Recenzje
MAŁY WIELKI CZŁOWIEK. Nostalgiczna wyprawa w nieistniejący już świat
MAŁY WIELKI CZŁOWIEK to epicka podróż przez historię, która z humorem i refleksją bada trudne tematy związane z kulturą rdzennych Amerykanów.
Indianin, „czerwonoskóry dziki”, wpisany jest na stałe w horyzont symboliczny kultury amerykańskiej, ukształtowanej w znacznej mierze przez kontekst migracji i pionierskiej ekspansji na Zachód. Wrogi i agresywny mieszkaniec bohatersko cywilizowanych przez białych osadników przestrzeni jest jednym z prototypowych antagonistów w najbardziej amerykańskim z gatunków filmowych (mam na myśli western, gdyby były wątpliwości). Nic więc dziwnego, że zmierzenie się z problematyczną tradycją przedstawiania w kinie rdzennych Amerykanów jest jednym z najistotniejszych aspektów pojawiających się w obrębie westernu nurtów rewizjonistycznych.
Jednym z najważniejszych dzieł podejmujących się problematyzacji „kwestii indiańskiej” w amerykańskiej tradycji kulturowej i nurcie rozliczania z kłopotliwą historią (zarówno społeczeństwa, jak i filmu) jest Mały Wielki Człowiek Arthura Penna.
Napisany przez Caldera Willinghama na podstawie powieści Thomasa Bergera scenariusz pomyślany jest jako opowieść snuta w momencie powstawania filmu (1970 roku) przez liczącego sobie, bagatela, sto dwadzieścia jeden lat Jacka Crabba. Jak łatwo wyliczyć, data urodzin głównego bohatera i narratora przypada na rok Pański 1849, a więc apogeum ery Dzikiego Zachodu. Fabuła Małego Wielkiego Człowieka obejmuje niecałe dwie młodzieńcze dekady jego życia, w których Crabbowi przyszło stać się mimowolnym uczestnikiem kluczowych dla rozwoju Ameryki Północnej wydarzeń. Dorastający w okresie wojny secesyjnej bohater filmu Penna odtwarza przed odwiedzającym go historykiem oraz widzami czasy najbardziej dramatyczne dla relacji kształtującego się narodu amerykańskiego i rdzennych mieszkańców kontynentu, w których przypieczętowana została klęska tych drugich wobec naporu kolonizatorów.
Kolejne epizody życia Crabba układają się w niewiarygodną historię jednostki uwikłanej w wielkie społeczno-historyczne wrzenie, w którym pomimo awanturniczego klimatu próżno szukać romantycznego oblicza Dzikiego Zachodu. Adoptowany po tragicznej śmierci rodziców i wychowany przez Czejenów główny bohater w kolejnych latach kilkukrotnie zmieni obozy tragicznego konfliktu. Jack, nazwany przez Czejenów tytułowym imieniem nawiązującym do (małego) wzrostu i (wielkiej) odwagi, skosztuje profesji rewolwerowca i handlarza, zostanie traperem oraz skautem, bez powodzenia spróbuje ustatkować się życiowo zarówno wśród białych, jak i Indian, kilkukrotnie stanie twarzą w twarz z (nie)sławnym generałem Custerem, a także weźmie udział w bitwie nad Little Bighorn, jednym z najbardziej pamiętnych starć w historii Ameryki.
Niemalże absurdalne w swej zawiłości losy Małego Wielkiego Człowieka są u Penna asumptem do przygodowej podróży przez świat dawnej Ameryki. Okraszone tragikomicznym nerwem, mają jednak wymiar rewizjonistycznego zmierzenia się z niechlubnym brzemieniem Stanów wyrosłych na otaczających Jacka trupach.
W Małym Wielkim Człowieku, pomimo silnego skoncentrowania na centralnej postaci tytułowego narratora i jego perypetiach, najważniejszym tematem nie jest westernowa przygoda. Kluczowym aspektem filmu Penna są relacje indiańsko-amerykańskie (nazwijmy tak z braku zgrabniejszej etykiety interakcje rdzennych i napływowych Amerykanów), wobec których przyjmuje opozycyjne do pokutującego w popkulturze stereotypu stanowisko. Indianie w Małym Wielkim Człowieku nie są czerwonoskórą hordą nastającą na szlachetnych osadników, stają się natomiast ludźmi z krwi i kości – tutaj wybija się subtelna, acz wyrazista kreacja Chiefa Dana George’a w roli Starych Skór, czejeńskiego mentora protagonisty.
Bez idealizacji „szlachetnych dzikich” Willingham i Penn ukazują Indian jako tak samo ludzkich (a więc zarówno dobrych, jak i złych) jak ich przeciwnicy. Dzięki niesamowitym transferom międzykulturowym Jacka Crabba twórcy filmu spoglądają na konflikt Indian i Amerykanów z obydwu stron, niuansując stosunek win oraz krzywd. W takiej ramie możliwe okazuje się bezpośrednie ukazanie dramatu rdzennej Ameryki, wymazywanej z powierzchni kontynentu brutalną siłą wojsk USA.
Wcielający się w główną rolę Dustin Hoffman kreuje tu postać trochę naiwnego, a trochę konformistycznego poczciwca, którego metodą na przetrwanie jest poddawanie się prądowi zdarzeń. W wyniku zrządzeń losu i niezwykłego szczęścia, umożliwiającego mu relatywnie miękkie lądowania po kolejnych zawirowaniach, Crabb/Mały Wielki Człowiek staje się kimś w rodzaju kulturowego kameleona, sprawnie i z wdziękiem zmieniającego otoczenie, profesje i kręgi bliskich. Ceną jest jednak postępujące w miarę rozwoju opowieści rozdarcie pomiędzy dwoma wrogimi sobie światami Indian i osadników.
Każdy z nich jest protagoniście bliski, ale równocześnie wymyka się pełnej identyfikacji i trwałemu zakorzenieniu, a intuicyjna zdolność przeskakiwania pomiędzy dwiema stronami indiańsko-amerykańskiej relacji zamienia się niemalże w przekleństwo biernego świadka tragicznej historii.
Pomimo powagi tematu i mierzenia się z odpowiedzialnością współczesnej Ameryki za zagładę jej rdzennych mieszkańców Penn kreuje filmową opowieść Małego Wielkiego Człowieka z dużą frywolnością. Film toczy się bardzo wartko, przesycony jest humorem i pogodnym klimatem, podkreślonym dodatkowo przez kreację budzącego sympatię i uśmiech Hoffmana, przebieranego to za Czejena, to za rewolwerowca, to za trapera, zgodnie z aktualnym etapem jego dziejów.
Widoczne w warstwie filmowej prezentacji przymrużenie oka sprawia, że tym mocniej wybrzmiewają w Małym Wielkim Człowieku momenty bardziej poważne, wprowadzające do narracji dramatyczny ciężar. Wytworzona w ten sposób dwuznaczność służy problematyzacji gatunkowego imaginarium, przy jednoczesnym zachowaniu atrakcyjności opowieści i tożsamości stylistycznej filmu. W efekcie Mały Wielki Człowiek staje się satyrą, rozliczającą nie tylko historię Ameryki, ale także wpisany w jej dziedzictwo western.
Lekka formuła Małego Wielkiego Człowieka skrywa także swoisty zeitgeist końca lat 60. i wzbierającej w amerykańskiej kulturze (w tym kinie) fali kontestacji dotychczasowego porządku – konserwatywnego patriotyzmu, kultu państwa i armii, romantycznej wizji genezy narodu amerykańskiego. Krytyczne zacięcie Penna widać chociażby w demonicznym obrazie amerykańskiej armii, a także w dość wyraźnej erotycznej niesforności (tutaj prym wiodą epizody z ikoną tamtych czasów, Faye Dunaway). Rewizjonizm, którego przykładem jest film Penna, uderza też – a może przede wszystkim – w kanon kultury masowej, który przeobraża tak, by stawał się dwuznaczny i problematyczny.
Tak jest właśnie z opowieścią Małego Wielkiego Człowieka. Jako narrator Crabb może się wydać niewiarygodny, a jego opowieść – przerysowana i momentami wprost nieprawdopodobna. Zamiast spektakularną sagą o dawnym świecie może być równie dobrze konfabulacją skrywającą mroczniejsze podteksty.
Nostalgiczna wyprawa w nieistniejący już świat ma w sobie posmak fantazji przetwarzającej traumę i poczucie winy Jacka Crabba – zestarzałego człowieka Dzikiego Zachodu. Czy przypadkiem trajektoria losów Małego Wielkiego Człowieka zawiera wszystkie fundamentalne figury i role społeczne kojarzone z westernem, od niewinnego sklepikarza, przez dobrodusznego „przyszywanego” Indianina, aż po wojskowego zwiadowcę? Czy jego komiczna niekiedy zdolność mimikry nie może być wyrazem winy konformizmu i zdrady moralnej? Arthur Penn nie narzuca takiej interpretacji wprost, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że filmowa opowieść nie aspiruje do statusu wiarygodnej relacji. Jako projekcja staruszka ukształtowanego w czasach Dzikiego Zachodu jest ona raczej wyrazem tęsknoty za zniszczonym światem i utraconą niewinnością.
Łączy się to także z historyczno-kulturowym wydźwiękiem Małego Wielkiego Człowieka, który w pozbawiony żenady sposób odtwarzając główne toposy i tropy westernu i splata je z krytycznym spojrzeniem na dziedzictwo USA, przede wszystkim to powiązane z armią i siłą. Sygnalizowane jest w ten sposób polityczne uwikłanie gatunku filmowego i moment zwrotny, w którym przygody na Dzikim Zachodzie tracą swój romantyzm, stając się bardziej przyziemnymi, etycznie niejednoznacznymi wizjami ludzkich słabości, okrucieństwa i namiętności. Stąd też nieco chaotyczna, krzykliwa natura Małego Wielkiego Człowieka, sprawdzającego się najlepiej na płaszczyźnie satyry, niekiedy jednak zgrzytającego na poziomie płynności dramaturgii i konsekwencji zdarzeń.
Te aspekty, czytane między wierszami, nadają filmowi przewrotnej energii i publicystycznego rozmachu. W efekcie Mały Wielki Człowiek to film głębszy i ciekawszy, niż pozornie mogłoby się wydawać – zręcznie spina społeczną wrażliwość, krytyczno-kontestacyjny nerw i entuzjazm do gatunkowego formatu, który stara się z całkiem niezłym skutkiem pogłębić.
