search
REKLAMA
Recenzje

JOHN WICK 3. Koncert śmierci w rytmie kul

Radosław Pisula

17 maja 2019

REKLAMA

Nie zasługujemy na tak piękną serię akcyjniaków, jak historia Johna Wicka. Gdy dzika blockbusteryzacja jest napalona na tworzenie światów współdzielonych w sosie CGI, a blu-rayowe tanioszki są najtańsze, cykl o superzabójcy z twarzą Keanu Reevesa po raz trzeci udowadnia, że w mordowanie na ekranie można władować multum elegancji, jeśli tylko zachowa się konsekwencję, serce i szacunek dla widza. A Chad Stahelski nie wciska nam tu kitu.

Trzecie spotkanie z Johnem Wickiem to już kreskówka na całego – jesteśmy daleko od historii chłopa w żałobie, któremu odstrzelono psa, a on w odwecie odstrzelił wszystkich. W akcję wchodzimy bezpośrednio z finału części drugiej – ranny bohater wspólnie z psem ucieka przez skąpany w deszczu Nowy Jork, gdyż pozostało mu 20 minut do ekskomuniki z tajnej organizacji zrzeszającej ludzi morderczej pracy. Wraz z wybiciem zegara za głowę Johna zostaną wyznaczone grube miliony nagrody, a on sam nie będzie mógł liczyć na żadną pomoc, czując na karku oddech wszystkich zakapiorów świata. Dosłownie, bo podobnie jak w poprzedniej części będzie musiał wyściubić nos poza Amerykę.

Ale to tylko dodaje kolorytu serii, która zostaje rozbuchana niczym przygody Jamesa Bonda. Robi się tu momentami naprawdę dziwnie, złoczyńcy i kompani są jeszcze bardziej komiksowi niż w dwójce, ale reżyser Chad Stahelski trzyma ten dziwaczny cyrk mocno za gardło, pamiętając, co przesądziło o sukcesie tej marki na tle innych akcyjniaków. Bo sama fabuła jest tutaj dosyć pretekstowa – największe dłużyzny i wady mamy na poziomie dialogowej waty, szczególnie w środku filmu, gdy zastęp scenarzystów próbuje tłumaczyć świat tego nowojorskiego Assassin’s Creeda. Pojawia się motyw wielkiej rady, kontrolującej każdy aspekt organizacji, a tajemnicza Sędzina sprząta po Johnie, dobierając się do tyłka jego kumplom. Ale ma to swój fałhaesowy urok, całkiem fikuśnie lepiąc ze sobą prawdziwe mięso filmu, czyli absolutnie kapitalnie zrealizowane sceny akcji.

Bo rozlew krwi jest tutaj znowu przedstawiony bezbłędnie. To, co się tu odstawia na poziomie walk i strzelanin – bez pajacowania, kule przede wszystkim szukają drogi do głowy zbirów, nawet, gdy ludzie spazmatycznie tańczą – to choreograficzny tour de force. Widać, że Keanu Reeves znowu zapieprzał na planie jak dzik (polecam materiały zza kulis, gdzie widać, jak wielki szacunek ma do ludzi odpowiedzialnych za trening z gnatami i ile potu wylał, żeby te jego harce wyglądały realistycznie), a odkurzony Mark Dacascos, jako T-1000 tego świata, nadal czuje filmowy blues. Czuć wagę każdego wymierzonego ciosu, scenografia staje się praktycznie integralnym bohaterem scen akcji, a widz dokładnie widzi, jak istotna jest każda pojedyncza kula – chociaż wrogowie padają tutaj jak muchy, to Stahelski unika spazmatycznego montażu, tak symptomatycznego dla dzisiejszych akcyjniaków, z pieczołowitością podkreślając to, jakim zawodowcem jest Wick. Niby facet na tym etapie już ostro wchodzi w tryb Terminatora, ale czuć każdy cios, jaki przyjmuje na brodatą twarz – a piekło, jakie tutaj rozpętuje, jest wysmakowane, soczyste, przejrzyste i niesamowicie eleganckie. Widać, że reżyser zakochał się w najlepszym okresie filmowego teatru przemocy z Hongkongu, gdy jeszcze pełen werwy John Woo wspólnie z Chow Yun Fatem uczył świat, że za potokiem wystrzelonych naboi może stać artyzm najwyższej próby.

Zresztą wystarczy wspomnieć pierwsze dwadzieścia minut, będące w swoisty sposób znakomitą krótkometrażówką, gdzie narracja przedstawiona jest w całości za pomocą scen akcji, praktycznie nie padają tutaj żadne słowa, a twórcy są cholernie błyskotliwi w sposobach zadawania cierpienia – dostajemy m.in. mordercze konie, zabójczą książkę, sekwencję w muzeum broni (z naciskiem na pokój z mnóstwem broni białej, prawdziwą cukiernią dla Wicka) – nieustannie jednak szanując czas widza przyklejonego do ekranu.

To nadal niesamowicie oryginalny i wizualnie nęcący projekt, chociaż wywodzący się z wielu ojców i matek. Jasne, fabularnie są tutaj potknięcia, szczególnie na poziomie wręcz chorobliwego dążenia do sequelizacji i trochę zbyt długiego czasu projekcji (można było spokojnie kilka sekwencji wyciąć, bo natężenie akcji pod koniec robi się już trochę męczące), ale bez trudu da się to wybaczyć. Bo znowu dostajemy znakomicie nakręcony kawałek z życia intrygującego bohatera, bezsprzecznie ikony czasów, które wydawałoby się, że nie mają już sił przerobowych, żeby tworzyć tak nieśmiertelne postacie jak w latach 80. A tu cyk i w dobie nieustannego odkurzania starych wyg (z różnym skutkiem, patrzę na ciebie Johnie McClanie) John Wick znowu podbija na ekran i wyraźnie zaznacza, że nigdzie się nie rusza. A partnerujący Reevesowi w tej wymianie ognia zastęp znakomitych aktorów (Halle Berry z najlepszymi psami w historii kina, Ian McShane, Anjelica Huston) razem z widzem po prostu dobrze się bawi.

Piękne, zdrowe, angażujące i bardzo uczciwe kino akcji. Wick jadący na Wicku dostarcza znowu ponad stan – nie ma już subtelności jedynki, ale masuje serducho jak Zbigniew Religa. Czyściutko wykręcona rozrywka, taka w sam raz, żeby z ludźmi iść i z ludźmi się cieszyć, że sobie żyjemy w czasach Johna Wicka.

Avatar

Radosław Pisula

REKLAMA