PORTIER Z HOTELU ATLANTIC (1924)

O najwyższej wirtuozerii Freunda świadczą jednak dwie sceny. Pierwszą z nich jest pijacki sen portiera, który po zwolnieniu z pracy przesadza z alkoholem na weselu córki. Kamera zaczyna się kołysać i kolebać w charakterystyczny sposób, jakby razem z bohaterem upoiła się napojami wyskokowymi. Tańczy teraz wokół chichoczącej, błazeńskiej twarzy portiera. Kiedy ten zasypia, na jego odwróconą głowę zostaje nałożony drugi obraz – oto zaczyna się sen, w którym bohater filmu znów będzie portierem, imponującym otoczeniu siłą i z dziecinną łatwością podnoszącym wysoko walizki. Wniesie najcięższy bagaż do sali pełnej wykwintnego towarzystwa i podrzuci go lekko jak piłkę, a zachwyceni goście wstaną z miejsc i nagrodzą go owacją – a te zastępy bladych, rozmazanych, niewyraźnych i pustych twarzy zarejestruje kamera, zataczając przed wiwatującymi ludźmi wspaniały, szeroki kadr wokół osi, którą stanowi umieszczony w centrum portier… Dopiero poranek, kac i puste miejsce po guziku, wyrwanym podczas gwałtownego zszarpywania munduru, przypomną portierowi o smutnej rzeczywistości.
Podobne wpisy
Drugą wprost fenomenalną sekwencją jest rozprzestrzenianie się gorącej wiadomości o tym, że portier nie jest już dłużej portierem, a posługaczem łazienkowym. Obserwujemy powolne, lękliwe i pełne napięcia uchylanie drzwi przez bohatera Janningsa, wiedzącego, że czeka za nimi kobieta z obiadem; wrzask owej kobiety, gdy dostrzega portiera myjącego podłogę w łazience, i jej histeryczny bieg do domu; podsłuchiwanie pod drzwiami przez sąsiadki. Naprzemienne zbliżenia na szepczące coś ze złośliwym uśmiechem usta i nadstawione do słuchania uszy wystarczyły, by w genialnie prosty i czytelny sposób zakomunikować, że o „hańbie” portiera dowiadują się wszyscy.
Kamera idzie też w sukurs wybitnej kreacji aktorskiej Janningsa. To on sprawia, że cała opowieść nas wzrusza: po prostu, po ludzku. Nie sposób nie współczuć starzejącemu się człowiekowi, który za lata oddanej pracy potraktowany został jak śmieć. Co ciekawe, w czasie kręcenia filmu aktor miał zaledwie 40 lat, ale odpowiednia charakteryzacja i talent aktorski wiarygodnie przeobraziły go w starego człowieka. Jannings przekonuje w pierwszej części filmu: jest buńczuczny i jowialny; wielka, zwalista sylwetka w stroju portiera promienieje mocą, porusza się powoli i dostojnie, a ozdobiona sumiastymi wąsami twarz jaśnieje zadowoleniem z siebie. Przekonuje i w drugiej części filmu: jako złamany, zdeptany, wiecznie przygarbiony strzęp człowieka o potarganych włosach i z szaleństwem w wyłupiastych oczach. Portier z hotelu Atlantic stosunkowo rzadko operuje zbliżeniami na ludzką twarz, ale kiedy Freund już je wykonuje, to zawsze w momentach najsilniejszego emocjonalnego napięcia – jak w scenie zrywania munduru.
Podobne wpisy
Paniczna reakcja portiera na utratę pracy może wydawać się przesadzona. Cóż, słynna badaczka Lotte Eisner napisała w Ekranie demonicznym, że tylko Niemiec będzie w stanie zrozumieć w pełni ten film. Jej zdaniem jest to dzieło ściśle wyrastające z niemieckiej kultury, która przez wieki rozwinęła swoistą obsesję na punkcie munduru i dla której mundur symbolizuje wszystkie kultywowane przez nią wartości: siłę, potęgę, wojsko, męskość, karność, dyscyplinę, pozycję społeczną, hierarchię, godność, powinność, honor. Dla Niemca uniform, jako namacalny znak rangi wojskowej lub zawodowej, jest częścią osobowości, a zerwanie go z pleców, zmuszenie do jego zdjęcia – najwyższym możliwym upokorzeniem, niemożliwą do zaakceptowania porażką i degradacją, symboliczną kastracją i dowodem słabości. Także dla portiera mundur jest źródłem siły i dumy, odebranie go to hańba i wstyd. Kiedy bohater wraca do domu już po tym, jak wydało się, że stracił posadę, rodzina wita go w drzwiach tak, jakby dokonał jakiejś zbrodni. Kobiety zanoszą się płaczem, a wyprostowany jak żołnierz zięć posyła portierowi wrogie, oceniające spojrzenie – to pod jego okrutnym, milczącym wzrokiem stary mężczyzna wycofuje się z mieszkania i ucieka do hotelu Atlantic, by tam spędzić noc. Nie ma już dla niego miejsca we własnym domu, splamił swój honor, okazał się zbyt słaby: nie jest już dłużej mężczyzną, jego rolę w rodzinie przejmuje młody zięć.
Mayer i Murnau piętnują to ślepe, bałwochwalcze przywiązanie do zewnętrznych symboli władzy. Krytykują swój naród, zaślepiony mundurem tak bardzo, że nie dostrzega noszącego go człowieka – spostrzeżenie, które po wstawieniu w miejsce słowa „mundur” dowolnego wyznacznika statusu (samochodu, domu, stanowiska) zawsze i wszędzie pozostanie trafne. Oraz złowieszcze w kontekście przyszłych wydarzeń: bo przecież już za kilka lat ten wielbiący mundur naród uwierzy w militarystyczny sen o potędze. Mrocznemu urokowi nazizmu ulegnie i Emil Jannings, przed którym rzekomo padł na kolana sam Hitler w hołdzie dla geniuszu aktora. Już po wojnie, w 1945 r., alianci nałożyli na Janningsa całkowity zakaz występowania w kinie i teatrze jako karę za aktywne wspieranie nazistów i granie w propagandowych produkcjach.
Równie fatalnie skończył się i Portier z hotelu Atlantic – producenci filmu, mając na uwadze amerykańską dystrybucję i gusta widowni zza oceanu, wymusili na Mayerze dopisanie do całej historii sztucznego happy endu. Dlatego w końcówce pojawia się – po raz pierwszy w filmie – plansza z tekstem, informująca, że gdyby tę historię napisało życie, całość skończyłaby się w tym miejscu, ale że napisał ją człowiek, postanowił on okazać trochę litości swojemu bohaterowi. Chwilę później dowiadujemy się, że portier odziedziczył fortunę po milionerze, który umarł na jego rękach w hotelowej toalecie, a następnie obserwujemy, jak bohater radośnie obżera się ciastem… Końcówka rzecz jasna kompletnie nie pasuje do fatalistycznej, przygnębiającej tonacji filmu, ale Murnau uczynił ją tak przesadzoną i groteskową, by inteligentny widz wiedział, że nie należy brać jej serio. Nie mogąc obejść wymagań producenta, reżyser uczynił z tego pozornie szczęśliwego zakończenia gorzki, ironiczny komentarz na temat nierzeczywistości filmów: niemających wiele wspólnego z życiem, sprzedających nierealne marzenia, naiwnie kompensacyjnych i eskapistycznych. Końcowa sekwencja, utrzymana w konwencji typowej produkcji hollywoodzkiej, jest również złośliwym pastiszem ckliwej i płytkiej kinematografii amerykańskiej. Końcówka w kontekście meta prezentuje się więc intrygująco. Zasadniczo jednak po pojawieniu się planszy z napisem można wyłączyć Portiera z hotelu Atlantic – ostatnie kilkanaście minut to zupełnie inny film, ostentacyjnie gorszy o kilka klas.
Podobne wpisy
Pierwsza godzina wystarcza jednak, by nazwać ten obraz niekwestionowaną klasyką. Pomysłowość realizacji Portiera z hotelu Atlantic zostawia w tyle niejedną współczesną produkcję. Odkrywając wybitne dzieła kina niemego, zauważamy, jak wielu dzisiejszych twórców nie potrafi opowiadać obrazem i montażem, jak przegadane i bazujące niemal wyłącznie na dialogach są ich filmy. Ale nie tylko techniczne i formalne nowatorstwo decyduje o tym, że Portier z hotelu Atlantic to obowiązkowy seans i dla dzisiejszego kinomana. Nieśmiertelne arcydzieło Murnaua jest przede wszystkim do głębi poruszającym, uniwersalnym traktatem o godności i człowieczeństwie. Zaskakująco aktualnym po niemal stu latach, bo czy podobna tragedia nie mogłaby się wydarzyć również dzisiaj – w świecie pracoholizmu, korporacji, kultu młodości i kariery? Czy społeczeństwo aby na pewno dojrzało, czy nie ocenia już ludzi przez pryzmat zajmowanego stanowiska i czy nie wyśmiewa okrutnie tych, którym powinie się noga? Dramat anonimowego portiera nic nie stracił ze swego ponurego realizmu i głębokiego humanizmu.