Autor: REDAKCJA
opublikowano

WES ANDERSON. Oceniamy wszystkie filmy na dwa głosy

W oczekiwaniu na kolejne dzieła Andersona, który obchodzi właśnie 50. urodziny, filmografię reżysera ocenia dwóch redakcyjnych pasjonatów jego twórczości:

Dawid Myśliwiec  absolutnie zakochany w niezwykle plastycznej stylistyce oraz wrażliwości filmów Andersona, zarówno tych aktorskich, jak i animowanych.

Jacek Lubiński  uwielbiający cukierkowy styl i niesamowitą wyobraźnię reżysera, wysmakowaną estetykę jego filmów oraz płynącą z nich radość twórczą. Bez wstydu głoszący, że Wes jest de Bes!

Uwaga! Ankieta na końcu!

Przeczytaj też biografię Andersona: KLIK.

Bottle Rocket

(krótkometrażowy; 1992)

Dawid Myśliwiec: Ewidentna wprawka reżyserska, zaledwie zalążek tego, co Wes zaprezentuje choćby kilka lat później w pełnometrażowym rozwinięciu Bottle Rocket. W tym kilkunastominutowym filmie czuć dialogowe inspiracje Woodym Allenem i Jimem Jarmuschem, a całość przypomina nieco dokonania Kevina Smitha. Przyjemny seansik, ale próżno tu doszukiwać się cech wyjątkowości, jakie noszą późniejsze dzieła Wesa.

Jacek Lubiński: Ten niewielki szorcik to pierwsza próbka reżyserskich umiejętności Andersona. Niestety mało przekonująca. Przypomina bardziej coś, co mogłoby wyjść spod ręki Quentina Tarantino, Martina Scorsese lub Guya Ritchiego. Ostatecznie jest zresztą historyjką o niczym, ulatującą z głowy jeszcze w trakcie zdecydowanie zbyt długich napisów końcowych. Generalnie to dowód na to, że czerń, biel i Wes Anderson to słowa, które zupełnie się do siebie nie dodają.

Trzech facetów z Teksasu

(Bottle Rocket; 1996)

Dawid Myśliwiec: To wciąż nie jest jeszcze Wes Anderson, jakiego dziś kojarzymy, ale widać tu już znamiona później wyklarowanego stylu – postacie otrzymują wystarczająco dużo miejsca, by pokazać, jak osobliwymi są jednostkami, fabuła obfituje w liczne miniwątki, pojawiają się też wyraziste rekwizyty (np. motorynka Dignana). Anderson po raz pierwszy pokazuje, że doskonale opanował żonglowanie wątkami – historia biegnie potoczyście, mimo że sporo tu mieszania gatunków (komedia, kryminał, heist movie). Solidny debiut, ale raczej nie w gronie najlepszych dokonań Wesa.

Jacek Lubiński: Niezły start kariery i sympatyczne rozwinięcie wcześniejszego szorta. To nie jest wielkie kino ani też bardzo dobre, ale ciepłe i w tradycyjny dla Andersona sposób podnoszące na duchu. Trochę być może twórcy za dużo chcieli tu zmieścić, bo mamy i opowieść o późnym dorastaniu, i kino drogi, i urocze love story, a na deser także intrygę kryminalną oraz najgłupszy napad w historii ludzkości. Lecz reżyser panuje nad materiałem wystarczająco zręcznie, żeby całość nie rozłaziła się zbytnio, a zjadliwy metraż sprawia, że również nie nudzi. Nie jest to jeszcze TEN Wes Anderson, jakiego pokochali widzowie, ale jak na niezależną produkcję z przyszłymi i dawnymi gwiazdami jest fajnym przedsmakiem kolejnych dokonań i solidnym patrzydłem samym w sobie.

Rushmore

(1998)

Dawid Myśliwiec: To nie jest mój ulubiony film Wesa Andersona, ale sposób, w jaki eksploruje konwencję coming of age i wywraca do góry nogami reguły tzw. high school movies, zasługuje na duże uznanie. Jason Schwartzman w roli Maxa Fischera, gościa, który zna swoje liceum na wylot, przekracza wszelkie normy wywoływania irytacji, dlatego mocno różni się od całego zastępu sympatycznych postaci zaludniających filmy Andersona. Sporo w Rushmore oryginalności, ale zabrakło tego, za co Wesa cenię najbardziej – spójności. Najróżniejsze perypetie irytującego Maxa jakoś nie spinają się gładko w składną opowieść, przez co drugi pełny metraż Andersona może i ma momenty, ale całościowo wypada przeciętnie.

Jacek Lubiński: Przyznam, że kiedyś nie byłem fanem tego filmu – głównie z uwagi na niesamowicie irytującego w głównej roli Jasona Schwartzmana. Z czasem jednak przekonałem się do całej historii, bo choć Schwartzman dalej irytuje, to… tak powinno być. Wszak jest to właśnie opowieść o byciu chujem, a następnie o dojrzewaniu do tego, żeby tym chujem przestać być. I to na swój specyficzny, słodko-gorzki sposób działa. Poza tym to także bardzo żywe, pomysłowe dzieło, które może poszczycić się garścią niegłupich spostrzeżeń, mnóstwem smaczków drugiego planu oraz przede wszystkim świetną obsadą i niepodważalną chemią między postaciami. Ot, jeszcze jeden amerykański klasyk o szkole i nastolatkach. A ogólnie dobra, wartościowa rzecz.

Genialny klan

(The Royal Tenenbaums; 2001)

Dawid Myśliwiec: Wspaniały przykład tzw. ensemble cast movie, czyli filmu opartego na gwiazdorskiej obsadzie, w której każdy aktor ma istotne znaczenie. Choć Anderson stworzył dzieła bardziej kompletne pod względem połączenia narracji z warstwą wizualną, Genialny klan pozostaje jedną z najgłębszych jego historii. Niczym jego drogi przyjaciel Noah Baumbach (Opowieści o rodzinie Meyerowitz to przecież powstały po latach rewers Genialnego klanu właśnie), Wes przeprowadza tu prawdziwą rodzinną terapię, w komediowy sposób przepracowując nawet największe traumy.

Jacek Lubiński: Dla wielu magnum opus reżysera. I trudno się z tym nie zgodzić, bo to wraz z tym dziełem narodził się styl Andersona, jaki urzeka nas do dziś. Mimo wielu nie mniej dopracowanych następców jest to film, który niezmiennie fascynuje: bogactwem barw, formy i świata przedstawionego, złożonością jego bohaterów oraz ich mnogością i wielopiętrowymi relacjami. W końcu też przyciąga swoim gorzkim posmakiem opakowanym niezwykle przystępną, cukierkową wręcz wizją. I choć moja ocena nie różni się specjalnie od większości wystawionych jego filmom, to gdybym miał wskazać ten jeden jedyny twór Andersona, jaki trzeba obejrzeć, bez wątpienia byłby nim Genialny klan, który jest dokładnie taki, jak prawi jego polski tytuł – ocierający się o geniusz.

Podwodne życie ze Stevem Zissou

(The Life Aquatic with Steve Zissou; 2004)

Dawid Myśliwiec: Anderson zawsze kochał indywidualistów i marzycieli, a Podwodne życie… jest tego najlepszym dowodem. Choć Steve Zissou nie jest najsympatyczniejszym facetem na świecie, podziwiamy jego pasję i ekscentryczne przygody. Ten film to oczywista wariacja Wesa na temat Wielkiego błękitu – jest i odwieczna rywalizacja, i niebezpieczna misja w morskich odmętach. Genialna obsada (ryża Cate Blanchett w świetnej roli), a także jedyny film w dorobku Andersona, w którym zatrudnił swojego stałego współpracownika Billa Murraya do pierwszoplanowej roli.

Jacek Lubiński: Wes Anderson w nieco bardziej szalonej formie. Choć pozornie nie znajdziemy tu nic, czego nie moglibyśmy obejrzeć w jego innych produkcjach, to tylko tutaj możemy zobaczyć namiastkę kina akcji w wykonaniu tego reżysera. Poza tym znowu mamy do czynienia z prawdziwym filmowym ekscentryzmem uzupełnionym sympatyczną, angażującą historią i paletą gwiazd stojącą za unikatowym zbiorowiskiem postaci, które uzupełnia znakomita ścieżka dźwiękowa. Wizualnie jest to perełka, a fabularnie niezwykle uroczy hołd dla świata poza światem, który w obiektywie Andersona zyskuje tylko na atrakcyjności. Uwielbiam.

Hotel Chevalier

(krótkometrażowy; 2007)

Dawid Myśliwiec: Hotel Chevalier trzeba oglądać wyłącznie w połączeniu z Pociągiem do Darjeeling (to zresztą można wyczytać z planszy tytułowej), gdyż jest to prolog wyjaśniający mentalny stan jednego z bohaterów kolejnego pełnego metrażu Andersona. Ten stylowy short to prawdziwy smaczek dla fanów Wesa i znakomity przykład break-up story. A dla wielu męskich odbiorców argumentem przemawiającym za obejrzeniem tej krótkometrażówki powinna być naguśka Natalie Portman.

Jacek Lubiński: Tak naprawdę to prolog do pełnego metrażu o indyjskiej podróży jednego z bohaterów. Sęk w tym, że nie broni się ani jako wstęp (bo naprawdę nic nie wnosi do późniejszej historii), ani jako dzieło autonomiczne i powinno raczej wylądować w sekcji scen wyciętych na DVD. Co gorsza jest to, jak na szorta, niesamowicie nudna i mało angażująca rzecz, której bliżej do jakiegoś fan filmu imitującego styl Andersona. I chyba tylko Natalie Portman sprawia, że daje się to w miarę bezboleśnie obejrzeć. Acz i ona bywa tu irytująca.

Ostatnio dodane