search
REKLAMA
Archiwum

THOR. Umiejętne budowanie kinowego uniwersum Marvela

Maciek Poleszak

28 sierpnia 2020

REKLAMA

Nigdy nie darzyłem Thora ze stajni Marvela szczególnym uznaniem. Było to uprzedzenie raczej irracjonalne, bo tak naprawdę nie czytałem ani jednego komiksu, w którym byłby głównym bohaterem, ale już sama idea umieszczenia Nordyckiego boga piorunów z całym Asgardem w tym samym uniwersum, co śmigającego po Nowym Jorku Spider-Mana czy Fantastyczną Czwórkę wydawała mi się zawsze niezbyt trafiona. Warto jednak wspomnieć, że Stan Lee i Jack Kirby w pewnym sensie nie mieli wyjścia, bo w publikacjach konkurencyjnego DC Comics Herkules panoszył się już od dwudziestu lat, od czasu do czasu biorąc się za bary z Supermanem, więc wprowadzenie wątków mitologicznych wydawało się jak najbardziej na miejscu. I tak przeskakujemy do roku 2011, w którym Thor w końcu dostał szansę zaistnienia we własnym filmie.

W zaskakująco długim prologu poznajemy historię wojny pomiędzy Asgardem, krainą władaną przez Odyna, a Jotunheimem, światem zamieszkanym przez Lodowych Gigantów. Po zaciętych i wyniszczających walkach Giganci zostają pokonani i zmuszeni do zawarcia rozejmu. Rozejmu, który wiele lat później zostanie zerwany z powodu lekkomyślności i porywczości Thora. W przypływie gniewu Odyn odbiera synowi wszystkie moce i skazuje na wygnanie – wysyłając go na Ziemię. Na legendarny młot Mjolnir rzuca natomiast zaklęcie, które ma obdzielić siłą i nadprzyrodzonymi umiejętnościami tylko i wyłącznie osobę godną takiego zaszczytu. W taki właśnie sposób Thor trafia z dalekich zakątków kosmosu prosto pod koła samochodu należącego do ambitnej pani astrofizyk granej przez Natalie Portman.

Zaraz po wyjściu z kina doszedłem do wniosku, że Thor to najzwyklejszy w świecie zapełniacz czasu. Nic to, że na stołku reżysera zasiadł żyjący, oddychający i myślący dramatami Szekspira Kenneth Branagh, bo film i tak nie oferuje prawie niczego wyjątkowego. Każdy i to dosłownie każdy jest w stanie dośpiewać sobie co najmniej 70% scenariusza po przeczytaniu jedynie wcześniejszego akapitu streszczającego początek filmu, który przez kolejne kilkadziesiąt minut nie zaskoczy już prawie niczym. Kino jednak nie raz i nie dwa udowadniało, że oklepane i zbudowane ze schematów historie można opowiadać w sposób tak ciekawy, że widz z miejsca zapomina o kliszach i zwyczajnie cieszy się seansem. Ale tak różowo niestety nie jest. Wyraźnie kuleje środkowa część filmu, w której bohater ma przejść nieuniknioną i oczywistą przemianę z krnąbrnego i dumnego wojownika, w pokornego i rozsądnego przywódcę. Twórcy nie poświęcają temu wątkowi należytej uwagi, więc wszystko dzieje się szybko i nie do końca wiadomo dlaczego.

Nie ma sensu dłużej czepiać się historii, warto więc ocenić, jak film prezentuje się wizualnie. Projektanci dekoracji i efektów specjalnych mieli pomysł na Asgard i to w jego kreację zaangażowali wszystkie moce przerobowe. Kraina bogów znajduje się na granicy wpływów magii i technologii, wygląda jak “futurystyczne” średniowiecze – z jednej strony marmury, kolumny, zbroje i płaszcze, a z drugiej gigantyczne, połyskujące metalem, ruchome budowle przypominające mechanizmy wielkiego zegara. Ode mnie oba kciuki w górę. Niestety, na krainę Lodowych Gigantów zabrakło już takiego pomysłu, więc jest tylko zimno (czyli niebiesko) i pusto, a zewsząd sypią się fragmenty skał i ruin. Sami Giganci natomiast wydają się nie mieć zupełnie niczego do roboty, więc siedzą bez celu pośród ruin i knują tylko niecne plany względem przyszłości Asgardczyków. Od czasu do czasu zirytować może również kamera. Operator w zbyt wielu miejscach postanowił zastosować przechylenie kadru, które zupełnie nic nie wnosi. Zabieg ten w normalnych warunkach pozwala budować pewną atmosferę, potęgować emocje. W Thorze natomiast możemy zobaczyć na ten przykład konwój samochodów filmowany pod kątem prawie 45 stopni. Zaiste pomysłowe.

A teraz warto wspomnieć dlaczego dwa akapity wyżej pogrubiłem słowo “prawie”. Pomimo ogólnej nijakości najnowszej produkcji Marvel Studios, parę pomniejszych elementów udało się naprawdę dobrze. Po pierwsze i najważniejsze – Chris Hemsworth może i nie ma dużego doświadczenia, a jego największym osiągnięciem jest bohaterska śmierć w pierwszych minutach nowego Star Treka, ale jego obecność na pierwszym miejscu listy płac jest obsadowym strzałem w dziesiątkę. Od Thora powinno się czuć siłę, pewność siebie i prawdziwą MOC – i tak też jest. Hemsworth ma wszystko, czego potrzeba do takiej roli: aparycję, głos i charyzmę, którą dałoby się obdzielić jeszcze ze dwa inne filmy. Ludzie od castingu świetnie wybrali również Lokiego – sfrustrowanego przebywaniem w cieniu brata, ale metodycznego i skrupulatnego w dążeniu do celu.

Thor jest też jak na razie najlepszym przykładem umiejętnego budowania wspólnego uniwersum kinowego Marvela. Nawiązania do innych postaci są subtelne i naturalne, wnoszą coś do historii – nie odnosi się wreszcie wrażenia, że cały film na moment staje w miejscu, żeby tylko wszyscy mogli zauważyć jak to twórcy puszczają oko do fanów. Udał się też humor, chociaż duża jego część opiera się na wyświechtanym motywie “silny charakter wrzucony w niecodzienne dla siebie środowisko”. Kiedy Thor wchodzi do sklepu zoologicznego i bez mrugnięcia okiem prosi o najlepszego konia, przez chwilę można odnieść wrażenie, że zza winkla wybiegną za chwilę Goście, goście – Jean Reno i Christian Clavier prosząc o następnego, a i tak uśmiech mimowolnie pojawia się na twarzy.

W skrócie – film jak najbardziej do obejrzenia, pod warunkiem posiadania odpowiedniej ilości wolnego czasu, bo nie warto dla niego zarywać nocy albo przekładać ważnego spotkania. Największa zaleta (oprócz głównej roli): za rok nie będzie trzeba oglądać wprowadzenia postaci Thora w Avengers Jossa Whedona. Zastanawiam się co w filmie (w takiej postaci, w jakiej jest teraz) można by zrobić lepiej i niewiele przychodzi mi do głowy. Jest za to wiele rzeczy, które w łatwy sposób dałoby się zepsuć. Nie jest więc chyba wcale tak źle.

PS. Właśnie zdałem sobię sprawę z tego, że od jakiegoś czasu słucham zapętlonego Thunderstruck od AC/DC. Bóg piorunów czuwa…

Tekst z archiwum Film.org.pl (30 kwietnia 2011)

REKLAMA