search
REKLAMA
Recenzje

INCYDENT (1997). 20 lat od premiery

Jakub Piwoński

21 listopada 2017

REKLAMA

Lubię filmy, których opis fabuły można przedstawić w jednym zdaniu. Nie wymagają one wiele od widza na starcie, bardzo płynnie wprowadzając go w wir wydarzeń. Innymi słowy, im mniej skomplikowana fabuła, tym większa szansa, że w konsekwencji górę weźmie sensacja. Podręcznikowym przykładem tego założenia jest Incydent z 1997 w reżyserii Jonathana Mostowa – rzemieślnika kina akcji. Jest to film o facecie, któremu w trakcie podróży samochodem znika żona w kompletnie niewyjaśnionych okolicznościach. Znacie ten strach? Tyle wystarczy, by bez reszty wciągnąć widza.

Mija dwadzieścia lat od premiery tego nieco już zapomnianego, choć wyjątkowo godnego uwagi filmu sensacyjnego. Warto go odkurzyć.

Gdy po raz pierwszy obejrzałem holenderskie Zniknięcie z 1988, wstrząsnęło mną, jak przenikliwy strach można wydobyć z prezentacji wyjątkowo prostego tematu. Film ten bowiem w sposób perfekcyjny wyciąga na wierzch drzemiący w większości z nas lęk przed pozostaniem samemu, przed nagłą utratą bliskiej osoby, co jest swoistą metaforą lęku przed wszelkim końcem. Hollywood nieraz wykorzystało ten pomysł. W latach 90. udało się nawet wynieść go do rozmiarów widowiska. Pomysł na fabułę wpadł do głowy Mostowa właśnie za sprawą momentu trwogi – gdy swego czasu przemierzał drogę ze swą żoną, jego wyobraźnia podsunęła mu wizję nagłej, niewytłumaczalnej straty najbliższej kobiety.

W Incydencie napięcie rośnie powoli, acz konsekwentnie, co jest niepodważalną siłą filmu. Na początku z ekranu bije sielanka. Małżeństwo ma przed sobą perspektywę nowego startu w miejscu, do którego się udają. I są tym wyraźnie podekscytowani. Atmosfera zagęści się, gdy Jeff (Kurt Russell) zatankuje samochód i upora się z natrętnymi uwagami mijanych niedawno na drodze podejrzanych typów. Następnie trasa zostanie przerwana na skutek uszkodzenia samochodu, a żona zdecyduje, że uda się wraz przejeżdżającym kierowcą ciężarówki do najbliższej stacji, by zgłosić potrzebę pomocy. W odróżnieniu do bohatera, bystrzejszy widz domyśli się jednak, że Jeff tak prędko swej żony już nie zobaczy.

W końcu przyjdzie moment zawiązania akcji, określony w tytule mianem incydentu. Gdy Jeff upora się z autem i zda sobie sprawę, że żony nie ma i nawet nie było na najbliższej stacji, żołądek po raz pierwszy zostanie ściśnięty – także ten widza. Siarczysty cios w twarz przyjdzie jednak wówczas, gdy odnaleziony na drodze kierowca ciężarówki wyprze się wszystkiego, co miało miejsce i uda, że widzi Jeffa po raz pierwszy w życiu. Wyczuwając bezradność okolicznej policji, bohaterowi nie pozostanie nic innego, jak zakasać rękawy i samodzielnie ujawnić fakt porwania.

Od tego momentu Incydent ogląda się z zapartym tchem, nie mając świadomości, że siedzi się praktycznie na krawędzi fotela. Po przebrnięciu przez dramatyczny wstęp dalsza część filmu stanowi pełen emocji, dynamiczny dreszczowiec. Mostow wziął zatem z założenia prosty temat i dokonał na nim amerykańskiego tuningu. Kwintesencją tego stylu jest zapierająca dech sekwencja finałowa, w której nie ma już półśrodków, a wszystkie karty w tej rozgrywce zostają wyłożone na stół.

W odróżnieniu do wspomnianego Zniknięcia, bohater nie zatraca się w pustce po stracie najbliższej osoby, tylko czym prędzej – póki rana jeszcze świeża – bierze sprawy w swoje ręce. Przyjemnie jest mu zatem kibicować. Duża w tym także zasługa gry rewelacyjnego Kurta Russella, który ze zwyczajnego, niegroźnego rutyniarza wyjątkowo wiarygodnie przeistacza się prawdziwego twardziela, mającego dość robienia z siebie wała. W tym wizerunku uśpionego męstwa, obudzonego na sygnał zagrożenia, aktor przejawia więcej charyzmy aniżeli niejedna współczesna gwiazda kina akcji świecąca nasmarowanymi oliwą bicepsami.

Idealnym przeciwieństwem jego bezwzględności jest zaskakująco stonowany profil antagonisty. Jest szorstki w obyciu, a jego działania zdradzają znamiona wyrachowania – co może przerażać, tym bardziej gdy weźmie się pod uwagę, że na swoim koncie ma już niejedno porwanie. W tej roli J.T. Walsh – warto przypomnieć sobie to nazwisko, zwłaszcza w kontekście kina lat 90. Był on wówczas etatowym aktorem drugiego planu, którego jednym z atrybutów było charakterystyczne przenikliwe spojrzenie. Z Kurtem Russellem przyszło mu grać zresztą nieraz – widzieliśmy ich razem np. w Krytycznej decyzji.

Reżyser umieścił swego bohatera w samym środku incydentu, którego założenie i realizm oddziałuje na wyobraźnię i mrozi krew w żyłach każdego z nas. Ale to nie wszystko. Bo Incydent to także bardzo odważne i krzepiące kino. Poczynania bohatera budzą podziw nie tylko ze względu na akrobatykę, której ten musi się dopuścić, by przetrwać starcie ze zwielokrotnionym przeciwnikiem, ale także ze względu na jego upór. Nie daje się ponieść panice, nie ulega sugerowanej mu paranoi, myśli trzeźwo i wie, w jakim kierunku musi podążać, by dociec prawdy. Mam zatem wrażenie, że to niewymagające, acz wyjątkowo realistyczne sceny akcji byłyby z Incydentu najtrudniejsze do przełożenia w rzeczywistości.

korekta: Kornelia Farynowska

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA