Recenzje
LIST OD NIEZNANEJ KOBIETY. Kochać jak dobry stalker
W LISTE OD NIEZNANEJ KOBIETY miłość przyjmuje formę obsesji, a historia staje się melancholijnym tańcem między pragnieniem a rzeczywistością.
Pokochać kogoś, uznać za czarodziejkę, nową drogę życia, i po latach nie rozpoznać. Jaka to ironia, mogąca się zdarzyć tylko w filmach z Fabryki Snów. Na tym jednak polega suspens w melodramatach, a w nim Amerykanie byli naprawdę dobrzy. Przy tej okazji warto dodać, że to nie do końca ich zasługa, bo reżyserem Listu od nieznanej kobiety był Niemiec, Max Ophüls. Hollywood zaoferowało mu ogromne możliwości do rozwoju kariery w ramach kina studyjnego, a on z kolei rozruszał nieco skostniałą, amerykańską kamerę w latach 40. Wiadomo było jednak z góry, że Max się nie podporządkuje fabrycznym zasadom kina zza oceanu.
Z tego powodu wyjechał. Wierzył w pewną ideę reżyserstwa podobnie jak postaci kobiet, które kreował, wierzyły w miłość, niezależność, wierność i inne właściwości człowieka przez wieki uznawane za cnoty, a równocześnie niemiłosiernie w praktyce zdradzane i pogardzane.
Ten rozziew między wyobrażeniem świata, a dziejącymi się w nim i doświadczanymi faktami, dotyka bohaterów Listu od nieznanej kobiety. Są nimi młodziutka i niedoświadczona Lisa Berndl (Joan Fontaine) i sporo od niej starszy, sławny pianista, Stefan Brand (Louis Jourdan). W ich role wcielili się aktorzy mało znani, przez całe swoje kariery stojący raczej na drugim planie niż w pierwszym rzędzie, chociaż akurat Louis Jourdan jest znany szerszej, powiedzmy, że komercyjnej publiczności np. z Ośmiorniczki, gdzie zagrał Kamal Khana i z Hrabiego Monte Christo (1975), gdzie wcielił się w demonicznego De Villeforta.
Joan Fontaine radziła sobie znacznie gorzej, chociaż otrzymała Oskara w 1942 roku za rolę w Podejrzeniu Alfreda Hitchcocka. Jourdan zaś przez całe aktorskie życie był bardzo daleko nawet od nominacji do nagrody Akademii.
Postać Lisy pasuje do efemerycznej urody Fontaine. Jej osobowość również, i to nie tylko ta jej forma z początku filmu, kiedy jest jeszcze niedojrzałą, skrajnie romantyczną dziewczynką. Także do doświadczonej kobiety, wiele lat później, kiedy umiera, wciąż zakochana w tym samym mężczyźnie, który trwa w jej wyobraźni niemal jak przekleństwo, wrzód, ale i skrajnie wyidealizowana nadzieja na szczęście. Jest nią Stefan Brand, żyjący w zupełnie innym świecie niż Lisa znany pianista nie stroniący od kobiet, pieniędzy, wystawnego życia i doświadczania chwili, będąc zupełnie pogodzonym z tym, że przyjemność nie trwa długo. Trzeba się za nią uganiać, ćwiczyć w tej pogoni, zanim wszystko zabierze śmierć.
Film zaczyna się od tego, że Brand zostaje wyzwany na pojedynek i chce uciec. Boi się konfrontacji z przeciwnikiem, zupełnie jakby ten moment pojedynku mógł wziąć w nawias całe jego dotychczasowe życie, a co za tym idzie pokazać mu, jak małe miało znaczenie wszystko, co do tej pory robił i co wydawało mu się, że kochał. Tuż przed tym, kiedy ma podjechać tajna dorożka gdzieś z tyłu domu, służący przynosi mu list od kobiety, której imienia Brand nie pamięta, chociaż widział ją kilka razy w życiu, na tyle intensywnie, że imię przynajmniej zapamiętać powinien.
List do niego napisała oczywiście Lisa, natomiast już nie zdążyła go wysłać. Chciała opowiedzieć mu pewną historię, której sens on sam w pewien zimny wieczór jej powiedział, jeszcze na początku ich znajomości. Kiedyś będziemy musieli zdecydować, dokąd tak wędrujemy – to jego słowa, mądrzejsze niż postępowanie, jakby były jakąś głęboką intuicją w umyśle, podpowiedzią, że wybór tej właściwej drogi cały czas był tuż obok niego, a gdy to sobie uświadomił, było już za późno. Lisa wybrała jeszcze jako bardzo młoda kobieta, wręcz dziecko, jakkolwiek może się wydawać, że jej postępowanie graniczyło z obłędem lub zwykłym stalkingiem.
Zakochała się najpierw w graniu na fortepianie Branda, później w nim samym. Wkradała się do jego domu, śledziła go. Nie zniechęciła się nawet licznymi kobietami, które przyprowadzał do domu. Była cierpliwa, aż wreszcie, już jako panna na wydaniu, spotkała go w pewien mroźny wieczór. Tak się zaczęła ta ich pogubiona, nieco chora gra z uczuciami.
Ale wtedy, w XIX wieku, nie znano pojęcia stalker. Co najwyżej można było oszaleć z miłości np. wbrew zdaniu rodziców, drabinie społecznej i konwenansom. Lisa jest zręcznie skrojonym fabularnie przykładem romantycznej bohaterki, która nie umiera za miliony, nie walczy za żadną ojczyznę, lecz chce ocalić siebie równocześnie kochając i wierząc, że z tej talii kart o twarzach niezliczonych ludzi, wybrała najważniejszą.
Max Ophüls tak zręcznie i ironicznie skonstruował fabułę, że zakochując się w Brandzie, Lisa już na początku zdefiniowała całe swoje życie, będąc tego z biegiem lat coraz bardziej świadoma. Być może również jako zupełnie nieznana Brandowi kobieta, mimo że paradoksalnie znana mu całkiem nieźle, wręcz nazywana czarodziejką i życiowym odkryciem, zdefiniowała rodzaj zakończenia jego egzystencji. Zrobiła to niemal w ostatniej chwili, pisząc list. Ten jeden jedyny raz Brand po latach nie uciekł. Postanowił się skonfrontować, bo zrozumiał, że przez całe życie nie dostrzegł tego, co zawsze miał, nie odnalazł tego, czego nigdy nie stracił.
A było tak blisko.
Gdy w obliczu pojedynku i czającej się za rogiem śmierci, przeczyta się taki list, można nagle zechcieć się z nią spotkać, zwłaszcza, że wiadomości nie wysłała Lisa, a szpital, gdzie zmarła. Brand miał wszystko i mógł mieć wszystko, ale inaczej. To absurd i paradoks. Te dwie perspektywy fabularne życia tych dwojga, na pierwszy rzut oka przecież wcale nieskomplikowane, są tak poprowadzone w filmie, że czuje się tę bezsilność, w której mógł pogrążyć się Stefan. Bo co innego wiedzieć, że coś się straciło i nic się nie mogło zrobić, żeby temu zapobiec, a co innego nagle dowiedzieć się, że dosłownie dotykało się ukochaną istotę, a jej nie rozpoznało. Pozwoliło się jej odejść i na zawsze straciło.
To, co możemy o sobie pomyśleć nie zawsze jest tym, co chcemy o sobie usłyszeć. Wydaje się, że Brand nie przywykł do słuchania o sobie. Może dlatego miał głuchoniemego służącego. Jedyne, czego doświadczał naprawdę, to gra na fortepianie. Rzeczywiście jest coś takiego, gdy gra się na jakimś instrumencie, częściowo traci się kontakt z rzeczywistym światem. Instrument zaspokaja potrzebę kontaktu, a ludzie stają się jedynie dopełnieniem czasu, kiedy akurat się nie gra. To jednak nie oznacza, że Brand nie umiał poddać się refleksji. Dobrze wiedział, jaki jest. Akceptował to, lecz nie pozwalał, by inni go w ten sposób zaklasyfikowali, aż poznał Lisę.
Największą wartością Listu od nieznanej kobiety jest sposób opowiedzenia historii dwojga ludzi, którym nie dane się było pokochać na stałe. Pamiętajmy, że film jest melodramatem. Rządzi nim klasyczny tragizm, jak w utworach antycznych. Jednostka przegrywa z siłami od niej wyższymi, w tym wypadku z losem, tajemniczą energią sprawczą, rządzącą postępowaniem ludzi i ich relacjami z zewnętrznym światem. Ale gdyby reżyser nadał filmowi tylko taką, klasyczną formę, pewnie znudziłby współczesnego widza, a może i tego z lat 40. Melodramatów w tych czasach Amerykanie trzaskali mnóstwo, w zasadzie po to, żeby odwrócić uwagę zwykłych ludzi od wojny i antykomunistycznej gorączki. Każdy był mniej więcej o tym samym. Dwoje ludzi się spotyka, z jakichś względów nie może być razem i cierpi z powodu rozstania, nieraz tak mocno, że doprowadza to do śmierci jednego z nich lub nawet dwojga.
Max Ophüls zdecydował się więc na dwa najważniejsze zabiegi. Po pierwsze nadał historii styl kryminałów noir ze wszystkimi jego cechami. A więc wykorzystanie kontrastujących obrazów miasta, licznych cieni, brak jasnego ustosunkowania się reżysera do tego, co ma być dobre w bohaterach, a co złe, no i postać femme fatale. Jakkolwiek można współczuć partnera Lisie, to ona również jest kobietą tragiczną, ściągającą nieświadomie na swoją miłość życia nieszczęście w finale opowieści. Po drugie Ophüls opowiedział historię kochanków w sposób nieoczywisty. A więc użył kilku interesujących zabiegów – wzmacniający suspens list, potęgowana przez wizualny styl kadrów aura tajemnicy wokół tego, co się będzie działo, skradająca się za swoim potencjalnym ukochanym Lisa, wreszcie początkowe sugestie narratora, że jej zachowanie wcale takie normalne nie jest, no i klamrująca wszystko perspektywa osądzającego życie Stefana pojedynku.
Kochać jak dobry stalker – tak umiała pokochać Lisa. Zdawała sobie sprawę, jakim człowiekiem jest Stefan i to ją uwiodło. Bo mimo wad, on był w porównaniu z nią kompletny i nie udawał. Żyjąc w jego cieniu, Lisa również dojrzała, podczas gdy on nie ruszył się już ze swojego miejsca. Świat go zjadł, obecność Lisy przytłoczyła ważnością. Czy da się tak kochać? Z pewnością, i to nieprawda, że miłość to coś, co trzeba rozwijać, żeby okazała się trwała i prawdziwa. To widać już na początku. Albo jest, albo jej nie ma. Nie można przed nią pochylać głowy. Nie można się jej bać ani wstydzić. Tym bardziej nie można się jej podporządkować. Wtedy będzie trwała i być może łaskawie nie zdecyduje się nas zniszczyć. Miłość nie lubi uniżonych, bo pokora to cnota hipokrytów.
