Recenzje
SIEDMIU (NIE ZAWSZE) WSPANIAŁYCH. Filmowe porażki uznanych reżyserów
Odkryj nieudane projekty znanych reżyserów w SIEDMIU (NIE ZAWSZE) WSPANIAŁYCH, gdzie porażki stają się fascynującymi lekcjami.
Ostatnio miałem okazję napisać tekst o najgorszych reżyserach w przemyśle filmowym, co podsunęło mi pomysł na poniższe zestawienie. Błądzić jest rzeczą ludzką, a wtopy zdarzają się nawet najlepszym twórcom i artystom. Czasem okazuje się, że rzeczywistość mocno rozmija się z wyobrażeniami, bywa także, że na drodze do sukcesu staje niski budżet, problemy techniczne i pomylone interwencje studia. Zdarza się też, że nawet najlepszy umysł uwierzy w fatalny pomysł niemający szans wypalić.
Ten tekst dotyczy właśnie takich sromotnych klęsk, które zdarzyły się jednym z najbardziej uznanych i wpływowych reżyserów naszych czasów. W żadnym razie nie ujmuje to mojej sympatii do nich i ich pozostałych dzieł – po prostu ciekawie jest czasem zastanowić się nad tym, jak ktoś wybitnie utalentowany mógł tak zbłądzić. W takich wpadkach jednak nie ma wstydu – porażka jest najlepszym nauczycielem i pozostaje mieć nadzieję, że ci twórcy wyciągnęli wnioski ze swoich błędów.
John Carpenter – Duchy Marsa
Dla fanów Johna Carpentera to powinien być szczególnie nieprzyjemny tytuł – to przez katastrofalną porażkę Duchów Marsa (miażdżące recenzje i ogromna klapa finansowa) reżyser pożegnał się z Hollywood na długie lata, mając dość zmagań z krytykami i upokarzająco niskimi wyników box office’u.
I o ile takie produkcje jak Coś czy Wielka draka w chińskiej dzielnicy wyprzedzały swoje czasy i zostały docenione dopiero z biegiem lat, tak Duchów Marsa naprawdę nie można obronić. Tandetna scenografia, tanie efekty specjalne, denny scenariusz i dorównujące mu poziomem aktorstwo pogrążyły ten film do tego stopnia, że nie sposób go nawet uznać za „tak zły, że aż dobry. Efekt końcowy nie podobał się nawet występującemu w głównej roli Ice Cube’owi, który z jakiegoś powodu dostał więcej do roboty niż znacznie bardziej uzdolniony Jason Statham. Ten paszkwil (film, nie raper) przyciągnie tylko największych miłośników przestarzałego kiczu.
Clint Eastwood – 15:17 do Paryża
Można nie przepadać za stylem Eastwooda i nadmiarem patosu w jego filmach, ale należy podziwiać jego pracowitość. Pomimo 88 lat (!) nie przestaje on pracować nad nowymi projektami, a ponadto wraca do aktorstwa w swojej następnej produkcji. Nie każdy obraz w jego reżyserii to wielkie kino, ale nigdy nie schodzi on poniżej określonego poziomu.
To jest, do czasu 15:17 do Paryża. Intencje stojące za tym filmem jak najbardziej zasługują na pochwałę – miał to być hołd dla dzielnych pasażerów pociągu, którzy powstrzymali uzbrojonego napastnika podczas zamachu terrorystycznego we Francji w 2015 roku. Niestety nadmiar ekspozycji dotyczącej przeszłości bohaterów kompletnie zrujnował tempo akcji, którą trudno określić inaczej niż ślamazarna i nieporywająca. Najgorszą decyzją okazało się jednak zaangażowanie prawdziwych pasażerów pociągu do wcielenia się w filmowe postaci – wydawałoby się, że zagranie samego siebie nie powinno być problemem, ale w rzeczywistości to właśnie udział aktorów amatorów uznano za największy problem tej produkcji.
Ridley Scott – Adwokat
Ridley Scott dał nam arcydzieła takie jak Obcy – ósmy pasażer Nostromo i Łowca androidów, a jego wpływ na kino trudno przecenić. To niezwykle ambitny reżyser, który podobnie jak Clint Eastwood cały czas jest czymś zajęty.
Niestety, wśród jego licznych projektów jest trochę niewypałów, szczególnie w ostatnich latach. Nie uważam jednak, by do jego największych wtop zaliczały się Robin Hood czy Exodus. Bogowie i królowie – oba te filmy są miałkie i niezapadające w pamięć, ale trudno je uznać za fatalne. Prometeusza i Obcego: Przymierze pomimo poważnych wad uznaję (wśród krytyków panuje podobny konsensus) za udane, a Dobry rok z Russellem Crowe’em to przeciętna, ale nieszkodliwa komedyjka, o której nie warto pisać. Dużo bardziej spektakularną porażką okazał się Adwokat sprzed kilku lat. Scenariusz autorstwa Cormaca McCarthy’ego, wybitna obsada, zdjęcia Dariusza Wolskiego i Scott na stołku reżyserskim – wszyscy spodziewaliśmy się mocnego thrillera, który zapamiętamy na lata. I poniekąd właśnie to dostaliśmy: niezwykle brutalne sceny przemocy zdecydowanie zasługują na miano „mocnych”, a o tak potężnym rozczarowaniu zapomnieć niełatwo. Świetni aktorzy przeobrażający się w karykatury samych siebie, namolny filozoficzny bełkot, rozdźwięk między scenariuszem a wizją reżysera – talent McCarthy’ego nie do końca przełożył się na jakość scenariusza, który z kolei został potraktowany zbyt serio przez Scotta. Wielka szkoda.
Oliver Stone – Aleksander
Jeden z najdroższych filmowych bałaganów w historii współczesnego kina. 155 milionów dolarów budżetu w 2004 roku było prawdziwie astronomiczną sumą i choć przełożyło się to na imponującą scenografię i efekty specjalne, tak chaotyczny scenariusz i dziwne decyzje obsadowe stały się zgubą dla tego ambitnego widowiska.
Krytycy zrzucali Aleksandrowi, że formalnie bliżej mu do nie do końca zgodnego z rzeczywistością dokumentu historycznego niż filmu fabularnego. Męcząca narracja z offu i przeciętne występy aktorów nieustannie wytrącały widzów z rytmu, a trzygodzinny czas trwania projekcji okazał się nadzwyczaj męczący. Czasem nawet najbardziej uzdolnieni twórcy zostają pokonani przez własne ambicje – Oliver Stone chyba zdawał sobie z tego sprawę, bo kilkukrotnie przemontowywał Aleksandra, by wycisnąć jak najwięcej ze swojej pracy. Dziś panuje powszechna zgoda co do tego, że ostateczna wersja zdecydowanie przewyższa tę, która zadebiutowała w kinach, przynosząc dziesiątki milionów dolarów strat.
Tim Burton – Mroczne cienie
Tim Burton miewał już mało udane filmy, ale Mroczne cienie były sprawdzianem cierpliwości nawet dla jego najgorliwszych wyznawców. Pomimo intrygującej jak zawsze strony wizualnej scenariusz tego dzieła był najeżony idiotycznymi momentami i drętwymi dialogami.
Brak należytego rozwinięcia postaci, wątki prowadzące donikąd i przewidywalność całej historii skutkowały nieustannym ziewaniem i wywracaniem oczu. Johnny Depp i Helena Bonham-Carter jadący na autopilocie byli męczący chyba dla każdego, a emanująca seksapilem Eva Green nie mogła samodzielnie pociągnąć całego filmu. Dodajmy do tego suche i głupkowate żarty, a otrzymamy tytuł niegodny Burtona nawet w słabszym wydaniu.
Barry Levinson – Rock the Kasbah
Nie jest to pierwszy kiepski film w reżyserii Levinsona, ale z pewnością najbardziej spektakularny w swojej nieudolności. Reżyser znany między innymi jako twórca Good Morning, Vietnam, Rain Mana czy Uśpionych tym razem kompletnie zbłądził i zmarnował fantastyczną obsadę z Billem Murrayem na czele.
Ten ostatni chyba zdawał sobie sprawę z daremności swoich trudów, czego efektem jest naprawdę przeciętny występ. Trudno jednak mieć mu to za złe, jako że z kiepskiego scenariusza trudno stworzyć wiekopomne dzieło. Levinson ewidentnie nie miał na to pomysłu, stąd praktycznie nic nie gra tu, jak powinno. Ani nieśmieszny humor, ani brak poczucia zagrożenia w pogrążonym w wojnie Afganistanie, ani relacje między nieciekawymi postaciami. Nie bez powodu ten film osiągnął jeden z najgorszych wyników box office wśród tytułów wyświetlanych w podobnej liczbie kin.
Krzysztof Zanussi – Obce ciało
A teraz przykład z polskiego podwórka – nie każdy musi lubić filozoficzny charakter dzieł Zanussiego, ale nie można zaprzeczyć temu, że to jeden z najważniejszych polskich reżyserów. Barwy ochronne i Iluminacja to tylko najbardziej oczywiste przykłady jego talentu i ogromnej świadomości twórczej.
Obrazy Zanussiego zawsze miały to do siebie, że w inteligentny sposób prowokowały refleksje i dyskusje, a nieodzowne w tym było wyczucie reżysera. Coś, czego kompletnie mu zabrakło podczas tworzenia gniota, jakim było Obce ciało. Kompromitująca łopatologia i bardzo płytkie podejście do kwestii wiary i rzeczywistości współczesnej Polski uczyniły ten film czymś nie do oglądania. Zamiast głębi i wnikliwości otrzymaliśmy niezamierzoną śmieszność i intelektualną biedę. Miejmy nadzieję, że następnym razem Zanussiemu pójdzie lepiej.
