Recenzje
LATAJĄCY HOLENDER. Wiara czyni cuda
W filmie LATAJĄCY HOLENDER. WIARA CZYNI CUDA reżyser Jos Stelling z reinterpretacją legendy zabiera nas w piękną podróż przez burzliwą Flandrię.
„Historia może zmyślona, może prawdziwa. Najważniejsze, że jest piękna.„
Campanelli
Zapewne wielu z nas zetknęło się ze starą legendą o statku widmo i o jego kapitanie zwanym „Latającym Holendrem”. Tych, którzy pamiętają tę historię, muszę jednak przestrzec. Otóż reżyser Latającego Holendra, Jos Stelling, dokonał własnej interpretacji tej legendy. Właściwie to opowiedział całkiem inną historię. Co prawda pojawiają się w niej i morze, i statek, i nawet Latający Holender, ale ta historia niewiele ma wspólnego z powszechnie znaną legendą. Przy czym, jeśli można ją postrzegać w takich kategoriach, jest opowieścią ciekawszą i na pewno piękniejszą. I podobnie jak legendarny statek-widmo, tak i ona może być podstawą legendy, takiej, jaką stworzył Campanelli, XVI-wieczny minstrel i komediant.
Reżyser akcję całej historii osadził w XVI wieku w niespokojnej naówczas Flandrii (północno-zachodnie obszary dzisiejszej Belgii) podczas tzw. „wojen habsburskich”. Perturbacje polityczne doprowadzają do konfliktów religijnych, separując protestanckie prowincje północne od katolickich na południu. W takich okolicznościach rozpoczynają się pierwsze sceny filmu, w których zbuntowane oddziały protestantów rabujących kościoły zostają zaatakowane przez żołnierzy inkwizycji. Z masakry cało wychodzi jedynie ojciec głównego bohatera (Rene Groothof), który w fazie uniesienia płodzi przyszłego syna przypadkowo napotkanej chłopce.
Całemu wydarzeniu przygląda się Campanelli (Nino Manfredi), włoski komediant i gawędziarz. Niestety ocalały po bitwie z inkwizycją Holender zostaje pojmany przez gospodarza pobliskiego folwarku. Uwięzionemu bohaterowi na pomoc przychodzi Campanelli. Wyprawa ta ma jednak inny cel. Przewrotny, złotousty, aczkolwiek w głębi duszy dobry minstrel chce zdobyć złoty puchar, który Holender miał ze sobą. Podczas ucieczki z folwarku bohater zostaje śmiertelnie ranny. Zanim jednak umrze, przekaże tajemnicę o schowanym skarbie Campanellemu. I w tym miejscu rozpoczyna się akt I tej dwugodzinnej epickiej sagi. Nosi on tytuł „Gnojówka”.
„Pamiętaj człowieku! Z gnoju powstaliśmy i w gnój się obrócimy.„
Campanelli
Od momentu śmierci Holendra mija 7 lat. W tym czasie na świat przychodzi jego pogrobowy syn (Michiel Groothof). Osierocony zarówno przez ojca, jak i matkę, znienawidzony przez gospodarza Netelnecka (Willy Vandermeulen), na którego jest łasce, podlega ostracyzmowi. Jego jedynym przyjacielem zostaje mieszkający z dala od folwarku Campanelli. Włoch opowiada samotnemu chłopcu magiczną historię jego ojca, w rzeczywistości zawadiaki, cudzołożnika i tchórza, a w ustach bajarza bohatera, człowieka godnego pieśni i posągów. Przekazuje mu zmyśloną historię ojca będącego kapitanem statku. Statku, którego nie może opuścić.
Chłopiec sam będzie musiał kupić statek, by wyruszyć na poszukiwania ojca. Ów statek musi być ogromny, posiadać czerwone żagle i czarne maszty oraz figurę jednookiego lwa na dziobie. Campanelli pobudza rozbujałą wyobraźnię chłopca, mówiąc mu, iż podobnie jak jego ojciec, tak i on sam potrafi latać. Na dowód tego znika. Spotkania młodego Holendra z komediantem wzbudzą w nim późniejszą ciekawość świata i chęć odnalezienia swego ojca. Następny akt pt. „Statek” rozpoczyna się wraz z ucieczką Holendra z kochającą go Lotte (Veerle Dobbelaere), żoną syna gospodarza z folwarku.
„Gdy dotrzesz do morza, musisz mieć łódź. Ogromną, z czerwonymi żaglami
i czarnymi masztami, a na dziobie jest głowa lwa, bez oka.„Campanelli
Wiara w odnalezienie ojca determinuje działania głównego bohatera. Nie poddaje się, szuka i będzie szukać nadal. Przypadkowo na mieliznach odnajduje wrak ogromnego okrętu, takiego samego jak ten, o którym opowiadał stary Campanelli. Marzenia młodego Holendra się ziszczają. Wszystko, co opowiadał minstrel, wydaje się być prawdą. Jedyne, co pozostaje, to trochę naprawić statek i wydobyć go z mielizn. Lokatorem tej ruiny jest dziwaczny karzeł (Rene van Hof), który zawiera równie dziwaczny układ z szalonym Holendrem. Podstępny i chciwy karzeł wciąż szuka okazji, by okraść i wyeliminować naiwnego Holendra.
Ostatecznie razem trafiają do więzienia, gdzie rozpoczyna się trzeci i ostatni akt pt. „Latający Holender”.
„Myślałem, że potrafię latać, ale tylko dzieci potrafią latać. Ich wyobraźnia jest większa
niż morze. Niestety, wyobraźnia ta szybko przemija. Jeśli coś leci, to tylko czas.„Campanelli
W więzieniu Holender wciąż pozostaje w sferze marzeń i wiecznych poszukiwań. W wilgotnym, mrocznym i zatęchłym miejscu jego niepoprawny optymizm i wiara w odnalezienie ojca zjednują mu garstkę przyjaciół, razem z nim dzielących ten podły los. Wśród swoich towarzyszy z celi wskrzesza promyk nadziei na lepsze jutro, opowiada im o posiadanej przez siebie łodzi, na której razem z nim będą mogli wypłynąć w morze. Plan ucieczki, jaki wymyślają dla Holendra współwięźniowie, zostaje niestety udaremniony. Holender ląduje w lochu. Sytuacja wydaje się beznadziejna. I wtedy właśnie następuje moment przełomowy, kiedy snuta historia nabiera mitycznego kształtu.
Paradoksalnie ów mit ma charakter kameralny, nic godnego peanów i hymnów. Zwieńczenie następuje w sposób prosty, bez fanfar. Jednak w tej prostocie kryje się magia. Magia, którą wokół młodego Holendra i wokół nas – widzów – roztoczył Campanelli.
Dzieło Josa Stellinga nawiązuje do wcześniejszych jego filmów, zwłaszcza w warstwie wizualnej (tj. do Mariken van Nieumeghen i Elkerlyca). Przybiera ono charakter alegoryczny, ma postać średniowiecznego moralitetu, w którym wiara i miłość determinują los głównego bohatera. Bohater ów jest samotnikiem, chociaż mieszka pośród ludzi. Cel jego życiu nadaje zasłyszana historia o ojcu, którego nigdy nie miał okazji poznać. Jest małomówny, a podejmowane przez niego działania wskazują, że może być też nieco ograniczony. Holender nie pasuje do społeczeństwa, w jakim żyje. Jest bez przerwy poza nim.
Obcy nie potrafią zrozumieć jego zachowań, on nie stara się zrozumieć reguł rządzących rzeczywistością. Świat marzeń splótł się przed jego oczami ze światem realnym, który nadto okazał się brutalny i krzywdzący. Przy życiu i wbrew wszelkim przeszkodom utrzymuje go jedynie wiara w ojca i misja, jaką musi wypełnić, by go odnaleźć. Jego odyseja usiana jest mrowiem potknięć i przeszkód. Od samego początku zdaje się być beznadziejna. Ale raz zasiane przez Campanellego ziarno rośnie i kwitnie, niepokoi i wzbudza ciekawość. Obrany cel, który przeradza się w życiową ideę, stanowi wyjście dla poczynań Holendra.
I choć wydają się one naiwne czy wręcz głupie, choć prowadzą do autodestrukcji głównego bohatera, nadal pozostajemy przy nim i wciąż mu kibicujemy.
Ta samotność i wierność ideałom przypominają tragicznych bohaterów filmów Wernera Herzoga. Tylko że bohater Stellinga nie buntuje się przeciwko rzeczywistości, gdyż ona nie jest dla niego ważna. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, iż z punktu widzenia reżysera to rzeczywistość buntuje się przeciwko bohaterowi, ponieważ za wszelką cenę próbuje uniemożliwić mu realizowanie jego postanowień. Wiara w istnienie ojca staje się dla niego parawanem przed smutkiem i beznadzieją otaczającą go, jako sierotę, od kołyski. W tych trudnych warunkach prawdziwe oparcie znajduje jedynie w dwóch osobach – Campanellim i Lotte.
Włoski komediant jest dla niego jak ojciec, co zresztą ten sam przyznaje: „To ja jestem twoim ojcem. To ja ciebie stworzyłem z własnej fantazji„, zaś Lotte pełni u jego boku najpierw rolę starszej siostry, a potem kochanki. Jest jeszcze przebiegły karzeł, ale to raczej on, pomimo bezpodstawnego zaufania, jakim darzy go bohater, nie może się uwolnić od Holendra. Ten małomówny, owładnięty szaleńczą ideą dziwak jest wszystkim, co ma. Z wyjątkiem ww. kompanów niedoli oraz współwięźniów z aktu III nie ma więcej postaci, które sprzyjałyby poczynaniom Holendra. Za to istnieje tu cała galeria czarnych charakterów, począwszy od gburowatego starca Netelnecka, przez Inkwizytora (Daniel Emilfork), a na naczelniku więzienia skończywszy.
Warto dodać, że wszyscy bohaterowie występujący w filmie są samotnikami. Proszę zwrócić uwagę, jak niewiele jest scen masowych, a w tych, które są, brakuje jakichkolwiek więzi społecznych między postaciami. Samotność bohatera to styl charakterystyczny dla Josa Stellinga, tutaj wyraźnie odznaczający się na tle jego innych dokonań.
Latający Holender jest trzypokoleniową sagą o losach jednej i tej samej osoby. Holenderski żołnierz poprzez krótki romans daje początek swemu synowi, który, podobnie jak ojciec, także w wyniku przygodnego romansu płodzi syna. Saga wkrótce przybiera formę legendy-przeznaczenia. Każdy następny potomek przez całe swoje życie będzie poszukiwał legendarnego ojca, który tak jak i on nigdy w rzeczywistości nie dokona takich czynów, by głosić o nim legendy, śpiewać pieśni i pisać poematy. Brzmi to paradoksalnie, lecz staje się prawdziwe, jeżeli przyjmiemy punkt widzenia bohatera. Bo czyż sami nie wierzyliśmy, będąc jeszcze dziećmi, że nasz tata to jedną ręką głazy przerzucał, w pracy miał wielgachną armatę i skakał z samolotu na nogi z wysokości chmur? Ja w każdym razie miałem taki epizod.
Jakkolwiek stracił on swą mistyczną aurę w taki sposób, w jaki opowiadał o niej Campanelli w poprzednim cytacie. Dlatego młody Holender również chce nauczyć się latać, by być takim, jak jego ojciec. To pragnienie jest niczym innym, jak potrzebą wolności i realizacji marzeń.
Symbolizm wielopokoleniowej podróży został wzbogacony tu o szereg pomniejszych elementów, mających jednakże zasadniczy wpływ na przebieg wydarzeń. Nawet niewprawne oko zauważy, iż przez wszystkie akty bohaterowi towarzyszy kruk. W europejskiej symbolice jest on zwiastunem zarówno nieszczęść i śmierci, jak i ponownego odrodzenia i opatrzności. Tak złożone, stojące w opozycji do siebie znaczenia, znajdują swe odzwierciedlenie i w filmie. Kruk pojawia się na przykład przed tragiczną sceną z Campanellim. I wtedy, gdy w beznadziejnej sytuacji, w jakiej znalazł się Holender, zapala się płomień nadziei.
Kruk u Stellinga to klucznik, który przed bohaterami otwiera kolejne możliwości w sytuacjach, z których, zdawałoby się, nie ma już wyjścia. Czarny ptak zwiastuje zmiany, raz na dobre, raz na złe. Jego pojawienie się mówi nam, że zaraz wydarzy się coś ważnego. Jest on także jakby nośnikiem duszy Holendra, w sytuacji krytycznej sprowadzający ją z powrotem do niego. Nie pozwalający jej opuścić tego padołu, bo coś jej jeszcze zostało do zrobienia. Kiedy zjawia się kruk, Holender za każdym razem wstaje z martwych.
Trafną alegorię można znaleźć w kulturze Wikingów, którzy na swych drakkarach zawieszali flagi z wizerunkiem kruka, przynoszącego szczęście w podróży. Zaś w skandynawskiej mitologii postać kruków przyjmowały Walkirie, boginie opiekujące się duszami wojowników. Swoistym symbolem jest sam Campanelli – odziany w krucze pióra, na którego ramieniu przesiaduje ptak. W ten sposób przedstawiany był sam Odyn, najważniejszy w panteonie skandynawskich bogów. Kruk siedzący na jego ramieniu był posłańcem przynoszącym wiadomości ze świata. Niewidomemu Campanellemu ów ptak mógł służyć za oczy. Za jego pośrednictwem dowiadywał się, co się dzieje z jego „synem”.
Istotnym elementem tej historii jest skórzana zbroja Holendra, która ze zmarłego w prologu ojca za pośrednictwem Campanellego przechodzi na syna. Z rzadka zdejmowana przez właściciela, tworzy wokół niego ochronną aurę i nie pozwala mu zginąć. Jej właściciel czuje się w niej bezpieczny i to wyjaśnia, dlaczego karzeł nic sobie nie robi z zabaw urządzanych przez szlachtę w więzieniu i spokojnie konsumuje… kruka.
Reżyser, snując swoją opowieść, robi to w sposób odmienny od współcześnie przyjętych standardów. Latającego Holendra nie ogląda się z wypiekami na twarzy. Film jest przedstawiony w formie baśni i tak, jak się odbiera baśń, słuchając jej w skupieniu, tak i film powoli, acz konsekwentnie rozwija swoją warstwę fabularną. Pory roku mijają, mijają lata, miejsce starych zajmują młodzi, a my wraz z tą ponadczasową legendą podążamy za wydarzeniami w filmie. Świat XVI-wiecznych Niderlandów został tu przedstawiony z niesamowitą precyzją. Scenografia, kostiumy i postacie są jakby wyjęte z tamtej epoki.
Szary żywot ówczesnych został przedstawiony w naturalistycznej formie, pod którą jednak kryje się niesamowita magia.
Dbałość o szczegóły wizualne nie przesłoniła reżyserowi kontroli nad aktorami. Nie pozostałbym chyba w odosobnieniu stwierdziwszy, że wszyscy aktorzy wypadają w filmie nader przekonująco. Moim faworytem jest tu – oprócz tytułowego Holendra, z goszczącą w jego oczach mieszanką nadziei, zagubienia i beztroski – poczwarny Karzeł. Postać ta to uosobienie krętactwa, dwulicowości i samotności, do której doprowadza chciwość, ale i ucieczka przed szydzącą z jej fizycznych warunków społecznością. Coś na miarę tolkienowskiego Golluma. Bardzo dobrze zagrał także syn Rene Groothofa – Michiel.
Z oczu tego młodego aktora, podobnie jak w przypadku ojca, reżyser wydobył te same cechy charakteru, te same westchnienia i te same pragnienia. Klasę samą w sobie pokazał zaś zmarły niedawno Nino Manfredi, włoski aktor komediowy, tutaj w wymarzonej dla siebie roli podstarzałego minstrela i bajarza w kostiumie z kruczych piór. Warto przywołać też jedną rolę kobiecą. Mowa tu o Lotte, zagranej przez łudząco podobną do Juliette Binoche holenderską aktorkę – Veerle Dobbelaere.
Techniczna strona filmu dopełnia całości opowiedzianej historii. Wystarczy wspomnieć tylko o cudownych, miękkich zdjęciach, za które Goert Giltay otrzymał Srebrną Żabę na festiwalu Camerimage. W umiejętny sposób wydobywają one piękno przyrody, brzydotę ludzkich siedzib i oryginalność postaci. Na tym samym festiwalu wyróżnienia otrzymali także scenograf za surrealistyczne i niezwykle interesujące obiekty, takie jak rzeźba głowy z brązu, wrak statku, czy podwórze gospodarstwa, oraz charakteryzator i projektantka kostiumów za całą galerię różnorakich facjat, ślepych, szczerbatych i koślawych postaci umazanych w błocie i brudzie.
Sugestywna muzyka Nicola Piovaniego składa się niemal wyłącznie z tematów przewodnich. Może trochę irytować w kółko grany motyw, jednakże świetnie ilustruje on powoli płynący czas, niczym przesypujący się przez klepsydrę piasek.
To nieprzeciętne dzieło w sposób prosty i klarowny niesie ze sobą symboliczne przesłanie, w którym nadzieja jest źródłem spełnienia, bo wiara czyni cuda.
Na sam koniec kilka słów chciałbym napisać o reżyserze tego epickiego dramatu. Latający Holender jest i prawdopodobnie pozostanie życiowym dziełem Josa Stellinga. Realizacja tego obrazu zajęła mu osiem lat i pochłonęła olbrzymie środki kinematografii holenderskiej i belgijskiej.
Powstały w koprodukcji film jest dotychczas najdroższym, i to w obydwu krajach. Stelling zebrał doświadczenie w kręceniu dramatów kostiumowych podczas realizacji Mariken van Nieumeghen i Elkerlyca. Doskonale orientował się w warunkach panujących w tamtej epoce. Przy czym do niezwykłego scenariusza dodał jeszcze autorską wizję obfitującą w symbolizm, naturalizm i czarny humor, a wszystko to owiane surrealistyczną fantasmagorią.
To nieprzeciętne dzieło w sposób prosty i klarowny niesie ze sobą symboliczne przesłanie, w którym nadzieja jest źródłem spełnienia, bo wiara czyni cuda. Latający Holender pozostaje w każdym z nas, byle byśmy umieli magicznie spojrzeć na świat i nie zapominali o swoich marzeniach pod ciężarem codziennej pracy. Warto się zastanowić nad tym, warto poświęcić temu chwilę uwagi. Holenderski reżyser zachęca nas do tego swoim filmem, a ja państwa zachęcam do jego obejrzenia. Marzenia się spełniają.
Tekst z archiwum film.org.pl (02.03.2006).
