search
REKLAMA
Szybka piątka

Filmy, na które czekaliśmy NAJBARDZIEJ

REDAKCJA

26 marca 2021

REKLAMA

Jest coś magicznego w oczekiwaniu na premierę filmu, który z jakiegoś powodu ma nas zachwycić. To chyba znane każdemu kinomanowi uczucie, łączące w sobie ekscytację, nadzieję i obawy. Dziś piszemy o tych filmach, na które czekaliśmy najbardziej. 

Odys Korczyński

  1. Blade Runner 2049 – czekałem na ten film z oczywistych względów. Po pierwsze chciałem przekonać się, czy ktokolwiek da radę dorównać Ridleyowi Scottowi, a po drugie byłem ciekawy, jak upływ lat wpłynie na styl, w jakim Denis Villeneuve nakręci kontynuację. Z zadania wywiązał się “prawie” doskonale.
  2. Drużyna Pierścienia – takiej historii należał się monumentalny film. To nie ulega wątpliwości. Był więc to jeden z powodów mojego nerwowego oczekiwania na premierę. Poza tym, o ile dzisiaj sobie przypominam, miał to być jeden z pierwszych, o ile nie pierwszy seans, który miałem przyjemność obejrzeć w krakowskim kinie IMAX PLAZA.
  3. Batman – Początek – czekałem z czysto sentymentalnych względów. Byłem przekonany, że Christopher Nolan w jakimś sensie zdecyduje się powrócić do Burtonowskiej stylistyki. Dzisiaj już wiem, że te oczekiwania okazały się zbyt irracjonalne, by mogły być prawdziwe, niemniej pierwsza część Nolanowskiej wizji przygód Batmana jest najlepszym kinem superbohaterskim, jakie udało się Nolanowi zrobić – i jednym z najlepszych Batmanów w historii serii.
  4. Prometeusz – elektryzowała już sama myśl, że Ridley Scott zdecydował się powrócić do uniwersum Obcego, które tak bezdusznie zostawił na pastwę innych reżyserów. Wierzyłem, że kiedyś to się stanie, że wreszcie dowiem się, jaki sens ma istnienie Obcego. Wyjaśnienie wbiło w fotel, a forma przekazu zachwyciła.
  5. Obcy: Przymierze – skoro Prometeusz postawił tak wysoko poprzeczkę, wzrosły również moje oczekiwania co do Przymierza, tym bardziej że Prometeusz pozostawił po sobie tak wiele pytań. Ridley Scott nie byłby sobą, gdyby je wszystkie grzecznie wyjaśnił. Wciąż pozostało ich mnóstwo. Mam nadzieję, że dzięki odpowiedziom na nie uniwersum Obcego rozrośnie się do rozmiarów iście superbohaterskich.

Tomasz Raczkowski

  1. Człowiek, który zabił Don Kichota – co prawda nie powiem, żebym czekał na ten film tak długo, jak jego twórca (produkcja trwała mniej więcej całe moje życie, a ja usłyszałem o nim dopiero w ubiegłej dekadzie), ale zafascynowany twórczością Gilliama nie mogłem doczekać się jego wyprawy w świat opowieści Miguela de Cervantesa, która w końcu została sfinalizowana w 2018 roku. I nie zawiodłem się.
  2. Ostatnia rodzina – historia Beksińskich fascynowała mnie od kilku lat, a zapowiedzi filmu Jana P. Matuszyńskiego zbiegły się w czasie z moją pracą magisterską poświęconą temu tematowi. Naturalnie więc mocno wyczekiwałem Ostatniej rodziny, przenoszącej na ekran znaną mi z wielu przekazów tekstowych opowieść o Zdzisławie, Tomaszu i Zofii. Co ciekawe, film zrobił na mnie duże wrażenie, ale im dalej od seansu, tym mniej budzi we mnie emocji.
  3. Hobbit. Niezwykła podróż – wychowany na Władcy Pierścieni (książkowym i filmowym w zasadzie równolegle), w 2012 roku dosłownie odliczałem dni do premiery kolejnego filmu Petera Jacksona o Śródziemiu. Przeczytałem po raz kolejny powieść – jak mi się wydawało, idealną do ekranizacji (ale w jednej odsłonie!) – i niemal pobiegłem na pierwszy seans. I o ile wówczas byłem zadowolony kolejnymi odwiedzinami w Tolkienowskim świecie, to z perspektywy czasu widzę coraz więcej mankamentów rozdmuchanego do trylogii projektu. Co nie zmienia faktu, że z poszczególnych sekwencji dalej czerpię sporą frajdę.
  4. Love i Lux Aeterna – Gaspar Noé to jeden z moich ukochanych reżyserów. Ostatnio przyspieszył z pracą i w tej chwili czekam z niecierpliwością na możliwość obejrzenia jego kolejnego w przeciągu trzech lat (licząc po dacie premiery festiwalowej) filmu pełnometrażowego, czyli Lux Aeterna. Wcześniej podobnie wyczekiwałem jego powrotu do pełnowymiarowej fabuły, jakim było Love. Wówczas kontrowersyjny film mnie nie zawiódł i mam nadzieję, że tak będzie i tym razem.
  5. Twin Peaks. The Return – konsekwentnie uważam, że tzw. trzeci sezon Twin Peaks to nic innego jak 17-częściowy film pełnometrażowy, a przynajmniej ciekawa hybryda formatu kinowego i serialowego. Uwielbiam Lyncha i na The Return czekałem z wypiekami na twarzy, skrupulatnie odliczając na kalendarzu miesiące, tygodnie i dni do premiery pierwszego odcinka (a potem kolejnych). A dziś uważam całość z jedno z najwybitniejszych filmowych przedsięwzięć wszech czasów.

REKLAMA