Recenzje
X-MEN: OSTATNI BASTION. Finał trylogii o mutantach Marvela
X-MEN: OSTATNI BASTION to emocjonujący finał trylogii o mutantach, gdzie walki i napięcia osiągają szczyt w niezwykłym stylu.
Przyznam się od razu, że komiksów Stana Lee nigdy nie czytałem, a o ich twórcy dowiedziałem się dopiero ze Szczurów z supermarketu Kevina Smitha. Twórcy pierwszego filmowego X-Men nad wyraz troskliwie potraktowali takich widzów jak ja, zaczynając od cierpliwego przedstawienia uniwersum Mutantów. No i udało im się. Bryan Singer w X2 mógł już na dobre rozhulać kolejne rozdziały walki w trójkącie Mutanci Xaviera – Mutanci Magneto – ludzie, dodając nowe wątki do każdej postaci. Rezultatem była kontynuacja niemal doskonała, twórczo i inteligentnie rozwijająca kwestie agresywnej nietolerancji na granicy otwartej wojny.
A potem Bryan Singer wykonał kolejny niespodziewany zwrot i zamiast zająć się trzecią częścią, zasmakowawszy w superbohaterach, ochoczo wybrał ich ikonę, Supermana. Zabrał ze sobą większość głównej ekipy i przeniósł się na plan Superman: Powrót. Bardzo filmowym zbiegiem okoliczności Brett Ratner, niedoszły reżyser nowej wersji przygód Kal-Ela z Kryptonu, przejął reżyserię X-Men: Ostatni bastion. Zmiany wśród najważniejszych twórców, siłą rzeczy wzbudziły niepokój u fanów X-Men. Jak hollywoodzki rzemiecha, twórca Godzin szczytu i Czerwonego smoka, okiełzna zbudowany przez kogoś innego świat? Przedpremierowy, bardzo sceptyczny plan minimum zakładał, żeby Ratner przynajmniej nie spieprzył tego, co Singer postawił. W końcu nie chodziło tu o kolejny sequel Mortal Kombat, ale o zaskakująco wysokiej próby kino z superbohaterami, których widzowie kupili już po pierwszym filmie.
Pokój między ludźmi i Mutantami znów stanął pod znakiem zapytania. W laboratorium Worthington wynaleziono remedium, niszczące natychmiastowo gen odpowiedzialny za mutację. Wciąż szukający odwetu na ludziach, Magneto staje na czele mutancich przeciwników tej swoistej naturalizacji. Tymczasem przed opłakującym śmierć Jean Grey Cyclopsem, na brzegu jeziora Alkali materializuje się jego ukochana. Lecz jej wyjątkowo potężne moce przejęły kontrolę nad umysłem Jean, zmieniając ją w niezwykle groźną Dark Phoenix. Szukając zaginionego Cyclopsa, Storm i Wolverine odnajdują tylko Jean i nieświadomie sprowadzają do szkoły Xaviera śmiertelne niebezpieczeństwo.
W tym samym czasie Magneto ratuje uwięzioną Mystique z więziennego konwoju i zbiera nową straż przyboczną: potrafiącą szybko zmieniać miejsce Callisto, potężnego osiłka Juggernauta, umiejącego się powielać Multiple Mana, młodego gniewnego Pyro, oraz przede wszystkim arcygroźną Jean/Phoenix. Kolejna konfrontacja z ludźmi i Mutantami Xaviera zbliża się wielkimi krokami…
Po obejrzeniu X-Men: Ostatniego bastionu jasno trzeba powiedzieć, że Ratner nie tylko wykonał plan minimum. On podniósł poprzeczkę nawet nieco wyżej. Wyreżyserował po prostu fantastyczne, nie tylko gatunkowo, kino. Trzecie części, jeśli nie są finałem zamkniętych trylogii, rzadko prezentują tak olśniewający poziom. I nie chodzi tu o sprawne poprowadzenie kolejnego sequela, skierowanego tylko do fanów, którzy jak wiadomo kupią wszystko co ma nalepkę przedmiotu ich kultu (choć po prawdzie, nie ma co zasiadać do trójki, bez znajomości poprzednich części). X-Men: Ostatni bastion” to film ze wszech miar zaskakujący i to w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Autorzy scenariusza Simon Kinberg i Zak Penn, bazując oczywiście na pomysłach z X-komiksów, powymyślali rozwiązania tak nieoczekiwane i tak dramatyczne, że od ekranu nie sposób oderwać wzroku. Starzy znajomi z poprzednich filmów zostali momentami potraktowani z nowatorską bezwzględnością, biegunowo odległą od sequelowego głaskania po główce. Jeśli widzowi wydaje się, że ten czy inny Mutant zrobi coś, czego oczekiwalibyśmy od niego po poprzednich filmach, to nagle następuje coś, co wywraca dzieje danej postaci do góry nogami. Trzecia część pozwoliła wreszcie na istną feerię mutancich mocy, prezentowanych przez postaci premierowe (Beast, Angel, Juggernaut, Arclight, Multiple Man, Leech), lub te, które ledwo znaczyły swą obecność w poprzednich filmach (Colossus, oraz szczególnie Kitty Pryde; pomysłowość nazewnicza komiksiarzy nie ma końca).
Osobna kategoria to Jean Grey/Dark Phoenix. Śliczna i łagodna Famke Janssen, dzięki swemu talentowi i cudom nowoczesnej technologii animacyjnej, zamieniała się w fascynującego swą destrukcyjną siłą potwora, wciąż jednak budzącego współczucie widza i miłość Wolverine’a. Jej pojedynek z Xavierem i Magneto, to prawdziwy test na wytrzymałość kinowego fotela, kurczowo trzymanego przez widza.
Przesunięciu akcentów personalnych towarzyszyło nieuchronne zepchnięcie na drugi, czy nawet trzeci plan niektórych starych znajomych. Rogue kilka razy pojawia się właściwie z obowiązku (żeby nikt nie pytał, co się z nią stało), Cyclops znika dość szybko, nagle urywa się też wątek Mystique. Na pierwszy plan w szkole Xaviera wychodzą Wolverine, Storm, Kitty Pryde i Beast.
Mutanci Magneto to, jak wspominałem, również niemal nowa ekipa. Rozpoczynająca się już od dziecięcych flashbacków historia Anioła, także nie miała tu za dużo fabularnego miejsca, ale akurat te grzechy twórcy serii popełniali już wcześniej, co nie przeszkodziło im przywoływać marginalnych zrazu postaci w szerszej formie w kolejnych odsłonach.
Film poraża widowiskowością. Twórcy serii posiedli umiejętność skutecznego przekładania na obraz scen, które zrazu poważnie wyglądać mogą tylko na kartach komiksu (twórcy poprzednich Supermanów wręcz celowali w niezamierzenie śmiesznym, bo dosłownym i biednym technicznie przenoszeniu na ekran tego typu kwiatków). Chodzi przede wszystkim o bodaj największą przeprowadzkę w historii kina, kiedy Magneto wyrywa z posad most Golden Gate i przenosi go w inny rejon zatoki San Francisco, łącząc miasto z wyspą Alcatraz. Słysząc taki opis, można pomyśleć „no chyba nikt nie porwie się na pokazanie tak absurdalnego pomysłu, zdolnego zachwycić co najwyżej komiksową dzieciarnię i zdeklarowanych X-freaków.
Coś, co na papierze jest na miejscu, nie zawsze dobrze wygląda w ruchu. A tymczasem Brett Ratner pokazał, czyniąc z tej przegiętej, nawet jak na świat X-Men bredni pierwszorzędną, wbijającą w fotel, zdumiewającą techniczną perfekcją i emanującą czystą filmową energią atrakcję. W równie zachwycający sposób pokazano zatrzymanie konwoju przez Magneto, wspomnianą wcześniej konfrontację Jean z Magneto i Xavierem, nie mówiąc o finałowej demolce, która przyćmiła rozmachem finały dwóch poprzednich filmów. Lecz nawet jak na tak naładowany atrakcjami spektakl, wywiedziona z poprzednich filmów twórcza filozofia autorów, dotycząca użycia efektów wizualnych pozostała utrzymana w mocy.
Efektów jest mnóstwo, co jeden to lepszy, bo większość z nich wyprodukowała Weta Digital (choć przez moment mignął nawet mój ulubiony spartolony efekt, czyli oczywiście cyfrowy dubler, poruszający się jak Shrek), lecz wciąż służą one opowiadaniu historii a nie na odwrót. Najbardziej zaskakujące użycie cyfrowej magii widać już w dziejącym się 20 lat wcześniej prologu. Magneto i Xavier (chodzący jeszcze o własnych nogach) poznają niesamowitą dziewczynkę nazwiskiem Jean Grey. Cała, iście zdumiewająca iluzja polega na tym, że Ian McKellen i Patrick Stewart naprawdę wyglądają na 20 lat młodszych! Dzięki mozolnej pracy animatorów, z ich twarzy zniknęła większość zmarszczek, skóra uległa wygładzeniu, oczy pojaśniały. Niesamowity przykład zaprzęgnięcia budzącej respekt techniki do wykonania efektu równie trudnego, co naturalnego na ekranie.
Każdą część muzycznie dopowiadał inny kompozytor. Tym razem zadanie wypełnił John Powell, od kilku lat etatowy dostarczyciel znakomitych soundtracków do komputerowych bajek z DreamWorks. Jego ilustracja trzeciej odsłony X-Men spełnia wszystkie oczekiwania. Jest głośno, potężnie, ekspresyjnie, a gdzie trzeba lirycznie i chwytająco za serducho (nawiasem mówiąc sceny z gatunku tych wzruszających, są najlepsze z całej serii, nie tylko muzycznie). Tradycyjnie na ekranie pojawił się na moment Stan Lee – zagrał staruszka w ogródku, zdziwionego lejącą się w górę wodą ze szlaucha, podczas pierwszej prezentacji mocy Jean w prologu.
Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów, jak mawiał klasyk. Może się tu coś nie podobać? Może tylko przesunięcie ciężkości na innych Mutantów, co osłabiło udział i możliwości aktorskie Anny Paquin czy Patricka Stewarta. James Marsden i Rebecca Romijn (już bez Stamos) także zupełnie nieoczekiwanie znikają z ekranu. A kolejna część raczej powstanie, jak sugerują to dwie finałowe sceny, jedna przed napisami końcowymi i druga – UWAGA! – po napisach, które naprawdę warto przeczekać. Dodając do tego wyniki box office, można spodziewać się rychłej odpowiedzi na zadane pod koniec pytania.

X-MEN: THE LAST STAND, Famke Janssen, 2006, TM & Copyright (c) 20th Century Fox Film Corp. All rights reserved.
Seria X-Men, podobnie jak jej problematyka, ulega ciągłej ewolucji. Pierwszy film gładko wprowadzał w klimat, drugi sprawnie pogłębił aspekty moralne i podrasował widowiskowość.
Film Bretta Ratnera natomiast przyniósł wszystko to, czego można oczekiwać od kolejnego sequela i jednocześnie zaoferował znacznie więcej. Zamiast zakopywać się we własnych schematach i obudowywać przewidywalnymi rozwiązaniami, X-Men: Ostatni Bastion przyniósł nadspodziewanie potężną dawkę czystej, prawdziwej magii kina, zdolnej zachwycić nie tylko X-maniaków. No, chyba że ktoś nie lubi widoków latających mostów.
Tekst z archiwum Film.org.pl (2006.06.04)



