search
REKLAMA
Archiwum

MOJE WINNIPEG (2007)

Jacek Lubiński

5 stycznia 2018

REKLAMA

Winnipeg. Winnipeg. Moje Winnipeg – powtarza sennie bohater, będący jednocześnie narratorem, będący także i twórcą filmu. Guy Maddin po raz kolejny powraca do swojego rodzinnego miasta, do Winnipeg właśnie. Do miasta wspomnień. Miasta duchów. Miasta wiecznej zimy i lunatyków. Martwych, zamrożonych koni, góry ze śmieci i niezliczonej ilości torów kolejowych, po których dojechać można dosłownie wszędzie, w tym do… Winnipeg. To miasto z jednym, trzypoziomowym basenem, katolicką szkołą dla lubieżnych dziewczyn i corocznymi wyborami Złotego Chłopca. Miasto, po którym mieszkańcy poruszają się ulicami nieobecnymi na żadnej mapie, a unikają tych rządowych – z nazwami. Nieoficjalna stolica spirityzmu, ektoplazmy, ściętych włosów i… hokeja. To serce serca Ameryki Północnej, futrzane łono Kanady i zbieg dwóch rzek, w których widłach mieszczą się kolejne widły. No i wylęgarnia masonów.

Tam właśnie, do Winnipeg, powraca po latach Guy-aktor, Guy-narrator i Guy-reżyser. Powraca do wspomnień i do dzieciństwa – pięknego, acz dziwnego, utraconego, choć frustrującego. Powraca do zaborczej Matki, idealnego, wiecznie pracującego ojca, do siostry i do braci. I do chihuahua, którego nie dało się nigdy wytresować. Powraca do swego dziwacznego, ogromnego domu z salonem piękności, który lubił równie mocno, co się go wstydził. Powraca do miejsca, w którym się urodził, które wpłynęło na całe jego życie i które tak bardzo umiłował. Ale i do miejsca, z którego zawsze chciał uciec, o którym chciał zapomnieć. To jednak nie takie proste…

My Winnipeg

Po Tchórze przyklękają (aka The Blue Hands) i Piętno na umyśle! jest to kolejna, ostatnia część nieoficjalnej trylogii Guya Maddina. Formą film nie odbiega zupełnie od poprzedników – znów wszystko skąpane jest w czerni i bieli, kamera jest rozedrgana, obraz często nieostry, a materiał stylizowany na podniszczony (acz nie zawsze). Klimatu dopełnia specyficzna muzyka, szybki, nieco chaotyczny montaż (choć jednak bardziej przystępny niż w Piętnie…!), powtarzalność niektórych ujęć i kwestii (tym razem, oprócz narratora, mamy również dialogi) oraz ironiczne, lekko prześmiewcze ramy opowieści. Różni się za to gatunek – tym razem mamy do czynienia z pseudo-dokumentem i niemal autobiografią (lub, jak twierdzi sam reżyser, ‘doku-fantazją’).

Tak więc zamiast zmyślonej fabuły, uwarunkowanej wspomnieniami z dzieciństwa, mamy autentyczne miejsca i zdarzenia, a zamiast postaci jedynie opartych na rodzinie i znajomych Guya, mamy aktorów odtwarzających prawdziwych ludzi – w wielu miejscach wykorzystano też fotografie (głównie z prywatnych zbiorów reżysera) i archiwalne nagrania. Zresztą na czas produkcji filmu Maddin faktycznie powrócił do Winnipeg i wynajął rodzinny dom, aby móc odtworzyć na nowo swoje dawne życie. Pod tym względem jest to więc jego najbardziej osobisty film.

Oczywiście Maddin nie byłby sobą, gdyby faktycznych zdarzeń i nagrań nie wymieszał z tymi, które są jedynie udaną stylizacją – uzupełnioną dodatkowo o wstawki aktorskie i animowane. To sprawia, że jawa często sprawia wrażenie snu, a wszelkie wyobrażenia i sny są nad wyraz realistyczne. Naprawdę trudno czasem stwierdzić, które z opisanych wydarzeń są w pełni autentyczne, a które to po prostu dobra zgrywa i zabawa formą. Z drugiej jednak strony to jedynie zbiór wspomnień Guya, a te przecież zawsze są prawdziwe, obojętnie ile w nich fantastycznego pierwiastka. To rzeczywistość widziana przez specjalny kalejdoskop, jakimi są oczy dziecka – a więc taka, z którą trudno się skonfrontować, trudno zanegować, trudno nie polubić.

My Winnipeg3

I tym się właśnie film broni – klimatem, który aż wylewa się z każdego kadru. Czuć w nim prawdziwe zacięcie, fantazję i serce w sercu reżysera. Czuć pot hokeistów, futrzane łono i ścinki włosów. Czuć basenowy chlor i kolejowy smar. Czuć Winnipeg. Winnipeg. Winnipeg. Sęk jednak w tym, że to jego, Guya, Winnipeg. Nie moje, nie nasze – nie widza. Dlatego też film miejscami zwyczajnie nudzi, staje się emocjonalnie obojętny i nie angażuje – nie odciska takiego piętna na umyśle, jak w przypadku Brand Upon the Brain! właśnie. I nie pomaga nawet świetnie wyśniona końcówka w postaci Citizen Girl. Po prostu Winnipeg – to cudownie oniryczne, tajemnicze, senne Winnipeg, nie jest miejscem dla każdego. Ale na pewno warto je odwiedzić, choćby na chwilę. Winnipeg. Winnipeg. Winnipeg…

Z archiwum film.org.pl (2009)

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA