Recenzje
PSZCZELARZ. Legion pszczołobójców [RECENZJA]
Tandetny, chaotyczny i męczący akcyjniak o miodowym pasjonacie, czyli „Pszczelarz”.
Jak bardzo interesujące filmy mogą powstać niedługo po tym, kiedy widzowie zostali rozpieszczeni czterema częściami Johna Wicka? Niestety nie przychodzę z odpowiedzią na to pytanie. Na powalające wykonaniem dzieła w tym gatunku chyba będziemy musieli sobie jeszcze poczekać. Mogę za to z całą stanowczością wskazać jeden z sensacyjniaków otwierający 2024 rok, który jest niechlubnym przykładem tego, jak takiego kina nie powinno się realizować. Nie przepadacie za pociętymi i roztrzęsionymi operatorsko filmami akcji z pierwszej dekady XXI wieku? Bierze was na mdłości, gdy przychodzi wam oglądać kolejne dzieła od Michaela Baya czy Zacka Snydera? W takich wypadkach Pszczelarz w reżyserii Davida Ayera może okazać się dla was przygnębiającą traumą.
Bez litości i bez umiaru
Pszczelarza otwiera stylowa czołówka. Mistyczne manuskrypty rozpracowujące znaczenie pszczół w ekosystemie zestawione są z geometrycznie zaplanowanymi wieżowcami, strukturami korporacyjnymi, obezwładniającą władzą. Skala mikro sieci społecznej przeciwstawiona skali makro natychmiast ustanawia tematykę Pszczelarza. Jest to zagranie tyleż klasyczne, co zwyczajnie obiecujące. W pierwszych scenach natomiast doświadczamy miodowej idylli głównego bohatera Adam Claya, odgrywanego przez strudzonego Jasona Stathama.
Na sielskiej farmie, razem z pozostającą pod jego opieką sympatyczną starszą panią, spędza spokojny okres swojej egzystencji. Zło, którego ofiarą padnie wspomniana kobieta, zmusi bohatera do wzięcia sprawy w swoje ręce. Wstępna ekspozycja szybko zaczyna przypominać serię
Fundamenty historii zdają się postawione dosyć pewnie w pierwszych scenach Pszczelarza. Problem polega na tym, że im dłużej film trwa, tym bardziej widać, że reżyser nie jest nimi zainteresowany, ustawiając je na boku jak niepotrzebne w zabawie klocki. Odchodzi od bezpiecznej konstrukcji, bez umiaru zanurzając się w technicznie bałaganiarskim demolowaniu męskiego placu zabaw. Zaprzecza wcześniej ustanowionej logice świata, a także bezustannie pozostawia go w leniwym niedookreśleniu.
W drugiej połowie filmu można pozbyć się jakichkolwiek złudzeń. W ostatnich scenach u
Stathanizm
Oczywiście, wydaje się, że sama sylwetka Stathama na plakacie od razu nastawia na to, z jakim rodzajem seansu będziemy mieli do czynienia. Chodzi o czystą rozrywkę, twardego gościa łaknącego odwetu, który będzie dziesiątkował przeciwników swoimi jeszcze twardszymi pięściami. Tyle wystarcza, prawda? Otóż niekoniecznie, gdy ambicje reżysera są niewspółmierne względem jego umiejętności. Statham w tej rozdwojonej wizji stara się wczuć w odgrywaną postać. Kreacji pszczelarza mogłoby być blisko do roli, którą z sukcesem wykreował w Jednym gniewnym człowieku. Założenia założeniami, ale obecny na ekranie bohater nie posiada w swym rysie ani grama konsekwencji i spełnienia charakterologicznego. W jednych scenach Pszczelarza okazuje się cichym skrytobójcą i wówczas jawi się jako antypatyczna maszyna do zabijania. W innej z kolei dokonuje widowiskowych zbrodni, a potem rzuca pustymi frazesami opartymi o metafory związane ze światem pszczół. To rozdarcie postaci nie jest intrygujące; sprawia za to, że to jeden z najgorszych ekranowych bohaterów Stathama, niemający szans zyskać sympatii odbiorców.
W kręgu zła
David Ayer zapragnął zrobić film, który ukazałby piętrową złożoność zła. Chciał niejako zdemaskować rzeczywistość, pokazując, że jest ona jak zarażony szarańczą ul; zdiagnozowanie amerykańskiego brudu stało się jego głównym celem. W efekcie dostajemy same symptomy, bez ich interpretacji. Niemniej, to właśnie niegodziwym bohaterom poświęcono tu najwięcej miejsca. Każdy szef oddziału cyberprzestępców jest irytującym showmanem, a inni pstrokaci przeciwnicy są wyjęci rodem z kiczowatego kina klasy Z. Próżno tu szukać obiecanej przez Ayera poważnej diagnozy zła, a przy tym nie jest to kreatywne czy jakkolwiek oryginalne.
Najbardziej z tego grona broni się Jeremy Irons, który stara się trzymać swoją kreację w ryzach. Niemniej, nawet tak renomowanemu aktorowi trudno jest ukryć fakt, że w tej intrydze jest elementem zbytecznym. W ostatnim akcie
Całkiem okropne lata miodowe
W trakcie obcowania z Pszczelarzem można się zaskoczyć, jak wiele elementów wspólnych ma on z Legionem samobójców, tym niesławnym projektem Davida Ayera, odebranym mu przez studio. Niestety najnowsze dzieło reżysera mówi jasno, że nie jest to artysta z wizją czy nawet sprawny rzemieślnik. Nie decydując się jednoznacznie ani na posępnie podniosłą, ani na eskapistyczną konwencję, stworzył chaotyczny miraż kolejnych aktów sadyzmu, stylistycznie spóźniony o dobrą dekadę.
Ze wspomnianym Zackiem Snyderem łączy go wybujała teledyskowość, a z Michaelem Bayem uwielbienie do bezmyślnego zwielokrotniania składników spektaklu. Werdykt: Stathamowi wciąż się chce, technicznym specom od akcyjniaków nadal się nie chce, a Ayerowi trudno na ten moment wróżyć spełnienia w dalszym toku kariery. Pszczelarz jest przeszarżowaną reżysersko montażową mamałygą, której niekompetencje ulegają natężeniu z każdą kolejną minutą seansu.
