search
REKLAMA
Archiwum

ROBIN HOOD Ridleya Scotta. Solidne rzemiosło

Andrzej Wiśniewski

7 września 2020

REKLAMA

Ridley Scott + Russell Crowe + Robin Hood = Gladiator 2? Trudno oprzeć się pokusie tego prostego skojarzenia. Ale nie tak szybko. Ridley Scott to przecież reżyserski geniusz, któremu do sztampy daleko. Czy naprawdę dokonałby aż tak oczywistego wyboru, czy poszedłby na łatwiznę i skopiował doświadczenia sprzed 10 lat? Te właśnie myśli chodzą po głowie przed wejściem na salę kinową, ponieważ z jednej strony chciałoby się przeżyć taki film jeszcze raz, ale z drugiej zdajemy sobie sprawę, jak trudno jest osiągnąć poziom arcydzieła, jaki Scott zaprezentował w Gladiatorze.

Przed obejrzeniem Robin Hooda należy zrozumieć dwie rzeczy. Po pierwsze: to nie jest Gladiator. Ridley Scott jest świadomy tego, jak wysoko zawiesił sobie poprzeczkę w tej kwestii. Poszedł więc inną drogą, ale o tym za chwilę. Po drugie: to nie jest historia Robina z Sherwood i jego wesołych kompanów skazanych na banicję, którzy odbierają bogatym i dają biednym. To opowieść o Robinie Longstride, żołdaku w armii króla Ryszarda „Lwie Serce”. Opowieść osadzona w XII-wiecznej Anglii, będącej w stanie wojny z Francją. To historia o średniowiecznej polityce, spiskach, rodzinnych waśniach i dworskich aferach. Nowy Robin Hood to film historyczny, nie dramat o tragicznym bohaterze. Kiedy te dwie fundamentalne rzeczy uda nam się zrozumieć, seans nabiera zupełnie innego wymiaru.

Robin Longstride jest łucznikiem w armii króla Ryszarda I, który właśnie kończy swą francuską krucjatę. W ostatniej bitwie o zamek na brzegach Normandii, Ryszard „Lwie Serce” ginie z rąk francuskiego kucharza. Ten dość nieoczekiwany wypadek rozbija morale i szeregi angielskiej armii. Nadarza się więc okazja do powrotu w rodzinne strony po 10 latach wojennej tułaczki. Pod nazwiskiem innego żołnierza Robin dociera do Nottingham, gdzie wraz z trójką współtowarzyszy natrafiają na biedę, głód i złodziejski system podatkowy. Tutaj również spotyka Lady Marion, i poprzez uprzednie przejęcie nazwiska zmarłego kapitana Roberta Loxleya, wplątuje się w pewną maskaradę i układ ziemski. Nie ma nic o zbójnickich wyprawach Robina w kapturze i jego przyjaciół? Ano nie ma, ponieważ Robin Hood Ridleya Scotta to prequel do historii, którą już znamy. To opowieść o tym, jak zrodziła się legenda z Sherwood.

Film zaczyna się w tonacji dość zabawnej. Jednak po pierwszych 10 minutach Scott jakby opamiętuje się i głupawe żarty szybko ustępują. Ważne, że nie dostaliśmy Facetów w rajtuzach, bo pierwsze minuty filmu potrafią przecież narzucić ton i atmosferę na pozostałą część. Niemniej jednak historia Robin Hooda, zgodnie z tradycją i definicją, musi być rubaszna i wesoła, dlatego wiele późniejszych scen kończy się jakimś zabawnym one-linerem. Całe szczęście pojawiają się one w dość dobrze wyważonych proporcjach i nie są idiotyczne. Akcja zawiązuje się dość szybko, pojawia się spisek, wprowadzony zostaje zdrajca – to jest ten moment, kiedy fabuła przykuwa uwagę i trzyma raczej do końca. Scenariusz nie daje jednak aktorom możliwości emocjonalnego rozbudowania postaci, nawiązania kontaktu z widzem. Brakuje empatii nawet względem głównego bohatera. Scott przeniósł ciężar na fakty historyczne (o ile można o takich mówić w przypadku legend i średniowiecznych podań). Jakby trochę zapominał, że opowieść budują postaci, a nie sama historia. O ile więc fabuła jest interesująca i opowiedziana bardzo sprawnie, o tyle tracą na tym bohaterowie i emocje.

Głównym jednak atutem filmu jest atmosfera i dbałość o szczegóły. Scenografia, zupełnie niehollywodzka, to pierwsza rzecz jaka robi wrażenie. Zapomnijcie o tandetnych, plastikowo-styropianowych dekoracjach. Średniowiecze Scotta jest dobitnie brudne i śmierdzące, ale zarazem fascynujące i wiarygodne. Wiejska zabawa w karczmie, siano na podłodze w komnatach, warzenie miodu przez brata Tucka, zamki na środku pustkowia (a nie twierdze po horyzont), bitwy na mniejszą skalę – to buduje swoistą autentyczność. Można zarzucić może skąpy lub nietrafiony budżet, ale dla mnie to świadomy dystans do hollywodzkiego przepychu i plastiku.

Z minusów – na pewno brakuje solidnego antagonisty. Książę/król Jan to albo mdłe flaki z olejem, albo przerysowana karykatura rozpasanego księcia, któremu w ręce wpada korona królewska. Godfrey (Mark Strong), angielski zdrajca, jest cienki w uszach (84-letni niewidomy staruszek pacnął go mieczem w czoło). Nie robią wrażenia również ani armie francuskich nieudaczników, ani niesławny szeryf z Nottingham, sprzedajny tchórz. Jeżeli więc nie ma solidnego przeciwnika – nie ma empatii dla protagonisty. Historię Robina ogląda się z zaciekawieniem, ale bez emocji.

Postaci są zresztą dość średnio zagrane (patrz przekombinowany scenariusz). Russell Crowe nieustannie stara się nie popaść w Maximusa, i nie ma pomysłu na postać Robina. Bez wyrazu. Cate Blanchett, która z rolą potrafi zdziałać cuda, tutaj wypada ledwie rzemieślniczo. Mark Strong jakby z naklejonym zdjęciem na twarzy. Jedynie Max von Sydow, świetnie imitujący angielski akcent, stworzył bohatera, który mimo stosunkowo krótkiego czasu na ekranie budzi prawdziwe emocje. Reszta postaci nie ma wystarczająco dużo czasu na kupienie widza, ponieważ bohaterowie giną pomiędzy historią XII-wiecznej Anglii, a morałami o uczciwości, honorze, oddaniu i prawości. Scott powtarza na przykład motyw braterstwa krwi trzykrotnie, ale nie wyjaśnia czy i jakie ma to znaczenie w tamtym wieku. Rozgrzebuje na chwilę dzieciństwo Robina, a potem zostawia nas z tym wyświechtanym, tragicznym wątkiem (bez spojlerów). Niektóre więc sceny nie trzymają się całości i trochę psują spójność.

Bitwa kulminacyjna jest bardzo mało wyrazista i absolutnie brak jej suspensu. Z kolei zapada w pamięć pierwsza bitwa, pełna smaczków i szczegółów z podręczników historii dla szóstoklasisty. Niemniej jednak należałby spodziewać się, że część bitewna u Scotta będzie czymś nadzwyczajnym. Pozwalał na to budżet, który według różnych źródeł miał wahać się między 155 mln a 237 mln dolarów. Bitwy jednak przechodzą bez większego echa, a szkoda.

Robin Hood to solidne rzemiosło, Ridley Scott nie schodzi poniżej wymaganego poziomu. Brakuje jednak iskry i epickości, które potrafił zaimplementować w „Gladiatorze”. Czekając na efekt WOW docieramy do napisów końcowych (bardzo ładnych zresztą) i tyle. Nie jest to epopeja stająca w szranki z Gladiatorem, ale z pewnością pozycja obowiązkowa. Fascynująca opowieść o średniowiecznej Anglii i preludium do legendy z lasów Sherwood.

Tekst z archiwum Film.org.pl (16.05.2010)

REKLAMA