search
REKLAMA
Recenzje

PODWODNE ŻYCIE ZE STEVEM ZISSOU. 15 lat od premiery

Jan Brzozowski

25 grudnia 2019

REKLAMA

Święta, święta i… nowy film Wesa Andersona! Dokładnie piętnaście lat temu mogli tak zawołać amerykańscy fani, rozkręcającego się jeszcze wówczas twórcy Grand Budapest Hotel. Wtedy bowiem na ekrany kin w Stanach Zjednoczonych trafiło Podwodne życie ze Stevem Zissou, w którym Wes Anderson w samym środku zimy zabrał widzów na szaloną egzotyczną ekspedycję kierowaną przez tytułowego bohatera.

Wciela się w niego sam Bill Murray – stały współpracownik, a prywatnie bardzo dobry znajomy reżysera Wyspy psów, towarzyszący mu już od czasu Rushmore (1998). W Podwodnym życiu ze Stevem Zissou aktor kreuje bohatera skrajnie przygnębionego, pesymistycznie nastawionego do życia. Nie ma się zresztą czemu dziwić; jego najlepszy przyjaciel, kluczowy członek Team Zissou – Esteban du Plantier – właśnie został pożarty podczas kręcenia kolejnego z serii dokumentalnych krótkich metraży (ukłon w kierunku prawdziwego badacza-dokumentalisty – Jacquesa-Yvesa Cousteau), przez nieznany okaz rekina, roboczo nazwany „rekinem jaguarem”. Na wyjątkowo niezręcznej konferencji prasowej, odbywającej się w ramach fikcyjnego międzynarodowego festiwalu filmowego w Loquasto, protagonista zapowiada, że celem następnej wyprawy jego załogi będzie uśmiercenie, w ramach zemsty rzecz jasna, owego tajemniczego morskiego stworzenia.

bill murray jeff goldblum

W Podwodnym życiu… Wesa Andersona najbardziej interesuje bohater. Kamera Roberta D. Yeomana (operatora wszystkich pełnometrażowych aktorskich filmów twórcy Genialnego klanu) przez cały czas trzyma się blisko protagonisty, prezentując nam postaci drugoplanowe i epizodyczne z jego perspektywy, poprzez kontakt z nim. W ten sposób poznajemy całą załogę Belafonte na czele z widzącym w kapitanie-dokumentaliście przybranego ojca/półboga Klausem (znakomity Willem Dafoe) oraz najnowszym członkiem Team Zissou, podającym się za biologicznego syna Steve’a, Nedem Plimptonem (również znakomity Owen Wilson).

Pomimo całej plejady barwnych postaci drugoplanowych (do bohaterów odgrywanych przez Dafoe i Wilsona warto dorzucić jeszcze tych, w których wcielają się Jeff Goldblum, Cate Blanchett i Anjelica Houston), w centrum filmu nadal pozostaje Steve Zissou i jego kryzys manifestujący się w różnych dziedzinach życia – w twórczości (nowy film na festiwalu w Loquasto został bardzo chłodno przyjęty), ale i życiu prywatnym (śmierć najbliższego przyjaciela, pojawienie się Neda) oraz uczuciowym (odejście żony i rywalizacja z przybranym synem o względy ciężarnej dziennikarki). Steve, choć na pierwszy rzut oka narcystyczny, wiecznie nadąsany i gburowaty, okazuje się przytłoczonym przez problemy, siwiejącym mężczyzną, dla którego taka postawa wobec świata zewnętrznego jest czymś w rodzaju ochronnego pancerza. Protagonista Podwodnego życia… należy do najciekawszych, najbardziej skomplikowanych postaci, jakie pojawiły się do tej pory w filmach Andersona. Jestem przekonany, że niemała w tym zasługa Noaha Baumbacha, który nie tylko wcielił się w epizodyczną postać kamerdynera Phillipa, ale współpracował z twórcą Pociągu do Darjeeling również jako scenarzysta.

bill murray owen wilson

Podwodne życie… jest niezwykle interesującym punktem w filmografii Andersona z jeszcze jednego względu – formy. Formy stale ewoluującej, która ostatecznego, symetrycznego do granic możliwości kształtu nabierze dopiero za kilka lat, na przełomie Fantastycznego Pana Lisa i Kochanków z księżyca. W Podwodnym życiu… trafić możemy jeszcze chociażby na ujęcia z ręki (sekwencja ataku na wyspę piratów) – coś, co dziś w filmie sygnowanym nazwiskiem Andersona byłoby nie do pomyślenia. Absolutnie wyjątkowe jest też CGI, w dużym stopniu składające się na formę czwartego pełnego metrażu twórcy Rushmore. Efekty specjalne budujące faunę i florę morskich głębin mogą wydać się początkowo kiczowate i w złym guście (szczególnie z perspektywy czasu), ale są tak jednolite stylistycznie oraz konsekwentne w swej przedziwnej estetyce, że koniec końców trudno ich nie pokochać. To właśnie dzięki tej estetycznej konsekwencji tak ogromne wrażenie robi jedna z finałowych scen, w której oczom ściśniętych w niewielkim batyskafie przyjaciół ukazuje się sławetny „rekin jaguar”.

Reżyser Trzech facetów z Teksasu przeszedł niesamowitą drogę artystyczną, której początki sięgają połowy lat 90. i amatorskiego krótkiego metrażu poświęconego trójce przyjaciół. Dziś Amerykanin jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych autorów kina na świecie, człowiekiem, na którego nowe filmy czekają miliony fanów (w tym również piszący te słowa). Podwodne życie… jest na tej długiej drodze Wesa Andersona przystankiem raczej pobocznym, ale i tak warto się na nim zatrzymać, spotkać tych wszystkich starych znajomych i wyruszyć wraz z nimi na niezwykłe morskie przygody. Jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście, to 15. rocznica premiery w połączeniu z okropną pogodą za oknem składają się na znakomitą okazję do nadrobienia tej filmowej zaległości.

Janek Brzozowski

Jan Brzozowski

Absolwent poznańskiego filmoznawstwa. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska (w szczególności proza Huntera S. Thompsona i Philipa Rotha) oraz francuska (zwłaszcza dzieła Marcela Prousta i Alberta Camus), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym. E-mail kontaktowy: jan.brzozowski@protonmail.com

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA