Connect with us

Recenzje

POWAŻNY CZŁOWIEK. Bracia Coen w dobrej formie

W filmie POWAŻNY CZŁOWIEK bracia Coen w mistrzowski sposób łączą humor i dramat, odkrywając ludzkie dylematy w niezwykłej narracji.

Published

on

POWAŻNY CZŁOWIEK. Bracia Coen w dobrej formie

Uwaga – tekst zawiera spojlery!

Advertisement

Mamy tu do czynienia z kinem wartościowym, do tego profesjonalnie zrobionym i świetnie opowiedzianym. Kiedy ma być śmiesznie, jest śmiesznie, kiedy ma być strasznie, jest strasznie, gra aktorska jest na wysokim poziomie, zdjęcia są staranne i zaplanowane, dialogi pyszne jak w Ścieżce strachu, a pietyzm scenografii i kostiumów robi wrażenie.

W najnowszym filmie Joela i Ethana Coenów jest taka scena: pod koniec obrzędu bar micwy w synagodze jeden z kapłanów podnosi dwa spore, wyglądające na nielekkie zwoje z Torą. Widzimy, jak dygoczą mu ręce od ciężaru. Spanikowany duchowny jedyne, co jest w stanie zrobić, to wykrzyknąć… „Jezu Chryste”. Śmiejemy się głośno, bo w życiu byśmy się tego nie spodziewali po Żydzie. Czy czujemy się obrażeni? Broń Boże (!), wręcz przeciwnie, oto widzimy, że mamy do czynienia ze zwykłym człowiekiem. Nie dostojnikiem kościelnym wykonującym niezrozumiałe dla nas czynności liturgiczne. Ta scena to klucz do rozumienia filmu.

Advertisement

Zdawałoby się, że Poważny człowiek to kolejna historia o amerykańskich przedmieściach, znana nam z niedawnych Godzin i wtórnej Drogi do szczęścia, a wcześniej chociażby z Absolwenta czy Burzy lodowej. A więc powtórka z rozrywki, czyli ponownie opowieść o izolacji, o dominującej roli mężczyzny i odpowiednio – kobiet zdegradowanych do czynności związanych z domem. Nie zapomnijmy też o wyjaławiającej i odczłowieczającej pracy, która przynosi jedynie zysk finansowy, ale nie spełnienie. Tam, gdzie miało być jak w raju, powoli rozrastało się ziemskie piekiełko. W praktyce to zarzewie ruchu kontestacji, o którym nikomu by się nawet nie śniło w radosnych, kolorowych latach 50.

Jak jest w przypadku opowieści o Lawrensie Gopniku? Na szczęście (dla filmu – rzecz jasna) trochę inaczej. Dlaczego? Z dwóch powodów. Na osiedlu zamieszkiwanym przez bohaterów ostatniego filmu Coenów ciągle czuć atmosferę lat 50., choć ci tkwią już w drugiej połowie lat 60. O manifestacji buntu i niezgody na panujący porządek i stan rzeczy, w tym również model rodziny, jeszcze tu chyba nie słyszano. Nikt tu się nie zająknie o segregacji rasowej czy o sprzeciwie wobec wojny wietnamskiej. Drugim powodem, pewnie ważniejszym, jest fakt, że to opowieść o Żydach. A to wiele zmienia.

Advertisement

Nieważne, w jakich czasach Żydzi żyją i w jakim kraju, dla nich zawsze najważniejsze będą wiara i rodzina. To fundamenty, które zapewniają im trwałość na przekór pojawiającym się trendom myślowym czy modom. Gdy różne nowe idee rodzą się i umierają, ich wartości pozostają niewzruszone. Co to znaczy dla Żydów żyjących w drugiej połowie lat 60.? Że gdy obok nich, gdzieś po sąsiedzku, mogą dziać się prawdziwe dramaty (patrz wyżej wymienione tytuły), które rozpoczną zmiany znajdujące – właściwie do dziś – reperkusje w życiu społeczno-obyczajowym Amerykanów, tak u nich panuje swego rodzaju status quo. I jedyne problemy, jakie właściwie mogą mieć, to właśnie związane z rodziną i wiarą.

Przyjrzyjmy się głowie rodziny Gopnik. Ten zbytnio nie różni się od typowego Amerykanina klasy średniej. Ma pod czterdziestkę, jest wykształcony, uczy nauk ścisłych na uniwersytecie, spłaca hipotekę, zapracował na ładny domek na ładnym amerykańskim przedmieściu, poza tym jest ojcem rodziny, dzieci go nie słuchają, a sąsiad jest gburem, który „okrada” go ze wspólnego trawnika. Ot, nic szczególnego, samo życie.

Advertisement

Porządek życia zostaje zakłócony w momencie decyzji żony Judith o rozwodzie. Świat Gopnika nagle zostaje wywrócony do góry nogami. Jakby tego było mało, jeden problem to początek następnych. To wtedy bowiem nauczyciel zaczyna mieć kłopoty z koreańskim studentem, który próbuje zdobyć zaliczenie semestru przy pomocy łapówki, to wtedy syn dostaje po łapach od dyrektora za słuchanie muzyki na lekcji hebrajskiego, to wtedy też zaczynają się problemy z prawem brata – hazardzisty, i to wtedy też komisja przyznająca etaty na uczelni zaczyna mieć wątpliwości przy wydaniu pozytywnej oceny Gopnikowi. Wniosek jest prosty: całe życie wali się w gruzy, gdy wali się rodzina.

Żona Gopnika nie przypomina kobiet znanych nam z wyżej wymienionych filmów. Nie kumuluje w sobie złości na męża za jego oziębłość. Nie ma w planach samobójstwa. Nie ma również mowy o skrywanym homoseksualizmie. Jest samoświadomą kobietą (echo dochodzącego do głosu w owym czasie feminizmu?), ma już nawet kandydata na przyszłego męża. Okazuje się być nawet na tyle „samodzielna”, że opróżni wspólne konto małżeńskie i odeśle męża do przydrożnego motelu wraz z wujkiem uprzykrzającym życie całej rodzinie. Sprawa wydaje się być przesądzona.

Advertisement

Relacje rozwodzących się małżonków ilustruje ciekawa rozmowa będąca jednocześnie grą słów. Oboje mówią „I haven’t done anything„, z tym że mąż ma na myśli „ale ja przecież nic nie zrobiłem” (żeby miała go opuścić), a żona – „nic nie osiągnęłam”. Oboje chcą czegoś innego. Ona – odmiany, on – utrzymania rodziny. Czy potrzeby Larry’ego i Judith tak bardzo się różnią? Oboje oczekują miłości, tylko w innej formie. Nieprzypadkowo ze słuchawek ich syna słychać piosenkę „Somebody to love” zespołu Jefferson Airplane. Ona utożsamia się z wersem: „don’t you want somebody to love?” – „czy nie pragniesz kogoś do kochania?”, z kolei jego postawa prędzej odnosi się do drugiego wersu: „don’t you need somebody to love?” – „czy nie potrzebujesz kogoś do kochania?. Ona bardziej pragnie, niż potrzebuje, stąd romans i stąd kochanek. On bardziej potrzebuje, niż pragnie – to rodzina jest centrum jego świata. Czy nie da się tego połączyć?

Gopnik w przedziwny sposób próbuje ratować swoje małżeństwo: idzie na każde ustępstwo wobec żony (choć to ona go zdradziła!). Wiemy, że jest człowiekiem słabego charakteru i dlatego zgadza się na każde jej żądanie. Pozwala nawet panoszyć się po domu jej kochankowi (czy rzeczywiście kochankowi – wiemy to od dybuka, pytanie, czy dybukom można wierzyć?). Rzecz jasna jego uległość nie znajduje u nas zrozumienia. Z drugiej strony postępuje on wedle zasady: „taka była wola Boga”. Najwyraźniej jego rodzina miała się rozpaść, w końcu żonę, która do tego doprowadza, wybrał sobie sam.

Advertisement

Powinien pójść za radą mędrca Rashiego (poprzedza ona film): „przyjąć z prostotą wszelkie koleje losu”, ale nie potrafi, nie chce. Jak ma postąpić? Być Żydem i pogodzić się z losem, czy może zachować się jak mężczyzna i walczyć o dom, żonę, dzieci. Dostrzegamy rozdźwięk i niemożność jednoczesnego sprostania tym rolom, tak jakby bycie normalnym pracującym Amerykaninem stało w sprzeczności z byciem Żydem. Znerwicowanie Gopnika pogłębia się.

Zawodzą wszelkie próby racjonalnego rozwiązania problemów – Gopnik nie bez przyczyny jest matematykiem. W jego świecie nie ma miejsca na niewiadome, jak sam mawia swoim uczniom, tłumacząc jeden z paradoksalnych matematycznych dowodów: „nawet jeśli tego nie rozumiecie, to wciąż was obowiązuje na egzaminie„. I tak też żyje. Może i obchodzi wszystkie obowiązujące święta, jest przykładnym Żydem w społeczności, swoje dzieci posyła do hebrajskiej szkoły, lecz nie należy się w tym doszukiwać duchowości. Jedynie obowiązek.

Advertisement

Gopnik, widząc porażkę racjonalizmu w próbie wyjścia z kłopotów, przełamuje się i postanawia szukać pomocy u rabinów. Ci okazują się być nieżyciowi, pozbawieni współczucia i kompletnie bezużyteczni. Opowiadają o cudach boskich, jakim potrafi być zwykły parking, przytaczają jakieś anegdotki, albo nie mają dla niego czasu. Gdyby miał wątpliwości w kwestiach wiary, albo pytał o sens życia, pewnie by coś zaproponowali, ale gdy chodzi o coś bardziej przyziemnego, o życie codzienne, duchowni są bezradni. W rezultacie cenniejszą radą okazuje się być ta od ojca Koreańczyka: „zaakceptuj zagadkę”, i nieważne, że dotyczyła ona źródła pochodzenia łapówki.

Gopnik staje się kłębkiem nerwów. Nikt mu nie pomaga, a problemy zdają się nie znikać, lecz powiększać do absurdalnych rozmiarów. Co mu zostaje? Chyba tylko myśl o seksownej sąsiadce opalającej się nago przed domem. Pani Samsky jako jedyna przyniesie mu ukojenie, może nie będzie go rozumieć (choć nie otrzyma też takiej szansy), ale to właśnie ona, nie pytając o nic, dostrzegając zmartwienia wypisane na twarzy frustrata, poczęstuje marihuaną i da mu wytchnienie. Zszargane nerwy profesora na chwilę zaznają ukojenia. Kiedyś była pani Robinson, czyżby przyszedł czas na panią Samsky?

Advertisement

Ostatecznie, gdy nadchodzi arcyważna uroczystość w życiu każdego Żyda, bar micwa* Danny’ego Gopnika, nastoletniego syna Larry’ego, wszystko nagle zaczyna wracać na swoje miejsce. Stres okazał się być niepotrzebny, wystarczyło poczekać, „zaakceptować zagadkę”, tak jak pojawienie się dybuka kochanka żony. Życie Gopnika odzyskuje w magiczny (boski?) sposób dawny kształt. Wiara odradza rodzinę? Tak. Nawet jeśli uczestnictwo nie ma nic z powagi dla obrzędu i przypomina narkotyczny trans (Danny z kolegami tuż przed obrzędem zapalił trawkę), rytuał został dopełniony. Mazel tov.

Powrót do pierwotnego układu rodziny ma jednak swoją cenę. Bóg, który milczał przez cały okres udręk Gopnika, teraz odzywa się. Niestety – dla Gopnika – w swoim gniewie. Nadciąga bowiem kara boska przypominająca starotestamentową plagę egipską i czeka ona Żyda. Wracając do sceny wspomnianej na początku: Żydzi są normalnymi ludźmi, zdolnymi do autoironii, co nie zmienia faktu, że przez całe swoje życie dźwigają brzemię, wykraczające poza pojęcie goja.

Advertisement

Finalna (i fatalna) wola Boga jest na dodatek dziwnie, absurdalnie wręcz zdublowana, bowiem nieuchronna śmierć może nadejść z dwóch stron. Z gorzką ironią kołaczą słowa: „to On tu jest szefem, może nie mieć racji, ale wciąż jest szefem”. Ostatnie tygodnie Gopnika były niezrozumiałym spiętrzeniem absurdu. Już-już wszystko zaczęło się układać, i znowu ma to zostać zaprzepaszczone. I bądź tu poważny.

Poważny człowiek to kolejny przykład filmu braci Coen, potwierdzający regułę, że ilekroć chcą nakręcić film „o czymś”, odnoszą zwycięstwo. Tak było z Fargo, tak było z To nie jest kraj dla starych ludzi. Mamy tu do czynienia z kinem wartościowym, do tego profesjonalnie zrobionym i świetnie opowiedzianym. Kiedy ma być śmiesznie, jest śmiesznie, kiedy ma być strasznie, jest strasznie, gra aktorska jest na wysokim poziomie, zdjęcia są staranne i zaplanowane, dialogi pyszne jak w Ścieżce strachu, a pietyzm scenografii i kostiumów robi wrażenie.

Advertisement

Ambicje jakoś dziwnie uskrzydlają Joela i Ethana Coenów. Ostatnio ilekroć próbują się (i nas) bawić, otrzymujemy od nich tak „zabawne” filmy jak: Bracie, gdzie jesteś?, Okrucieństwo nie do przyjęcia, czy Tajne przez poufne. Czy ktoś dziś je jeszcze pamięta?

*bar micwa – (hebr. syn przykazania) to uroczystość żydowska, obchodzona od XIV w. Podczas takiej uroczystości chłopiec żydowski staje się pełnoletni wobec prawa. Pierwszego dnia po 13. urodzinach chłopców uznaje się za dorosłych (tj. zdolnych do przestrzegania przykazań Prawa Mojżeszowego). Od tego czasu są odpowiedzialni przed Bogiem za swe czyny. Mogą brać pełny udział w uroczystościach religijnych, odbywających się w synagodze. (podaję za Wikipedią)

Advertisement

Tekst z archiwum film.org.pl (28.05.2010).

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *