Felietony

Zapiski na bilecie #2 – Oda do Johna McClane’a

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Centrum handlowe, godziny wieczorne. W sklepach Boże Narodzenie trwa już tak gdzieś od początku listopada, gdy niedźwiedzie polarne wyjechały na ulice w czerwonych ciężarówkach, a George Michael znów zaczął nam tłumaczyć, co robił podczas ostatnich świąt (spoiler alert: dał jakiejś niewieście swoje serducho, ale już dzień później dostał je z powrotem i w tym roku – jak zawsze – da je komuś specjalnemu). Ludzie snują się z pakunkami, mężczyźni zalegają na okołosklepowych ławeczkach i sofach, a z głośników płyną dźwięki nieśmiertelnych szlagierów Mariah Carey, Binga Crosby’ego, Deana Martina i Chrisa Rei. Troszkę nuda – niby człowiek jest w domu, czuje jakąś stabilność, która powraca rok w rok bez względu na sytuację społeczno-polityczną, ale za dzieciaka to wszystko jakoś delikatniej głaskało duszę.

I nagle bach! Umysł wypełnia magia i nadchodzi moment, na który czekam cały rok. Powietrze wypełnia najbardziej amerykański głos (obok Sama Elliotta i Johna Wayne’a). Frank Sinatra z pełnym przekonaniem stwierdza, że najlepiej to po prostu let it snow, let it snow, let it snow, let it snow. A ja w głowie nie mam już choinki, kolorowych bibelotów, sztucznego blichtru, pierników i herbaty przyprawionej przyprawami korzennymi, ale zakończenia najbardziej świątecznych filmów, jakie kiedykolwiek przejęły we władanie wielkie ekrany oraz kina domowe.

Dwie pierwsze Szklane pułapki to cholerne arcydzieła.

s8

Oczywiście w tych przeakcyjniakach letitsnowował Vaughn Monroe, ale nie robi to żadnej różnicy. Moc stoi za obrazem, który muzyka pobudza. Nie wiem, co wtedy wciągali John McTiernan, Steven E. de Souza i Jeb Stuart, ale zamienili przeciętny opowiadaniowy thriller Rodericka Thorpa w a) wzór wysokooktanowego zurbanizowanego westernu, b) ufilmowionego ducha świąt. W ogóle za zebraniem ekipy tworzącej film musiała stać jakaś siła wyższa, bo inaczej nie da się nazwać wyciągnięcia z jakiegoś zakurzonego schowka genialnego Alana Rickmana, który okres aktorskiego pokwitania miał już dawno za sobą.

Ale najważniejszy w tym wszystkim jest ON, John McClane – stary druh, facet, który zawsze znajduje się w niewłaściwym miejscu i w nieodpowiednim czasie.

Chce tylko spędzić święta z ukochaną, odzyskać utraconą miłość, ale za każdym razem na łeb wali mu się cały świat – liczy na nudne przyjęcie firmowe, a tu akcję dywersyjną przeprowadza niemiecki terrorysta; czeka na samolot, siedząc na zapyziałym lotnisku, i nagle wpada w sam środek militarnego spisku. Przecież to życie w czystej postaci. Może trochę wyolbrzymione, ale nadal, trudno się z Johnem nie identyfikować, bo to po prostu facet, który chce tylko coś udowodnić swojej kobiecie – a czasami z tego powodu wybuchają samoloty. No i wyznaje stare dobre wartości – z powodu miłości rozpieprzy pół świata, zadanie zawsze wykona, nie da sobą pomiatać (co wykrywają u pana lotniskowe bramki: ołów w tyłku czy beton we łbie?) a na koniec po prostu yippee ki-yay, motherfucker! Nastanie ład i porządek. A facet nawet nie chciał być bohaterem.

sp3

Doceniam każdą minutę Willisa na ekranie, bo on nie gra McClane’a, ale się nim staje – tworzy postać, która nigdy nie wyjdzie mi z głowy (i mam w sumie w nosie, że McClane’a gra do dzisiaj wszędzie). Oczywiście, nowe filmy są słabe, ale John to nadal John – szczególnie w gnojonej na lewo i prawo 4.0, gdzie jego zderzenie z technologią oraz ninja-parkourowcami pozwala mi się poczuć jak w domu. Też zupełnie nie rozumiem tego wywijania kończynami w konwulsjach oraz ajfonizacji. Za czasów największego kina takie interesy i hipsterskie dziwactwa kończyło się celnym uderzeniem kolbą w zęby. John jest latarnią, pewnym punktem stałym – nawet gdy twórcy usilnie próbują go zdziadzieć na śmierć podczas wygibasów w Rosji i na Ukrainie oraz przyczepiają do tyłka Jaia Courtneya (największe zagrożenie dla kina od czasu polowań epoki makkartyzmu).

John kocha miłością czystą.

Rozpalanie przez niego pasa startowego od zawsze jest dla mnie prawdziwym iluminowaniem światełek na choince. Bez tego momentu nie ma magii świąt. A jak jeszcze ryknie w czasie obłędnego, przepełnionego szczęściem zwycięskiego śmiechu Hooooooolly! Here’s your fucking landing light!, to serce ma mi wyskoczyć z piersi i złożyć swoje mniejsze serce na ołtarzu Wielkiego Celuloidowego Romansu. A przecież Holly go już nawet nie chciała.

I nieważne, czy ma poranione nogi, pokiereszowaną rękę, czy przemoczony od śniegu sweter. John uratuje święta. Wujek Władek może pluć karpiem, wykłócając się o politykę, John nadal zdobędzie cholerny karabin maszynowy (ho ho ho). Nie wrócą już czasy, gdy rozpakowywałem paczkę, w której leżał lipnie pomalowany (ale nadal niezłomny) Batman z Batmana i Robina, ale John i tak po raz kolejny ze zmęczoną miną chwyci za sopel i sprawdzi za jego pomocą, co siedzi w głowie zdradzieckiej gnidy.

Nadal odpowiednio nie doceniamy dwójki i tego, jak cholernie jest zimna. To jedno z najbardziej lodowatych widowisk filmowych. Przecież ten napuchnięty od wody sweter musiał ważyć tonę.

s2

Jakoś tak się złożyło (za co dziękuję swojemu charakterowi, telewizji, Tomkowi Knapikowi i VHS-om), że moje ulubione filmy świąteczne to zbiorowisko kultowych akcyjniaków, które zestarzeć się po prostu nie mogą – są uniwersalne jak same święta, wydają się czymś bezpiecznym (chociaż McClane mógłby się nie zgodzić). Zabójcza broń to klasa sama w sobie i nawet fryzura Riggsa jest gdzieś poza czasem. A Murtagh zawsze będzie za stary na to gówno. Joe Hallenbeck w finale Ostatniego skauta (za kilka dekad ludzie nie uwierzą, że można było nakręcić tak błyskotliwe kino) zawsze dopnie swego i zatańczy (bo obiecał), a Geena Davis znowu odpali typowego Bourne’a i razem z Samem Jacksonem zaserwują nam Długi pocałunek na dobranoc. Powrót Batmana to też akcja cykliczna, prawie jak z bocianami. No i oczywiście relatywna świeżynka, czyli porażająco atrakcyjne Kiss Kiss Bang Bang – już nie akcyjniak, ale smakowita komedia kryminalna – kolejne dziecko niezawodnego Shane’a Blacka (stojącego za połową wymienianych tutaj filmów), faceta będącego uosobieniem niepokorności tego typu kina, który w połowie lat 90. zgarnął za swój scenopisarski talent wszystkie pieniądze świata i pokazał zgniłej Fabryce Snów środkowy palec, zaszywając się w swoim pałacu (albo zapuszczonym posterunku policji, jeśli mamy kierować się jego dziełami) – z którego wychyla głowę tylko po to, żeby spełniać swoje osobiste marzenia albo znowu zagarnąć wszystkie pieniądze świata (Iron Man 3, ho ho ho).

Według wspomnianego już opowiadania Thorpa niby Nic nie trwa wiecznie, ale kurczę – Johna nie odstrzelisz. Willis starzeje się razem ze swoim alter ego, McClane coraz bardziej mija się ze swoimi czasami, ale nikt mi nie zabierze i nie zepsuje starych Szklanych pułapek. Bruce Willis, Alan Rickman, William Sadler, Franco Nero, John Amos, Robert Patrick – prawdziwy pochód zakazanych pysków/ucieleśnień charyzmy. Co tam nowe Gwiezdne wojny, zaraz odpalam początek dajhardowej sagi i sprawdzę, czy stary dobry John znowu uratuje biurowiec Nakatomi (spoiler alert: uratuje).

I ten sweter. Cholernie zimny sweter, który grzeje tylko miłość.

Let it snow, let it snow, let it snow, let it snow.

Ostatnio dodane