórczości. Jego opowieści – najpierw scenariusze, a potem reżyserowane przezeń filmy – zawsze traktowały o ciężkiej egzystencji twardych, pokiereszowanych przez życie indywidualistów, na przeróżne sposoby próbujących przeżyć kolejny dzień w oślizgłych, przesyconych przemocą częściach Los Angeles. Jego ulubionym obiektem zainteresowania byli twardzi, umięśnieni mężczyźni o wyjątkowo wysokim stężeniu testosteronu we krwi, wytrawni ulicznicy, których drogi nie raz skrzyżowały się z przestępczym podziemiem, znający się na rzeczy, zawsze wiedzący, jak się zachować, do kogo pójść po pomoc, kogo trzeba znać, a kogo się wystrzegać. Południowo-centralne Los Angeles to nie przelewki – spędziwszy tam całe swoje życie, Ayer wie o tym i wie, jaki typ ludzi ma szansę tam przetrwać, a jaki zginie wychliwszy się za pierwszy z brzegu winkiel.

Jego najnowszy film jest kontynuacją wszystkich motywów, które w ten czy inny sposób pojawiły się już w jego twórczości, tym razem jednak z dodanym małym twistem stylistycznym – techniką kina found footage'owego. Na początku filmu dowiadujemy się, że bohater grany przez Jake'a Gyllenhaala uczęszcza właśnie na zajęcia filmowe (ach, ta Kalifornia) i jako część swojego projektu instaluje zarówno w swoim, jak i w mundurze swojego partnera małe, ukryte kamery, które rejestrują wszystko, co się dzieje dookoła. Pomysł nie podoba się zwierzchnikom stróżów prawa, ale jako że mamy do czynienia z prawdziwymi mężczyznami, to nic sobie z tego nie robią i ruszają na miasto z zamiarem zarejestrowania wszystkiego, na co się danego dnia natkną. [pullquote]Ayer idzie tropem zastosowanym przez Neilla Blomkampa w "Dystrykcie 9", a więc miesza zdjęcia z kamerek policjantów z filmowaniem z ręki. [/pullquote]

Myliłby się jednak ten, kto by pomyślał, że mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju "Projektu: Monster" czy "Blair Witch Project", a więc filmów w całości udających dokumenty. Ayer idzie tropem zastosowanym przez Neilla Blomkampa w "Dystrykcie 9", a więc miesza zdjęcia z kamerek policjantów z filmowaniem z ręki. Dzięki temu tak świetnie nadająca się do szybkich scen akcji quasi-dokumentalna dynamika pozostaje, a widz nie czuje się zbytnio przytłoczony punktem widzenia bohaterów. Z drugiej strony, cierpi na tym spójność stylistyczna dzieła, a motyw z kamerkami można uznać za pretekstowy. Tym bardziej, że w żaden sposób nie zostaje rozwinięty w późniejszej części filmu.

A jednak trzeba to powiedzieć od razu: pod względem warsztatowym "Bogowie ulicy" to film zrealizowany absolutnie pierwszorzędnie i najlepiej nakręcony film sensacyjny od dawna. Dynamika nie siada ani na chwilę, sceny akcji trzymają za gardło, napięcie dawkowane jest wzorowo, a odgłosy wystrzałów na długo pozostają w pamięci. Zdjęcia sprawiają, że wtedy, gdy trzeba, "Bogowie ulicy" stają się intymną historią dwójki poddanych niesamowitym ciśnieniom ludzi, a innym razem wzbijają się pod niebo, aby pokazać pełną panoramę kalifornijskiej betonowej dżungli. Wrażenia przebywania w wielkiej metropolii dopełnia pełna miejskich rytmów muzyka – czarny hip-hop wymieszany z instrumentalnym underscorem idealnie dobranym pod konkretne sceny.

David Ayer napisał scenariusz do "Bogów ulicy" w sześć dni, w co trudno jest uwierzyć – można bowiem śmiało stwierdzić, że pod względem znajomości realiów historii, środowiska, w którym się rozgrywa oraz zwyczajów i klimatu, które w niej panują Ayer spokojnie dorównuje niejakiemu Michaelowi Mannowi. Przez cały film mamy wrażenie, że w South Central jest dokładnie tak, jak amerykański twórca nam to pokazuje. Jego znajomość sposobów działania policji, osobowości stróżów prawa, ich ekwipunku czy nawet słownictwa, jakim się posługują robi ogromne wrażenie. Widać, że mamy tutaj do czynienia z kimś, kto na obserwowaniu walki policjantów z bandytami zjadł zęby i który zna ten świat od podszewki. Gdyby nie całkowicie fikcyjna fabuła, nie wahałbym się nazwać "Bogów ulicy" dokudramą i jestem pewien, że bohaterowie filmu Ayera będą pokazywani w wielu szkołach policyjnych w Ameryce jako przykłady profesjonalizmu i dyscypliny.

I właśnie tutaj najbardziej objawia się mistrzostwo Ayera i iskra boża w jego filmie: postacie Briana i Mike'a. Jake Gyllenhaal i Michael Pena obdarzyli film Ayera potężnym aktorstwem – i to potężnym przez wielkie P. Tak pełnokrwistych, wielowymiarowych, atrakcyjnych i złożonych indywidualności w filmie dawno nie widzieliście. Ich dialogi to istny majstersztyk – co prawda nie widziałem "Baby są jakieś inne" Koterskiego, ale mam nieodparte wrażenie, że w starciu z ciętym piórem Ayera Polak odpadłby w przedbiegach. Porównanie z naszym twórcą jest o tyle zasadne, że duża część filmu – jeśli  nie większość – rozgrywa się w radiowozie, a na nasze uszy co i raz skapuje miód, gdy słuchamy uszczypliwych, bezczelnych, często chamskich, często wulgarnych, ale zawsze wypełnionych testosteronem i beztrosko szczerych tekstów dwóch policjantów. Ich dialogami lepiej niż najmisterniej skonstruowanymi scenami akcji Ayer zbudował portret dwóch mężczyzn, których połączyła wielka, wspaniała przyjaźń i lojalność względem siebie. 

Niezależnie od tego, co się stanie, wiemy o nich jedno – jeden za drugiego odda życie. Wzajemna chemia obydwu aktorów wręcz rozsadza ekran i możecie mi wierzyć, gdy powiem, że ich duet na długo zapadnie wam w pamięć. To oni są osią filmu i to na nich najbardziej skupia się uwaga Ayera, który pokazuje nam ich zarówno jako policjantów, jak i zwykłych facetów – najpierw kochanków, z czasem mężów, a w końcu ojców, zmuszonych godzić obowiązki głów rodziny i pracę, z której pewnego dnia mogą już nie wrócić do domu. Szkoda tylko, że postacie dam obydwu twardzieli – Janet (Anna Kendrick) i Gabby (Natalie Martinez) są tak mało wyeksponowane i właściwie nie wiemy, jak one same radzą sobie z ciągłym lękiem o życie swych mężczyzn. [pullquote]Gdzieś pod spodem po cichu pulsuje sugestia Ayera, że stróże prawa potrafią być równie bezwzględni i pozbawieni zasad niczym najgorsi bandyci.[/pullquote]

Najmniej "Bogowie ulicy" wybijają się pod względem fabularnym: scenariusz Ayera to właściwie zbiór scen, które przedstawiają nam zmagania dzielnych policjantów z brutalną rzeczywistością niebezpiecznego miasta, ale pozbawiony większego skupienia czy struktury. Są to sceny świetne, tak, zapadające w pamięć, owszem, jednak ciężko widzieć w nich coś więcej niż sumę poszczególnych części. Głównymi "złymi" tym razem okazuje się szajka przestępców nielegalnie przerzucająca imigrantów z Meksyku i to z nimi – a także ze swymi własnymi lękami i wątpliwościami – będą się musieli zmierzyć nasi bohaterowie. Owszem, można powiedzieć, że jest to jakiś wątek główny, ale nie jest on wystarczająco wyeksponowany, przez co często mamy wrażenie zmierzania donikąd i bezcelowości historii. Z drugiej strony – wiele informacji jest przekazywanych subtelnie i oryginalnie. Mimochodem, jakby z boku, od niechcenia, wiele z nich istnieje na granicy linii narracyjnej, paru musimy się domyślić. Bowiem "Bogowie ulicy" to przede wszystkim hołd złożony amerykańskim policjantom, każdego dnia narażającym swoje życie na przedmieściach, jednak gdzieś pod spodem po cichu pulsuje sugestia Ayera, że – gdy jest im to na rękę – stróże prawa potrafią być równie bezwzględni i pozbawieni zasad co najgorsi bandyci.

Niedosyt jednak pozostaje, gdyż od filmu zrealizowanego na takim poziomie, obdarzonego tak wielką starannością i poszanowaniem dla realiów przedstawionego świata, jak również tak potężną dawką aktorstwa najwyższej próby, powinniśmy spodziewać się arcydzieła. Arcydzieła nie dostajemy – ginie ono gdzieś wśród nieskonkretyzowanej historii, specyficznego zakończenia i przedziwnej końcowej wolty, która okazuje się tyleż zmarnotrawiona, co tania. Ale na pewno powiedzieć o niej można – i o całym filmie – jedno: nie jest pretensjonalna.

"Ale może" – myślałem sobie po zakończeniu projekcji na Warszawskim Festiwalu Filmowym – "za dużo wymagam? Może wymagam od tego filmu, by zdradził swoją esencję i był czymś, czym nie jest i nie chce być?". Bo w końcowym rozrachunku film Ayera zrodził we mnie coś, czego uświadomienie było dla mnie tyleż zaskakujące, co kojące: świadomość, że oto zobaczyłem prawdziwych ludzi z krwi i kości, poddanych prawdziwym napięciom i ciśnieniom. Świadomość, że w południowym Los Angeles – w Compton, Torrance, Carson czy Willowbrook – takie dramaty są na porządku dziennym. Że strzelaniny i morderstwa są tam chlebem powszednim i na pewno nie czymś na tyle atrakcyjnym, by od razu chciano o tym kręcić filmy. Że ludzie tacy jak Brian i Mike istnieją naprawdę, każdego dnia ryzykując życie, a ulice tego miasta nie raz spłynęły krwią ich przyjaciół.

Więc może właśnie o to Davidowi Ayerowi chodziło? I tylko o to? W świetle tego faktu pretekstowość fabuły zdecydowanie traci na znaczeniu.

 

Rodia

Nieznoszący wszystkiego, w równym stopniu nienawidzący bezmózgiej amerykańskiej papki jak i pretensjonalnych artystycznych smrodów, nie trawiący remake'ów, adaptacji i wszelkiego rodzaju przeróbek czegoś, co już było, cierpiący na widok kondycji współczesnego kina, rzygający na widok chciwości amerykańskich producentów, święcie wierzący w ambitne kino środka, odrodzenie Hollywood i w spektakularność nie wykluczającą głębi przekazu fan science-fiction, czarnego kryminału, Dostojewskiego, smutku i mroku w każdej postaci i wieczny narzekacz. Również nierób, wałkoń i śpioch.






  • nocomment

    Ratowanie ludzi przez przypadek, tak według tego filmu można podsumować policję, która łamie prawo. Reszta, która prawa przestrzega, nigdy nikogo nie uratuje… Smutna prawda.

  • Warto obejrzeć, zdecydowanie.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

HEADSHOT. MROCZNA KARMA

Następny tekst

Władysław Pasikowski



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE