search
REKLAMA
Recenzje

YANG. Ja i robot

„Yang” to bardziej spokojna medytacja nad tematem rzeką, jakim są relacje robotów i ludzi, niż wyrazisty, filmowy traktat filozoficzny. Ze wszystkimi takiego podejścia konsekwencjami.

Janek Brzozowski

5 maja 2022

REKLAMA

Kogonada, reżyser filmów Columbus i Yang, to postać szalenie interesująca i enigmatyczna. Artysta przywiązuje dużą wagę do ochrony własnej prywatności – nieznana jest jego data urodzenia ani prawdziwe imię i nazwisko (na co dzień posługuje się pseudonimem artystycznym, zainspirowanym personaliami Kogo Nody, etatowego scenarzysty filmów Yasujirō Ozu). Droga, którą przebył, aby nakręcić swój pełnometrażowy debiut, była wyjątkowa – dostał się bowiem do kina poprzez wideoeseje. Wpierw realizowane wyłącznie dla własnej satysfakcji, później zaś na zlecenie tak prestiżowych marek jak Sight & Sound czy Criterion Collection. Zazwyczaj były to kilkuminutowe supercuty (montażówki złożone z krótkich fragmentów innych filmów), wydobywające z twórczości konkretnych reżyserów dominanty wizualne (warto zapoznać się chociażby z takimi tytułami jak Eyes of Hitchcock czy Hands of Bresson). Od czasu do czasu realizował także nieco bardziej rozbudowane formy, opatrzone skromną, ale zawsze przenikliwą narracją z offu – chyba nikt tak dobrze i zwięźle nie wytłumaczył istoty włoskiego neorealizmu jak właśnie Kogonada w znakomitym wideoeseju What is Neorealism?.

Eksperymenty Kogonady

Doświadczenie wideoeseistyczne zaowocowało w przypadku reżysera Yanga nie tylko bogatą erudycją filmową, ale również niezwykłym przywiązaniem do warstwy wizualnej filmów. Jego pełnometrażowy debiut, Columbus, to w pierwszej kolejności wizualny esej na temat tytułowego miasta, jego słynnych, modernistycznych budowli i ich projektantów. Statyczne, wysublimowane kompozycje spychają fabułę na drugi, a może nawet i trzeci plan, całkowicie pochłaniając zainteresowanie widza. Wychodzi to zresztą filmowi na dobre – nie najlepiej napisane dialogi aż tak nie rażą, gdy wygłaszane są w kojącej zmysły scenerii.

W Yangu sytuacja wygląda podobnie – dominuje warstwa wizualna. Kogonada (reżyser, scenarzysta i montażysta filmu) dwoi się i troi, jeżeli chodzi o pomysły inscenizacyjne. Eksperymentuje z proporcjami obrazu, które zmieniają się w trakcie projekcji kilkukrotnie – w zależności od tego, czy patrzymy na świat „oczami” kamery, człowieka, robota czy też uczestniczymy w futurystycznej telekonferencji. Wchodzi do świadomości androida (tutaj określanego nobilitującym mianem „techno sapiens”), lawirując pomiędzy jego wspomnieniami, przedstawionymi jako świetliste plamy na tle bezkresnej, czarnej przestrzeni. Niejednokrotnie powtarza ujęcia i dialogi, obrazując w ten sposób, jak krucha i niepełna jest pamięć ludzka w konfrontacji z analityczną pamięcią robota, dysponującego możliwością mechanicznego rejestrowania wybranych fragmentów rzeczywistości (bez użycia zewnętrznych narzędzi, takich jak aparat czy kamera). Moim ulubionym audiowizualnym eksperymentem Kogonady pozostają jednak napisy początkowe, zrealizowane w rytm konkursu tanecznego, w którym na odległość konkuruje ze sobą kilkanaście tysięcy amerykańskich rodzin – doskonały przykład na to, jak przekazać kluczowe dla rozwoju fabuły informacje w sposób czysto wizualny, subtelny, nieuwłaczający inteligencji widza. Gdy rodzina głównych bohaterów odpada z konkursu, należący do nich robot (tytułowy Yang) nie może przestać tańczyć – jeszcze przed właściwym początkiem filmu otrzymujemy jasny sygnał, że zaczyna się psuć.

Strata, która uszlachetnia

Jak pisała w świetnym tekście dotyczącym A.I. Sztucznej Inteligencji Teresa Heffernan: „Roboty i androidy od dawna traktowane są w literaturze i kinie jako figury, za pomocą których ustalać można granice tego, co to znaczy być człowiekiem – zmarginalizowana, mechaniczna jednostka często okazuje się bardziej «ludzka» niż ludzie, stając się w ten sposób żywym dowodem na to, że świat poszedł w złym kierunku”1. Film Kogonady jest pod tym względem nieco przewrotny, aż chciałoby się napisać – rewolucyjny. W przeciwieństwie do takich dzieł jak Ja, Robot, Ex Machina czy analizowana przez Heffernan A.I. Sztuczna Inteligencja, w Yangu kontakt z robotem nie wydobywa z bohaterów najgorszych cech, międzygatunkowych uprzedzeń, wykluczającego poczucia wyższości. Wręcz przeciwnie. Niemalże bezpośrednie, haptyczne doświadczenie wspomnień androida sprawia, że bariery pomiędzy tym, co ludzkie i nieludzkie, zostają zamazane – tak jak życzyliby sobie tego, i słusznie, posthumaniści. Awaria Yanga, początkowo traktowana przez głównego bohatera (granego przez Colina Farrela Jake’a) jako usterka, z którą należy się jak najszybciej uporać, powoli urasta do rangi egzystencjalnej – śmierci przyjaciela, brata, opiekuna. Pełnoprawnego członka rodziny.

Jedyną postacią, która od samego początku postrzega Yanga w takiej kategorii jest Mika, malutka córka Jake’a i Kyry. Czy to przejaw pozostałości po dziecięcym myśleniu magicznym, obdarzającym podmiotowością wszystko dookoła? Dowód emocjonalnej dojrzałości i międzygatunkowej otwartości – cech, które jej rodzice muszą dopiero wypracować, a które są ważnym elementem tożsamościowym kolejnego pokolenia? A może po prostu kwestia tego, że dziewczynka, już od wczesnego dzieciństwa, spędzała z Yangiem każdą wolną chwilę? Robot został bowiem zakupiony właśnie z myślą o niej – Jake i Kyra, przedstawiciele zapracowanej klasy średniej, potrzebowali pomocy przy jej wychowaniu, jednocześnie pragnąc, aby ich adoptowana córka nie traciła kontaktu z rodzinną, chińską kulturą. Wszechwiedzący, sypiący ciekawostkami na temat Dalekiego Wschodu jak z rękawa android okazał się rozwiązaniem idealnym. Jego nagłe odejście sprawia, że na rodziców, a zwłaszcza bohatera portretowanego przez Farrela, spadają nowe obowiązki. Mężczyzna zmuszony jest zapełnić puste miejsce, jakie powstało w życiu Miki – przeistoczyć się w ojca na pełen etat, opiekuna i przewodnika. Strata Yanga, choć bolesna, staje się więc paradoksalnie szansą na scementowanie więzi rodzinnych, nadwyrężonych przez permanentny brak czasu – charakterystyczny chyba nie tylko dla futurystycznej wizji Kogonady.

Aspekt żalu, żałoby, ale i zamieszania po śmierci robota pięknie wybrzmiewa w oryginalnym tytule filmu Kogonady: After Yang. Najważniejsze pytania dotyczą tutaj właśnie tego, co „potem”. Jak godnie pożegnać bliską nam osobę, zwłaszcza nieludzką? Czy rodzina Jake’a powinna oddać ciało i wspomnienia Yanga do badań, pozwalając na to, aby jego pozostałości służyły za muzealny eksponat, czy też należy pochować go w tradycyjny, „ludzki” sposób? Kogonada ucieka od jednoznacznych odpowiedzi – stawia głębokie i ważne pytania, porusza wiele interesujących kwestii, nie zawsze jednak rozwijając je w pełni satysfakcjonujący sposób (z tego względu tworzone przez niego kino może wydawać się miejscami płytkie bądź banalne). Yang to bardziej spokojna medytacja nad tematem rzeką, jakim są relacje robotów i ludzi, niż wyrazisty, filmowy traktat filozoficzny. Ze wszystkimi takiego podejścia konsekwencjami.

1 T. Heffernan, A.I. Artificial Intelligence: Science, Fiction and Fairy Tales, tłum. własne, „English Studies in Africa”, vol. 63 (1), s. 13.

Janek Brzozowski

Janek Brzozowski

Student poznańskiego filmoznawstwa. Licencjat poświęcił "Pogardzie" Godarda, "Nocy amerykańskiej" Truffaut oraz skomplikowanej relacji, łączącej obu twórców. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska oraz francuska, a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym. E-mail kontaktowy: jan.brzozowski@protonmail.com

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA