Connect with us

Recenzje

LIBERATOR. Wystawne zwieńczenie tłustych lat Stevena Seagala

LIBERATOR to metafizyczny film akcji o Stevenie Seagalu, którego życie łączy fakty i mity w ekscytującą opowieść o buddyjskim macho.

Published

on

LIBERATOR. Wystawne zwieńczenie tłustych lat Stevena Seagala

Steven Seagal. Te dwa słowa określają nie tylko pewnego aktora, ale i pewne zjawisko. Buddyjski macho. Zrusyfikowany mistrz aikido. Muzyk z powodzeniem wydający bluesowe płyty. Aktywista walczący z zanieczyszczeniem środowiska. Reżyser filmowy (Na zabójczej ziemi), a także zastępca szeryfa (zupełnie realnie i niefilmowo). Przez pewien czas podejrzewano, że może być nową inkarnacją Buddy. Krążą plotki, że lata temu mógł być zabójcą na usługach CIA. Arogancki, butny, tajemniczy.

Advertisement

Jego biografia to materiał na metafizyczno-holistyczny film akcji, w którym fakty i mity zatańczą dziki taniec do wtóru bambusowych fletów tak, że zamienią się w nieodróżnialną strugę światła. Przede wszystkim jednak większość z nas zna go jako aktora. Aktora, który grał w życiu właściwie tylko jedną postać: Stevena Seagala, i który jedynie dla zmyłki nosił imiona takie jak Gino czy Nico. Seagal największe sukcesy w kinie odnosił w latach 80. i na początku 90. Jego aktorski debiut Nico – ponad prawem zrobił w kinach furorę i wylansował go na gwiazdę.

Potem jeszcze trzy razy pod rząd wcielił się w postacie policjantów, którzy i tak byli jak postać z debiutu (…która i tak była jak Steven Seagal). Mason, John i Gino walczyli o prawo i porządek, używając aikido i broni palnej. Proste imiona i proste filmy, gęsto wypełnione „mięsną” akcją – strzelaniny, rozróby i chrzęst kości. Pomimo że wszystkie one cieszyły się wielką popularnością, ambitny aktor poczuł, że pora skolonizować nowe rejony kina akcji.

Advertisement

Powstały w 1992 roku Liberator to większy rozmach i zerwanie ze schematem wcześniejszych obrazów. Zamiast biegać jako glina po swojskich ulicach metropolii, tępiąc swojskich handlarzy narkotykami, robiąc to szybko, sprawnie, możliwie najbrutalniej i właściwie samemu, nasz bohater stanął do walki ze złodziejami broni jądrowej, którzy opanowali pancernik USS Missouri. Stalowy kolos wyruszył właśnie w swój ostatni rejs i nikt nie spodziewał się kłopotów. Urodzinowe przyjęcie dla kapitana okazało się jednak pułapką, a okręt dostał się w ręce licznej i dobrze zorganizowanej bandy.

Pomysł stanowi oczywiście pokłosie sukcesu Szklanej pułapki. Kultowy tytuł dał filmowcom jasny sygnał: twardziel i uprowadzony samolot/statek/pociąg to jazda w stronę sukcesu. Steven Seagal wskoczył w te buty, nie przejmując się, że scenariusz Liberatora miał być pierwotnie bazą pod Szklaną pułapkę 3.

Advertisement

Wykreował postać okrętowego kucharza, który jest jedyną nadzieją dla sterroryzowanej załogi i świata (broń jądrowa ma trafić na czarny rynek). Tyle że Casey Ryback nie jest zwykłym kucharzem, lecz ekskomandosem zesłanym do kuchni za niesubordynację, a poza tym ma do pomocy Jordan Tate – króliczka playboya, który wyskoczył z urodzinowego tortu wprost w kłopoty. Nie jest więc sam, choć to głównie od niego zależy los broni nuklearnej.

Liberator odchodzi od formuły wcześniejszych, nader miejskich filmów Seagala i pozwala nam na wycieczkę po uzbrojonym statku wypełnionym nowoczesną technologią. Labirynt korytarzy okrętu, jak i jego zewnętrzny pokład, to wymarzona sceneria do ostrej rozgrywki na falach. Poza tym mamy tu migoczące ekrany, głowice, radary, a z czasem pojawią się także samoloty, transmisje satelitarne, łódź podwodna, bazooki i broń palna różnego typu. Nie jest to może jeszcze takie zagęszczenie techniki, żebyśmy poczuli się jak w technothrillerze Toma Clancy’ego czy adaptacjach jego powieści, ale twórcy jasno dają nam do zrozumienia, że oglądamy nowoczesne kino akcji.

Advertisement

Implikuje to także pewną zmianę w rysunku bohatera. Casey/Seagal – choć niepokorny – nie może być już ponad prawem i ponad wszystkimi. Nie walczy też z pobudek osobistych. Jako były żołnierz czuje się odpowiedzialny za uwięzionych marynarzy, los rakiet i towarzyszącego mu króliczka. Musi działać rozważnie i metodycznie, żeby pokonać wroga. To, co odróżnia tę postać od innych kreacji aktora, to większe opanowanie. Skuteczność jednak się nie zmniejsza. Seagal poddaje terrorystów bolesnej obróbce: tnie, dusi, szatkuje, dryluje za pomocą stalowych słupów, topi i przypala.

Sporą ich część zastrzeli w trakcie krótkich, gwałtownych wymian ognia. Casey jest nie tylko ekspertem od sztuk walki, ale też od materiałów wybuchowych, więc nieraz coś huknie i buchnie. Na tym nie koniec niespodzianek. Casey to wielofunkcyjny blender wojenny. Symultanicznie prowadzi wymianę ognia z wrogiem i telefoniczną rozmowę ze sztabem antykryzysowym; rozbraja pociski, uzbraja działa; rzuca czar na króliczka i robi kotlet siekany z przeciwnika. Krzyżuje ręce i strzela z dwóch karabinów naraz, skuteczniej rozpylając śmierć. Poza tym świetnie gotuje. Od Seagala bucha pewność siebie i czytelny przekaz do widza: jeśli za mną nie nadążasz, to oglądaj Dumę i uprzedzenie na podstawie Jane Austen.

Advertisement

Tyle o wymowie filmu. A jak wygląda on od strony realizacyjnej? Wszyscy dobrze znamy tytuły, w których za okręty robią plastikowe modele, a za wzburzone morze – wanna u mamy reżysera (swoją drogą, w takich akcyjniakach grywa teraz Steven Seagal; patrz i cierp: Zatopieni Anthony’ego Hickoxa). Andrew Davis – reżyser Liberatora – jest doświadczonym fachowcem.

To on dał światu Nico, w którym postawił na prostą fabułę i solidne wykonanie, a w rok po Liberatorze wypuścił Ściganego z Harrisonem Fordem – przebojowy thriller o wielkiej sile rażenia. Twórca nie lubi fuszerki i wystrzegał się jej też przy omawianym tutaj hicie. Postawił na kaskaderkę, pirotechnikę i solidne wykonanie. Szczęśliwie zrezygnowano z komputerów. Budżet w wysokości 35 milionów dolarów pozwolił na niezłych aktorów, prawdziwą wodę, prawdziwy pancernik i prawdziwe wybuchy.

Advertisement

Reżyserska dewiza, by umieścić niezłomnego bohatera na w miarę przekonującym tle, zdała tu egzamin. Wierzymy, że jesteśmy na okręcie. Wierzymy, że Casey – dzięki świetnemu przeszkoleniu i instynktowi wojownika – może pokonać wroga. Seagal ściął kucyk, ale i tak jest zabijaką pierwszej klasy. Nie wygląda jak pączek. Porusza się z gracją. Tłuszcz czy ograniczenia aktorskie nie odebrały mu jeszcze charyzmy. Gra jak zawsze – marszczy czoło i brwi lub rozdaje ciosy. To wystarczy. Kupujemy go w tej roli. Fakt, że nie jest już gliną i że gra kucharza, który zgotuje piekło każdemu złoczyńcy, sam w sobie robi tu za bryzę nowości.

 Davis lubi, kiedy kino akcji przynajmniej próbuje zawiesić niewiarę widza, więc stara się zachować równowagę pomiędzy jako takim realizmem a efektownym wykonaniem. Akcja toczy się wartkim, dość równym rytmem.

Advertisement

Proporcje między scenami mówionymi a „tłuczonymi” są odpowiednie. Każdy z bohaterów ma czas, żeby zaistnieć jako przekonująca postać, umocowana zgrabnie w historii, ale poza tym trup ściele się gęsto i o większych przestojach nie ma mowy. Jednak nawet dzieci wiedzą, że dobrze dobrani „źli chłopcy” robią w kinie akcji za drugi silnik. Bad guys w Liberatorze nie są papierowi i dano im spore pole do popisu. Jako admirał Krill (dobre nazwisko dla rasowego męta), który dał się kupić bandytom, wystąpił Gary Busey, znany z Predatora 2 czy Zabójczej broni. Ten charakterystyczny blondyn o wielkich zębach i aparycji narwanej jaszczurki świetnie się odnajduje w roli prawdziwego padalca. Jego cwaniactwo wydaje się naturalne i niewymuszone.

Tommy Lee Jones – aktor sporej klasy – rzadko odwiedza plan kina kopano-strzelanego. Tu jednak spisał się świetnie. Jego William Strannix (idealne nazwisko dla typa spod ciemnej gwiazdy) to z jednej strony rozczarowany światem zabójca najęty przez CIA, a z drugiej – klasyczny świr, który w dzieciństwie obejrzał o jedną kreskówkę za dużo i nie może się doczekać jakiejś efektownej eksplozji atomowej. Nie ma co ukrywać, jego obecność podrasowuje cały film, przydając mu siły i charakteru.

Advertisement

 Warte odnotowania jest, że Krill i Strannix starają się dobrze bawić podczas oblężenia okrętu – nieważne, czy grożąc światu bronią jądrową, czy topiąc marynarzy. Obaj mają skłonności do błazenady i przypominają dwóch pięciolatków, którzy postanowili połączyć siły, żeby przywłaszczyć sobie najlepsze zabawki w piaskownicy.

W tle bandyckiej bandy połyskują jeszcze inne typy niższego rzędu: haker okularnik z jajowatą głową, zakapiorska góra mięśni, podjadająca surowe mięso, i cała reszta, służąca za materiał do rozczłonkowywania dla naszej gwiazdy. Erikę Eleniak – odtwórczynię roli króliczka – znamy głównie ze Słonecznego patrolu. Gwiazdka pokaże nam to wszystko, za co polubili ją widzowie legendarnego serialu, a nawet odrobinę więcej, żebyśmy wiedzieli, że film kinowy to większy budżet, a także większa liczba atrakcji.

Advertisement

Niezłe zdjęcia i przyzwoita muzyka dopełniają reszty. Wszystko to składa się na przyjemny rozrywkowy seans. No i gładki; może nieco zbyt gładki. To ostatnie daje się odczuć w relacji między antagonistami. Jest ona letnia. Ryback i Strannix skutecznie utrudniają sobie życie, ale to tyle. Seagal bywał bardziej zapalczywy. W Nico walczył z demonicznym Zagonem, specjalistą od okrutnych przesłuchań; ten nie tylko handlował heroiną i zostawiał za sobą stosy trupów, ale jeszcze groził jego rodzinie. W Szukając sprawiedliwości nasz heros zwarł się w śmiertelnym starciu z dawnym przyjacielem, który zabił jego partnera.

W Wygrać ze śmiercią utylizował bezwzględnego polityka, który miał na rękach krew jego rodziny. W tamtych filmach przeciwnicy oblizywali się na myśl o przerobieniu tego drugiego na papkę. Od nienawiści i testosteronu aż skwierczało. Obraz Davisa jest pod tym względem nieco bardziej rumiankowy. 

Advertisement

No cóż, po raz kolejny okazuje się, że świr chcący zniszczyć Hawaje nie rusza nas nawet w połowie tak bardzo, jak osobiste porachunki. Nie da się też ukryć, że Seagal w jakiś naturalny sposób pasuje do brudnych miejskich ulic i roznoszenia w drobny mak tego czy innego baru podczas niekonwencjonalnych przesłuchań z użyciem kija bilardowego. Widzowie w latach 90. byli jednak zadowoleni. Liberator stał się międzynarodowym hitem i wszedł do kanonu pułapkopodobnych (razem z Pasażerem 57, Na krawędzi czy Air Force One). Dość powiedzieć, że w Polsce uzyskał status jednego z najczęściej piratowanych tytułów tamtych lat.

Każdy chciał zobaczyć, o co chodzi z tym dziwnym tytułem – nieważne, czy dzięki kasecie z licencją czy bez. Bo – trzeba przyznać – tłumacz postarał się, żeby trywialny tytulik zamienić w enigmatyczno-podniecający dynamit, rozsadzający konkurencję i ogniskujący uwagę na filmie z Seagalem. Czy takie słowo jak Liberator istnieje? Nie. Czy był to jakiś większy problem? Nie, bo kinomani i tak myśleli tylko o tym, jak możliwie najszybciej wejść w posiadanie taśmy z przebojem.

Advertisement

Poza tym wciąż jeszcze trwała koniunktura na Seagala, który hipnotyzował tłumy jednym uniesieniem brwi. Jednakże były to już początki końca. Mimo iż ten wystawny film zarobił sporo i został powszechnie uznany za jeden z najlepszych w karierze aktora, nie wywindował go na sam szczyt. Seagal wiele razy zaznaczał, że marzą mu się mocne, dramatyczne role na miarę Oscara. Hollywood nie dało mu jednak szansy rozwinięcia skrzydeł. Co więcej, wkrótce nawet kino akcji nie miało już zbyt wiele do zaoferowania gwieździe Nico.

COŚ Z ALICJI. Windą do króliczej nory

Po Liberatorze zaczęły się gorsze lata. Słabsze filmy, kłopoty z tuszą; kłótnie na planach. Źli ludzie rozsiewający plotki o nałogach, mitomanii i rozdętym ego gwiazdora, zaskorupiałym od nadużywania solarium – jego nieodłącznego towarzysza w podróży po planach filmowych. O ile jeszcze Liberator 2 czy W morzu ognia miały swój urok, o tyle każdy kolejny obraz dowodził, że Seagal oddala się od źródła swej mocy – czymkolwiek ono jest i gdziekolwiek się znajduje.

Advertisement

Cóż, ta renesansowa osobowość okazała się nieco zbyt szeroka jak na wąskie ramy Hollywood. Seagal skończył jako wieczorna polsatowska zapchajdziura, a filmy z jego udziałem od dawna omijają kina.

A Liberator? Nadal się trzyma. Widać, że zrobili go fachowcy, wyposażając w solidne atuty, których czas nie złuszczy w rok czy dwa. Nie reformatorzy gatunku w stylu Jamesa Camerona, ale solidni kucharze, którzy wiedzą, co ma być w zupie, żeby było dobrze. To danie smakowało kiedyś i smakuje nadal.

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *