Recenzje

TATARAK (2009)

Opowiadanie Iwaszkiewicza jest bardzo krótkie, zostawia sporo miejsca na własną interpretację. Z jednej strony Wajda wykorzystał to świetnie, decydując się na rozszerzenie fabuły o wątek pracy nad filmem, z drugiej - to właśnie chyba go też pogrążyło.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Tatarskie ziele ma dwa zapachy. Jeżeli się potrze w palcach zieloną wstążkę, miejscami przymarszczoną, poczuje się zapach, łagodną woń ”wody ocienionej drzewami”, trochę tylko zatrącającą zapachami wschodu. Ale kiedy się włoży nos w bruzdę, wyłożoną jak gdyby watą, czuje się obok kadzidlanej woni zapach błotnistego iłu, gnijących rybich łusek, po prostu błota. Aromat śmierci.

(Jarosław Iwaszkiewicz, “Tatarak”)

Słowa te czyta w filmie Krystyna Janda. Siedząc przy stole z reżyserem, analizuje tekst. Andrzej Wajda podsuwa jej pod nos rozciętą łodygę. Wącha. I widać w jej oczach, że to prawda, że Iwaszkiewicz miał rację – ten zapach to aromat śmierci. A ona zna go przecież doskonale. Te dwie sekundy, kiedy Janda patrzy na swojego mistrza i przyjaciela, mówią właściwie wszystko. To nie będzie dla niej po prostu kolejna rola. W tym spojrzeniu widać obawę, wątpliwość, bezradność, nawet złość. Te wszystkie emocje zresztą później jeszcze eksplodują. Podczas kręcenia finałowej sekwencji aktorka po prostu ucieknie. Bo praca nad rolą to nie jest zwykła praca, tylko integralny element życia. Film Wajdy to właśnie miał ukazać. Tatarak nie jest więc jedynie adaptacją opowiadania, ale również przedstawieniem tego, jak krzyżuje się praca na planie z osobistymi doświadczeniami twórców. Czasem, tak jak w omawianym przypadku, doświadczeniami bardzo bolesnymi.

Filmowy Tatarak rozgrywa się tak naprawdę na trzech płaszczyznach. Tą zajmującą najwięcej miejsca jest oczywiście adaptacja prozy Iwaszkiewicza. Jest ona jednak przeplatana zdjęciami z planu, uwzględniającymi ekipę, w tym samego reżysera, a także monologami Krystyny Jandy. Takich scen jest w filmie trzy, trwają po kilka minut. Kamera umieszczona jest na statywie, obraz obejmuje surowe wnętrze hotelowego pokoju. Aktorka nie spogląda w obiektyw, często odwrócona jest do niego tyłem. Opowiada o tym, jak propozycja Wajdy wypłynęła w niemalże tej samej chwili, co informacja o problemach zdrowotnych jej męża, Edwarda Kłosińskiego. Potem wspomina, jak okazało się, że to nowotwór płuc, samą chorobę i wreszcie śmierć. Są to wyznania tak bolesne, tak osobiste i tak szczere, że słuchając ich, czułem się nieswojo. Miałem wrażenie, że obdzieram kogoś z prywatności, że zabieram mu coś, co należy tylko do niego. To są mocne sceny. Kręcone na jednym ujęciu, wymuszają na widzu pełne skupienie. Ogląda się to nieruchomo, oddychając płytko i bezgłośnie. Nie chce się Jandzie w żadnym stopniu przeszkadzać – niech mówi, niech to z siebie wyrzuci…

Film ten opiera się na rewelacyjnym wręcz pomyśle, będącym w głównej mierze propozycją samej aktorki. Początek Tataraku, w którym mamy świetnie zrealizowane połączenie wszystkich trzech płaszczyzn, to po prostu coś wybitnego. Gdy potem jednak obraz skupia się przez dłuższy czas na historii z opowiadania Iwaszkiewicza, wszystko zaczyna szwankować.
W literackim pierwowzorze śmierć przewija się tak naprawdę na każdej stronie. Główna bohaterka, Marta, ma raka płuc, pozostało jej zaledwie kilka miesięcy życia, ale jej mąż, doktor, zataja przed nią prawdę i wmawia jej, że jest tylko osłabiona. Oboje wciąż przeżywają śmierć swoich dwóch synów, którzy właściwie przypadkowo wzięli udział w Powstaniu Warszawskim. Ich miłość też umarła – relacje między nimi należałoby obecnie określić raczej jako przyjacielskie, nie ma tam cienia pasji. Marta odnajduje ją w osobie 20-letniego Bogusia. Fascynuje ją jego młodość, beztroska, to, że ma wszystko przed sobą. Spędzając z nim czas, czuje się szczęśliwa. A gdy następuje kulminacja tego szczęścia, chłopak tonie, płynąc po tatarak do przystrojenia domu na Zielone Świątki. W tym filmie powinno aż kipieć od melancholijnego nastroju, ciężkawej, przygnębiającej atmosfery. Tak jednak nie jest. Coś po drodze się posypało. W pewnym momencie nawet monologi Jandy przestały współgrać z główną osią fabularną i ten unoszący się nad Tatarakiem aromat śmierci po prostu gdzieś umknął. Co prawda w końcówce Wajda zdaje się powracać na właściwe tory, ale nie zmienia to faktu, że wskutek niekonsekwencji cały pomysł z trzema płaszczyznami opowieści znacznie stracił na wartości.

Te wszystkie emocje zresztą później jeszcze eksplodują.

Ostatnio dodane