search
REKLAMA
Recenzje

RIFKIN’S FESTIVAL. Woody Allen w San Sebastian

Rifkin’s Festival nie jest wielkim przełomem w ponad pięćdziesięcioletniej karierze filmowej Allena. Takiego przełomu już najprawdopodobniej nie będzie.

Jan Brzozowski

22 maja 2021

REKLAMA

Woody Allen nie zwalnia tempa. Pomimo tego, że kontrowersje wokół jego osoby nie cichną, na co dowodem niech będzie chociażby niedawna premiera miniserialu Allen kontra Farrow, autorowi Manhattanu wciąż udaje się realizować średnio jeden film rocznie. Czterdziestym dziewiątym pełnym metrażem w jego dorobku okazał się Rifkin’s Festival – jedno z najbardziej autotematycznych dzieł sygnowanych nazwiskiem Allena.

Twórca Annie Hall kocha kino – to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Nieustannie odwołuje się do dzieł swoich ukochanych europejskich mistrzów: Wspomnienia z gwiezdnego pyłu pękają od nawiązań do Felliniego, a Wnętrza właściwie mogłyby być jednym z (mniej udanych niestety) filmów Bergmana. W Purpurowej róży z Kairu autotematyzm niemalże dosłownie wylewa się z ekranu, a Cienie i mgła to mroczny, choć w gruncie rzeczy dość uroczy hołd złożony niemieckiemu ekspresjonizmowi. Jakby tego było mało, bohaterowie Allena, jedni z najbardziej rozgadanych w historii kina, nieustannie przerzucają się spostrzeżeniami na temat ulubionych filmów, reżyserów czy aktorów.

Nie inaczej jest oczywiście w Rifkin’s Festival – projekcie o tyle szczególnym, że osadzonym w realiach festiwalu filmowego, rokrocznie odbywającego się w hiszpańskim San Sebastian. Główny bohater, Mort Rifkin (Wallace Shawn), przybywa na to wydarzenie w charakterze gościa – jego żona (Gina Gershon) blisko współpracuje bowiem z największą gwiazdą festiwalu, francuskim filmowcem Philippe’em (Louis Garrel). Mort raczej nie bierze udziału w towarzyszących pokazom spotkaniach towarzyskich. Przekonany o tym, że jego żona ma romans ze swoim młodszym, szalenie przystojnym współpracownikiem, usuwa się w cień, obserwując powolny rozkład własnego małżeństwa. Nad rozpaczliwe próby ratowania związku przedkłada długie spacery po San Sebastian i okolicach, zwieńczone poznaniem sympatycznej, atrakcyjnej pani doktor (Elena Anaya), z którą, pomimo dość wyraźnej różnicy wieku, znajduje nić porozumienia.

Z lekarką łączy go przede wszystkim rozczarowanie obecną sytuacją życiową. Mort, niespełniony pisarz i wykładowca akademicki, marzy o napisaniu książki, która dorównywałaby poziomem jego ulubionym rosyjskim autorom. Podskórnie przeczuwa jednak, że nigdy tego nie dokona, cierpi bowiem na blokadę pisarską, uniemożliwiającą jakiekolwiek kreatywne działanie na tym polu (pod tym względem bohater jest więc całkowitym zaprzeczeniem Woody’ego Allena). Kontakt z bratnią duszą pozwala mu przewartościować swoje życie – spojrzeć na nie z nowej perspektywy i dojść do wniosku, że najlepsze lata spędził nie na nieudolnych próbach literackich, lecz na uczelni, opowiadając studentom o swoich ukochanych filmach. W jednej z najistotniejszych scen filmu Mort dochodzi do wniosku, że najwyraźniej nie jest pisarzem („book writer”), lecz czytelnikiem („book reader”) – osobą, która czerpie satysfakcję nie z tworzenia, ale ze zdobywania wiedzy i dzielenia się nią z innymi. Nieskonsumowany, platoniczny związek służy tu więc, podobnie jak chociażby w O północy w Paryżu, jako asumpt do zweryfikowania życiowych priorytetów. I choć całość zamknięta jest w konwencji letniej komedii romantycznej, to gdzieś na drugim planie majaczy całkiem poważna refleksja nad upływem czasu, a także nieuchronnością i konsekwencjami podejmowania zawodowych i uczuciowych wyborów.

Ulubionych reżyserów Mort dzieli, rzecz jasna, z Allenem – w samych superlatywach mówi się tu o Truffaut, Godardzie, Bergmanie czy Fellinim. Autor O północy w Paryżu idzie jednak krok dalej i wspiera słowa obrazem. Inscenizuje na nowo fragmenty swoich ukochanych filmów, podstawiając w miejsca Julesa i Jima czy Charlesa Fostera Kane’a bohaterów Rifkin’s Festival. Pozwala sobie od czasu do czasu na zmianę kontekstu albo puenty danej sceny, jak chociażby w przypadku Siódmej pieczęci, w której Śmierć (grana u Allena przez Christopha Waltza – absolutnie wspaniała, wyjątkowa rólka, na którą warto czekać cały film) kończy swoją przemowę, udzielając skonfundowanemu Mortowi coachingowych rad na temat tego, jak skutecznie przedłużyć swoje życie: „Chodzi o to, żeby jeść dużo owoców i warzyw oraz odstawić tłuszcze nasycone. Pamiętaj też o ćwiczeniach. Nie muszą być intensywne, o ile będziesz je powtarzał codziennie”.

Nie oszukujmy się – Rifkin’s Festival nie jest wielkim przełomem w ponad pięćdziesięcioletniej karierze filmowej Allena. Takiego przełomu już najprawdopodobniej nie będzie. Allen zamknął się w jednej formie, w której czuje się bezpiecznie i komfortowo. Jeżeli próbuje w ostatnim czasie uderzyć w nieco bardziej poważne tony (jak chociażby w przypadku Nieracjonalnego mężczyzny czy Na karuzeli życia), to są to próby nieudane, żeby nie powiedzieć „nieudolne”. Interesującym rozwiązaniem byłby w jego przypadku film w całości poświęcony problemowi starości, podejmujący go w tonacji dramatyczno-komediowej (właśnie w takiej kolejności) – zalążki takiego projektu można zresztą dostrzec gdzieś na drugim planie Rifkin’s Festival. Póki co musimy jednak zadowolić się przyjemną, kinofilską komedią romantyczną.

Janek Brzozowski

Jan Brzozowski

Student trzeciego roku na poznańskim filmoznawstwie. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska (w szczególności proza Huntera S. Thompsona i Philipa Rotha) oraz francuska (zwłaszcza dzieła Marcela Prousta i Alberta Camus), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA