search
REKLAMA
American Film Festival i Nowe Horyzonty 2020

TESLA. Depresja geniusza

Janek Brzozowski

12 listopada 2020

REKLAMA

Nikola Tesla nie jest postacią obcą amerykańskiemu kinu. Na kilka scen pojawił się chociażby w Nolanowskim Prestiżu, w którym sportretował go inny (muzyczny) geniusz – David Bowie. Trzy lata temu zaś wcielił się w niego Nicholas Hoult – tym razem była to znacznie większa rola, wykreowana na potrzeby Wojny o prąd. Michael Almereyda nie wypływał więc na zupełnie nieznane wody, choć przyznać trzeba, że zadanie postawił przed sobą bodaj najbardziej ambitne. Postanowił zekranizować biografię Tesli w przystępny, a zarazem autorski sposób – stworzyć film nietuzinkowy, wymykający się schematom, jakim podporządkowane jest tego rodzaju kino.

W roli genialnego wynalazcy Almereyda obsadził swojego stałego współpracownika oraz przyjaciela – znanego i lubianego Ethana Hawke’a. Panowie poznali się w 1995 roku na festiwalu Sundance (Almereyda kręcił wówczas dokument poświęcony temu wspaniałemu amerykańskiemu festiwalowi), a nad pierwszym wspólnym filmem zaczęli pracować już trzy lata później. Tesla w aktorskiej interpretacji Hawke’a jest ponurym, markotnym geniuszem. Odzywa się bardzo rzadko, a jeżeli już otwiera usta, to zazwyczaj wypadają z nich monosylaby i ciche, ledwie zrozumiałe pomruki. Wizja Hawke’a i Almereyda sytuuje się więc na antypodach tego, jak sportretował Teslę w Prestiżu przebojowy i charyzmatyczny Bowie.

W opozycji wobec małomównego wynalazcy reżyser ustawił wyjątkowo rozmowną Annę Morgan (Eve Hewson) – burzącą czwartą ścianę narratorkę, która prowadzi widza za rękę przez cały seans. Jest zarówno postacią diegetyczną, pojawiającą się w filmie jako jedna z bohaterek, jak i bytem nadrzędnym względem świata przedstawionego – chwytem scenariopisarskim, za pomocą którego Almereyda wzbogaca swoje dzieło o dodatkowe warstwy. Kobieta kilkukrotnie pojawia się w roli swego rodzaju wykładowcy – siedzi przy biurku z odpalonym MacBookiem i tłumaczy nam, że na hasło “Tesla” otrzymamy dwa razy mniej wyników w Google niż gdybyśmy w tej samej wyszukiwarce spróbowali wpisać nazwisko Edisona.

Almereyda próbuje więc stworzyć coś według wzoru rozpropagowanego w ostatnich latach przez filmy Adama McKaya. Oblec poważną, tragiczną w gruncie rzeczy biografię w atrakcyjną, ale stanowiącą dla widza pewnego rodzaju wyzwanie formę. Podrzuca XX-wiecznym postaciom współczesne gadżety (ciekawy zabieg, z którego swego czasu korzystał Derek Jarman), neguje przedstawione na ekranie wydarzenia za pomocą narracji z offu, a następnie prezentuje je w poprawionej wersji. Autor Marjorie Prime nie idzie jednak, tropem twórcy Big Short i Vice, na całość. Zatrzymuje się w pół kroku – ciekawe, zabawne pomysły realizacyjne (jak jazda na rolkach po gustownym salonie albo Tesla, który wyraża skrzętnie skrywane emocje, śpiewając na neonowym tle Everybody Wants to Rule the World) sąsiadują w filmie Almereydy z nudnymi, powierzchownymi scenami, jak gdyby żywcem wyjętymi z przeciętnego amerykańskiego biopica. Reżyserowi ewidentnie czegoś zabrakło – albo inwencji, albo odwagi. W efekcie produkt końcowy przypomina bardziej szkic z pomysłami na film niż spełnione, zrealizowane według opracowanego wcześniej planu dzieło.

Najbardziej godne uwagi jest w Tesli bez dwóch zdań aktorstwo. Ethan Hawke nie jest może tak czarujący i naturalny jak w filmach Richarda Linklatera, ale wypada w roli nieśmiałego geniusza co najmniej przekonująco – zwłaszcza w scenach, w których musi płaszczyć się przed bogatym inwestorem (J.P. Morganem), prosząc o dodatkowe dofinansowanie na kosztowne eksperymenty. Wówczas na jego twarzy maluje się prawdziwe upokorzenie – widzimy, ile cierpienia kosztowało wielkiego wynalazcę żebractwo. Kroku dotrzymuje Hawke’owi Kyle MacLachlan, który wciela się w postać wybitnego oponenta Tesli – Thomasa Edisona. Co ciekawe, obaj aktorzy spotkali się już raz w filmie Almereydy – 20 lat temu stanęli naprzeciwko siebie w uwspółcześnionej wersji Hamleta (Hawke jako bohater tytułowy, a MacLachlan jako zbrodniczy Klaudiusz). Sytuacja w Tesli wydaje się w ogólnym zarysie bardzo podobna. Bogaty, mający ogromne wpływy Edison kontra skromny, zamknięty w sobie Tesla, który niegdyś pracował w korporacji amerykańskiego wynalazcy-biznesmena (a zatem był częścią „królestwa”).

Gdyby cały film utrzymany był na poziomie jego najlepszych fragmentów, to niewątpliwie mielibyśmy do czynienia z udaną, interesującą pod wieloma względami biografią. Niestety, tak się nie stało. Zamiast tego otrzymaliśmy dzieło nijakie, stojące w rozkroku pomiędzy odważną autorską wizją a szkolną, skierowaną do szerszej publiczności realizacją. Tesla nie zadowoli w pełni nikogo – ani wymagającego festiwalowego odbiorcy, ani niedzielnego widza, szukającego w kinie przede wszystkim atrakcyjnej fabuły. Pierwszy uzna projekt Almereydy za niespełniony, drugi – za wydumany. Reżyser chciał zjeść ciastko i mieć ciastko. Doprowadził w ten sposób do sytuacji, w której każdy opuszcza seans jego filmu głodny.

Janek Brzozowski

Janek Brzozowski

Student poznańskiego filmoznawstwa. Licencjat poświęcił "Pogardzie" Godarda, "Nocy amerykańskiej" Truffaut oraz skomplikowanej relacji, łączącej obu twórców. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska oraz francuska, a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym. E-mail kontaktowy: jan.brzozowski@protonmail.com

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA