search
REKLAMA
Recenzje

PRIME TIME. Afirmacja podłości

Jan Tracz

15 kwietnia 2021

REKLAMA

Trochę Kafki, sporo naturalistycznego podejścia do tematu, bardzo dużo krytyki naszej społeczności i neonowy klimat najntisów – taki w skrócie jest najnowszy film Jakuba Piątka. W tym wstępie pada wiele stylowo brzmiących frazesów, które zapewne zostaną zawarte w większości polskich recenzji dostępnych na rynku. Ewentualnie zdania zabrzmią podobnie, dotkną podobnych gruntów. A ja, jako autor tego małego tekstu, pragnę wyjść poza nic nieznaczące schematy. Zatem – pobawmy się nieco w recenzowanie i filmową analizę.

Kiedy przeprowadzałem wywiad z Bartoszem Bielenią, aktor powiedział mi, że w tym filmie przysłowiowe światełko w tunelu bardzo mocno świeci, a wydźwięk powinien przywrócić wiarę w dobro. Mam wrażenie, że to raczej rzadkie przebłyski. Prime Time, opowiadający historię młodego Sebastiana, pragnącego (przy użyciu siły) wejść na wizję w sylwestrową noc z 1999 na 2000 rok, jest zbiorem wszystkich naszych społecznych strachów (i frustracji zarazem), które zawierają się w pojedynczej kreacji Bartosza Bieleni (i nie tylko), portretem przypominającym połączenie (lub będącym nim [!]) bajek o Pinokiu i Małym Księciu, których świat przedstawiony konfrontuje z honorowymi i niegodziwymi ludźmi. Właśnie tak, na starcie warto przyjąć konwencję, że studio filmowe jest jak kosmos z różnymi planetami, natomiast scena, choć będąca miejscem hermetycznym, kompletnie zamkniętym, pełni funkcję drogi, przez którą bohaterowie będą musieli przejść. Razem lub oddzielnie – to zależy wyłącznie od nich.

Kluczowe są tutaj pierwsze sekundy: odczuwalna jest ogromna presja, w końcu to – praktycznie – wejście w nowe stulecie. Studio działa jak w szwajcarskim zegarku, prowadząca (Magda Popławska, o niej niedługo) podenerwowana, na nic jej będzie doświadczenie w tak ikonicznym dla ludzi momencie. Nagle słyszy hałas, ktoś w pędzie wchodzi na salę. Ma zakładnika, celuje z broni, a w tym zamieszaniu kamera reżysera wyczula widza, jak abstrakcyjne zdaje się to zderzenie z niespodziewaną rzeczywistością. Ona jest wśród ludzi, bardzo blisko ciał; na tej sali mamy zbiorowisko osób, z początku nie wszyscy rozumieją, z jaką sytuacją mają do czynienia. Jakieś „hałasy”, krzyki, bluzgi na drugim końcu miejsca nagraniowego – przecież to zrozumiałe, że takie rzeczy w ogóle się dzieją. Reżyser demitologizuje dosłowny moment „wejścia na scenę”, Sebastianowi zależy na wielkiej rzeczy, a przecież o całym zamieszaniu wie zaledwie garstka. Część pracowników panikuje, drudzy od razu uciekają, a protagonista Bieleni przedziera się przez te „nieduże” tłumy niczym ezoteryczny antybohater (jakby mający zniknąć tak prędko, jak się urzeczywistnił) wyłaniający się z fantasmagorycznej pustki/mgły Michaela Powella. Jest pewny siebie, nawet zbyt pewny, porządna dawka adrenaliny pozwala mu nieustannie reagować. Już zaczyna mówić do kamery, już za chwilę dowiemy się, co dokładnie pragnie przekazać widowni. I zostaje odłączony, ponieważ pracownicy prędzej dadzą się zastrzelić, niż będą chcieli stanąć przed obliczem rozwścieczonego szefa stacji telewizyjnej.

Spójrzcie na Sebastiana, zobaczcie, jak ważny jest jego ubiór w połączeniu z nieprzewidywalnym charakterem. Czapka z daszkiem, jakieś wręcz łachmany charakteryzujące jego niebezpieczną zwyczajność szarego człowieka. Jasne, to pełen banał: to mógłby być każdy z nas. Jednak tutaj jego charakter wydaje się płynny. Ta zwyczajność nie wiąże się tylko z byciem normalnym, ona pozwala mu zachować cząstkę tajemnicy o sobie, a widz, zaintrygowany, obserwuje rozwój jego skrytej postaci. Bo przecież zadajemy sobie to pytanie: kto pokusiłby się na tak szaleńcze posunięcie? Skąd to wyobrażenie, że w ogóle można się podjąć takiego przedsięwzięcia? Piętą achillesową nie jest u niego wydłużający się nos, a raczej cecha eksploatowana przez Stephena Kinga w To: problemy z mową, jąkanie się. Kiedy Sebastian zostaje obnażony, nasza perspektywa odmienia się o 180 stopni. Tak, zaczynamy zauważać kolejne aspekty, ale przymykamy oczy na to, co nadejdzie za chwilę. W ten sposób Łukasz Czapski, scenarzysta, prostymi sztuczkami pokazuje, jak łatwo jest nami manipulować.

„Bohaterowie” – liczba mnoga, jako że Sebastian bierze dwójkę zakładników: nieco nieporadnego ochroniarza, a także (niegdyś) zmysłową prezenterkę, która swoje najlepsze lata ma dawno za sobą. Ta „nieporadność” strażnika i jakaś nienazwana zgorzkniałość postaci Popławskiej uwypuklają się w drugiej połowie Prime Time. Bierność Grzegorza wzbudza niepokój, ale i wściekłość prezenterki. Ta, sfrustrowana ochroniarzem i zachowaniem policji/pracowników stacji, bierze sprawy w swoje ręce. Stosując przeróżne chwyty, zaczyna sama (paradoksalnie) kierować całym uprowadzeniem, tylko po to, by pomóc Sebastianowi zakończyć swoją wielką misję i móc wrócić do domu. Druga sprawa to zachowanie Grzegorza – jego brak jakichkolwiek chęci, reakcji czy samozaparcia mających na celu pokrzyżowanie planów Sebastiana można argumentować chęcią pozostania w centrum uwagi. Ta technika autosabotażu na swój sposób działa, ale i jego, po części, dopada karma, również znana jako gra w pokera z życiem.

Afirmacja podłości – co to dokładnie znaczy? Sebastian, niczym Mały Książę, wdaje się w kontakt z różnymi osobowościami. Jedni pragną zakończyć ten sensacyjny wybryk jak najszybciej i po prostu wrócić do domów na sylwestrową noc przebojów. Drudzy, pod wpływem ludzkiej empatii, chcą zakończyć to wszystko możliwie pokojowo. Każde połączenie z mikrofonem jest tutaj niczym podróż na inną planetę, nawiązanie kontaktu z nowym mieszkańcem. Całość wygląda niczym kino drogi, de facto stojące w jednym miejscu. Każda rozmowa ma tutaj swój cel, a słowa w żadnym wypadku nie są (zazwyczaj) rzucane na wiatr. Prawdopodobnie dlatego też momenty zagadkowo uduchawiają i wzbogacają Sebastiana o nowe przemyślenia. Mowa tu o podłości, bo kosztem ludzkich nerwów (a może nie tylko?) autorytety za żadne skarby nie chcą wpuścić bohatera na wizję. Stosują manipulację, perfidne kłamstwa, zawierzają szczęściu i zewnętrznym czynnikom, tak jakby zapominając, że stawka toczy się o życie dwójki zakładników. Nie chcą widzieć, że pistolet trzymany przez Sebastiana nie jest na wodę. Umywają ręce, przymykają oczy, szukają winy wszędzie, ale nie w swoich drobnych, spaczonych sercach.

Przy okazji: nie jest to esej, więc wyzbędę się spoilerów i opowiadania o wydźwięku zakończenia, jednak warto zestawić sobie końcówkę przygód Juliana Sorela (Czerwone i czarne, Stendhal) wraz z losami Sebastiana, a to, co stanie się z ochroniarzem Grzegorzem, np. właśnie z Procesem Kafki. Całość rzecz jasna po seansie.

Na pewno w polskim kinie XXI wieku brakowało nam takiej dynamiki i tak zręcznie nakręconych starć słownych. Każde zdanie jest konsekwencją poprzedniego, czujemy – głównie dzięki zbliżeniom na nerwy postaci (drgnięcie brwi, wcześniej tłumione okrzyki, które w końcu muszą zostać wydobyte, połączenie potu wraz z ciągle otwartymi ustami charakteryzującymi bezradność i skonfundowanie uczestników tego diabolicznego teatru) – ucisk w klatce piersiowej wywoływany nieprzewidywalnością dialogów. Wypowiadane kwestie tną tu jak maczety, zauważalna jest relacja między wartością, dobitnością słowa a jego oddziaływaniem na czyny danego człowieka. Kiedy negocjator policyjny stosuje książkowe metody, jedynie nawarstwia emocje wrzące we wnętrzu Sebastiana. Nikt z uczestniczących, w tym i widz, nie wierzy w jakiekolwiek możliwości bohatera w zamienienie tego filmowego dramatu w naturalistyczną rzeź rodem z brutalnych gier wideo. Koniec końców widz nie zostaje postawiony przed wyniszczającą perwersją rodem z filmów Michaela Haneke (np. Funny Games), ale jest tu pewna scena, która ma taką samą moc oddziaływania (pod kątem jej dramaturgii), jak moment uduszenia w Rób, co należy Spike’a Lee. Wydźwięk jest literalnie ten sam – to nie jest zabawa, wszyscy jesteśmy jednostkami dysfunkcyjnymi, podatnymi nie tylko na ból, ale i zapadanie w sen wieczny. Zapiszcie sobie w notatniku, by w Prime Time wyczekiwać zgaśnięcia świateł.

Sebastian ma coś w sobie z Raskolnikowa (jeden przeciw światu), Yossariana (walka z otaczającą nas obłudą) i Lorda Jima (liczy się honor, w jakimś stopniu granie fair). To daleki, a jednak bliski nam człowiek, bo choć w pełni nie rozumiemy jego wnętrza, tak w świadomy sposób akceptujemy jego poczynania. Sebastian na swój sposób jest zbiorem społecznych frustracji, które pragnie wydusić z siebie, wygłosić w noc sylwestrową. Jeżeli kiedykolwiek chcielibyśmy zostać wysłuchani, to tego typu event wydaje się miejscem ostatecznym, perfekcyjnym.

Ale czy w nowe tysiąclecie wkroczy odmieniony? Wydaje się, że do samego końca jego poczynaniom towarzyszyć będą rozgoryczenie, wściekłość i wrzask. U oglądającego natomiast na odwrót, cisza podczas seansu wymiesza się z namacalnym napięciem. A jego usta do napisów końcowych raczej… nie będą się domykać.

Avatar

Jan Tracz

Studiuje filmoznawstwo na uczelni King's College London w Wielkiej Brytanii, aktualnie pisuje dla Papaya Rocks, Noizz, Przeglądu i Gry-OnLine. Współpracował z Rock Radiem, portalem Movies Room, a także publikował dla Tygodnika Solidarność i Filmawki. Czechofil, audiofil i entuzjasta tenisa. Uwielbia wywiady, rozmowa z ludźmi to dla niego sama przyjemność.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA