nowości kinowe

VICE. Potok paranoi, złośliwej satyry i udanych zabaw narracyjnych

Jest to gorąca, ujeżdżająca chaos i złośliwie chichocząca lawa satyry, która od początku do końca płynie tam, gdzie chce tego reżyser.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Hierarchia polityczna Białego Domu czasów Nixona pokazana na przykładzie atawizmów w stadzie. Klik. Władza wiceprezydenta za młodszego Busha porównana do potęgi pewnej postaci komiksowej. Klik. Bohaterowie przełączają się na frazę szekspirowską, aby zaznaczyć swą makiaweliczną osobowość. Klik. Spot reklamowy z lat osiemdziesiątych. Klik. Wrzesień 2001 roku. Klik. Śmieszniutki memik. Klik. Pandemonium wojny. Klik… Narracyjnie najnowszy film twórcy Big Short wydaje się korzystać ze zbyt wielu kodów popkulturowych, ale nawet przez chwilę szalona biografia Dicka Cheneya nie wykoleja się czy wprawia w osłupienie jak powyższy wstęp. Nie każdy jest Adamem McKayem, mistrzem wypchanej niespodziankami narracji. Jemu wolno i jemu wychodzi.

No dobra, przyznać się, kto ma dość gumowych twarzy i wielkich metamorfoz opierających się na efektach pracy charakteryzatora? To trochę tak, jakby Hollywood zaczęło się prześcigać w tym, który aktor „przemorfował się” najlepiej. Jest jednak coś w Dicku Cheneyu, co szczególnie objawia się na zdjęciu użytym przy wpisie na Wikipedii – on naprawdę przypomina nieco tęższego Christiana Bale’a, który dorobił się mnisiej łysinki. Vice więc już na starcie wzbudza zainteresowanie dzięki kilku czynnikom: wyrazistemu stylowi reżysera Adama McKaya, zdolnościom mimetycznym Bale’a oraz charyzmatycznej postaci polityka, który na ekranie może nabrać głębi. Na szczęście tkwi w tym wszystkim o wiele więcej niż popisowe bajerki, bo jeśli już je w nim znajdziemy, to nie tylko w świetnych kreacjach aktorskich i pomysłach na prowadzenie historii, lecz także w odwadze oraz zadziorności. Głównym celem McKaya wydaje się odnajdywanie człowieczeństwa w narastającej paranoi i wszechogarniającym nihilizmie.

Poznajcie Dicka, wcześniej kongresmena republikańskiego, przecierającego polityczne szlaki jeszcze za Nixona, a obecnie – zaufanego współpracownika młodszego Busha. Człowiek skryty w cieniu, z nieco lustrującymi wszystko dookoła oczętami i chorowitym sercem, a największym błędem, jaki można popełnić w konfrontacji z nim, jest niedocenienie jego sprytu. W toku filmowych zdarzeń wydaje się, jakby wszystkie te wielkie polityczne sukcesy działy się w jego życiu mimochodem, a on sam – niczym kowboj z westernów – bierze się za robotę, którą po prostu trzeba wykonać, nawet kiedy wymaga przerastających jednostkę wyborów, jak po ataku na World Trade Center. Obserwujemy więc to, w jaki sposób Cheney wpływa na swoje otoczenie, co wpłynęło na niego, a przede wszystkim, jak sugeruje tytuł, w jaki sposób doszedł do funkcji wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Po drodze czeka nas mnóstwo rozważań na temat Ameryki kilku dekad i newralgicznej dla całego świata interwencji w Afganistanie i Iraku.

Metażarty oraz zabawy narracyjne nie przyćmiewają celu, że to historia ma być jedną z głównych bohaterek. Reżyser jednak zabiera się za nią obładowany nieco głośniejszymi narzędziami niż te, które zabierał ze sobą do roboty choćby Spielberg. W jednej z naprawdę przerażających scen obraz McKaya na chwilę zapomina o swojej manierze gadatliwej erudytki i po ciągu zabaw tonalnych, burzeniu czwartej ściany i komentowaniu własnej struktury, wchodzi na poziom bad tripu. Może i tragedia nowojorska zdążyła już nieco stężeć w zbiorowej świadomości, ale reżyser potrafi jedną, małą popkulturową wstawką (kto pamięta jeszcze youtube’owe Wazzup?) przypomnieć nam całą temperaturę początku lat dwutysięcznych. Zbudzić w nas koszmary, zaprowadzić do miejsc, po których od jakiegoś czasu nie spacerowaliśmy myślami. I co ciekawe – znajduje podobny przepis na pokazanie ważnych dla Stanów Zjednoczonych wydarzeń, jak na przykład afera Watergate, początek epoki reaganowskiej czy całkiem niedawne ścieranie się konserwatyzmu i liberalizmu. Może i przypomina to nieco zabawę z „historycznym PowerPointem”, ale przy tablicy ze zmieniającymi się slajdami stoi ktoś, kto potrafi nas utrzymać w ciekawości.

Bale pokazał na ekranie kilka naprawdę ciekawych odcieni Cheneya: ślamazarnego, powolnego, węszącego za ofiarą, lecz także kochającego i oddanego rodzinie. To świetna rola, która jest wypadkową brawury aktorskiej i przemiany fizycznej. Wydaje się jednak, że o wiele ciekawszymi „rozbłyskami” są Amy Adams w roli jego żony, Lynne, a także Sam Rockwell jako George W. Bush. Ta pierwsza jest bardzo konsekwentnie prowadzoną postacią, a Rockwell prezentuje własną interpretację byłego prezydenta USA, korzystając zarówno z jego mocno krzywdzącego wizerunku publicznego, jak i własnych obserwacji aktora. Sporo tutaj poprawnego, ale nie wychodzącego poza siebie Steve’a Carella w roli Donalda Rumsfelda, a niespodzianką dla widza niech pozostanie Jesse Plemons, który staje się elementem wspomnianej brawury narracyjnej. Kiepskich ról tutaj nie ma, zarówno na pierwszym planie, jak i w tle.

Co zdaje się mówić o współczesnym świecie Vice? Niewiele nowych rzeczy, bo to jednak biografia, której celem jest prowokowanie oraz wzbudzenie paranoi, choć opartej na racjonalnych pobudkach, podobnie jak proza Thomasa Pynchona. Trudno ocenić tę zuchwałą próbę biograficzną bez odnoszenia się do jej temperatury – a jest to gorąca, ujeżdżająca chaos i złośliwie chichocząca lawa politycznej satyry, która od początku do końca płynie tam, gdzie chce tego reżyser. Wprost do naszych niespokojnych serc i lekko przytłumionej pamięci.

Ostatnio dodane